Żużel. Mistrz bez mistrza

Najlepsi żużlowcy będą musieli wybierać: kontrakty w polskiej ekstralidze albo starty w Grand Prix. Pierwsza ofiara już jest - mistrz świata Greg Hancock z Falubazu Zielona Góra, który w niedzielę zdobył mistrzostwo Polski.
W niedzielę Amerykanin po raz ostatni pojechał w zespole Falubazu Zielona Góra. W przyszłym sezonie już w nim wystartuje, bo zdecydował, że chce bronić złotego medalu mistrzostw świata w Grand Prix 2012. Jeśli chciałby dalej być zawodnikiem Falubazu, musiałby zrezygnować ze startów w GP.

Taki jest skutek zmian, jakie wprowadziła w rozgrywkach Speedway Ekstraliga. Do tej pory w jednej drużynie mogło występować dwóch żużlowców występujących na stałe w cyklu Grand Prix. Od przyszłego sezonu może być tylko jeden. Tę reformę przepisów przeforsowały biedniejsze kluby ekstraligi stanowiące większość, które nie są w stanie udźwignąć coraz większych wydatków.

Stałych uczestników Grand Prix jest czternastu. W ekstralidze w przyszłym roku wystartuje dziesięć drużyn. Prosty rachunek jest taki, że dla czterech z nich zabraknie miejsca w Polsce, a to tu zarabia się najwięcej. Uczestnicy Grand Prix mogą dostać od 1,5 do niemal 3 mln zł za sezon.

W czołówce najlepiej zarabiających jest Greg Hancock. Amerykanin tydzień temu już sobie zapewnił złoty medal w Grand Prix.

- Chciałbym jeździć wciąż w Grand Prix i pozostać w Falubazie, ale wiem, że nie można utrzymać całej drużyny - mówi Hancock, który wybrał starty w GP. Zespół z Zielonej Góry postanowił, że za rok pozostawi w składzie innego swego zawodnika z Grand Prix - Andreasa Jonssona. Falubaz postawił na Szweda, bo jest o dekadę młodszy od 41-letniego Amerykanina, do tego ma ważny kontrakt na następny sezon.

Hancock stracić jednak na tym nie musi. Z pewnością znajdzie się klub ekstraligi, który zatrudni Amerykanina. Jest jednak wielu zawodników, którzy stracą na zmianie przepisów. W Falubazie jest np. trzeci zawodnik, który za rok ma startować w Grand Prix. To Piotr Protasiewicz - jeden z najlepszych w lidze, który w tym roku awansował do elitarnego cyklu GP. Kosztowało go to niemało. Zimą wydał na przygotowanie sprzętu około 300 tys. złotych. Osiągnął sukces i teraz musi wybierać: rezygnuje albo realizuje ambicje w GP, ale traci pracę.

- Ta sytuacja pokazuje, jak złą zmianę wprowadzono. Dlaczego zawodnicy mają być kozłami ofiarnymi przepisów, które wypaczają sens rywalizacji. Każdy sportowiec chce być jak najlepszy a w żużlu, przez regulamin w Polsce to się nie opłaca - komentuje Zenon Plech, były wicemistrz świata.

Start w Grand Prix nie opłaci się także kilku zawodnikom mającym znacznie większe osiągnięcia w GP niż Protasiewicz. Z zespołem Caelum Stal Gorzów będzie się musiał pożegnać trzykrotny mistrz świata Nicki Pedersen, bo prezes Włodzimierz Komarnicki nie zrezygnuje przecież z Tomasza Golloba. Pedersen wprawdzie jest poza najlepszą ósemką zawodników, którzy zapewniają sobie utrzymanie w GP, ale za to jest pierwszym kandydatem do dzikiej karty - to cztery specjalne przepustki do GP dla wybranych żużlowców. W stawce GP potrzebny jest drugi Duńczyk - w tym kraju odbywają się aż dwa turnieje, więc to kwestia biznesu, że Pedersen otrzyma dziką kartę. Stanie więc przed dylematem: zrezygnować z dzikiej karty na GP lub wysokich zarobków w Polsce. I znacznie bardziej opłaci mu się to pierwsze - jako dobry żużlowiec, a niebędący uczestnikiem GP, stanie się od razu najbardziej poszukiwanym kąskiem w naszej ekstralidze. Będzie mógł dyktować ceny. Podobną kalkulację przeprowadzą inni czołowi zawodnicy spoza ósemki, m.in. Szwed Fredrik Lindgren lub młode talenty jak Australijczyk Darcy Ward - także kandydat do dzikiej karty. Grand Prix może więc stracić na znaczeniu, nie wytrzymując rywalizacji z naszą ekstraligą.