Łukasz Mazur: Ruch nie będzie kolejnym bankrutem

Były prezes Górnika, a od wtorku członek zarządu Ruchu Radzionków nie ma wątpliwości, że będzie współzarządzał najbiedniejszym pierwszoligowcem w Polsce
Mazur nie ma złudzeń, że "Cidry" przeprowadzą się w najbliższej przyszłości na nowoczesny stadion. Liczy, że klub z Radzionkowa będzie czerpał zyski z ogrywania utalentowanej młodzieży.

Wojciech Todur: Za co będzie Pan odpowiadał?

Łukasz Mazur: - Za utrzymanie Ruchu na powierzchni. Tak naprawdę trudno mówić o jasno sprecyzowanych obowiązkach. Zarówno ja, jak i prezes Tomasz Baran prowadzimy własne firmy. Nie zawsze będziemy mieć czas, żeby poświęcić się klubowi. Będziemy przejmować swoje obowiązki. Na pewno nie będą uciekał od rozmów z piłkarzami, którzy muszą mieć świadomość tego, że jednak idziemy w kierunku cięcia kosztów.

Razem z Panem w klubie pojawił się też Ireneusz Zabawa - nowy członek zarządu i dyrektor zarządzający. Kto to jest?

- Irek to mój współpracownik. W mediach pojawiły się informacje, że to prawnik z Krakowa. Tak naprawdę jest radcą prawnym i pochodzi z Jarosławia, a w Krakowie tylko mieszka. Do pracy w klubie będzie oddelegowany na trzy, cztery dni w tygodniu. Jest wiele spraw organizacyjnych, którymi trzeba się zająć, a on to na pewno ogarnie.

Czy nowy skład zarządu w końcu doprowadzi do powołania w Radzionkowie sportowej spółki akcyjnej?

- Takiej gwarancji nie dam, ale myślę, że to prawdopodobne. O tej spółce mówi się już zdecydowanie za długo. Ostatnie pół roku zostało zmarnowane. Za dużo było rozmów i pomysłów, a za mało konkretów. Liczę, że latem Ruch będzie spółką i że wciąż będzie to pierwszoligowy klub. Może uda się spełnić marzenie, które miałem, gdy zarządzałem Górnikiem? Chciałbym, żeby na wzór hiszpański udziałowcami spółki byli kibice.

Nie chcę też likwidacji stowarzyszenia, które powinno istnieć i być odpowiedzialne za szkolenie młodzieży.

Powołanie spółki, transfery piłkarzy, pozyskiwanie sponsorów - to wszystko jest ważne. Gdybym był działaczem Ruchu najbardziej obawiałbym się jednak tego, że za chwilę zespół zostanie bez stadionu.

- Nowy stadion przed startem kolejnego sezonu na pewno nie powstanie. Rozwiązanie to przeprowadzka na obiekt rezerwowy. To można zrobić, ale wiadomo, że tanio nie będzie. Inne wyjście to inwestowanie w obiekt w Stroszku. To też będzie kosztowne, gdyż wkrótce pierwszoligowcy też będą musieli mieć na stadionach podgrzewane murawy i oświetlenie.

Jaki jest bilans otwarcia nowego zarządu?

- Mamy dziewięciu piłkarzy, zaległości finansowe wobec zawodników. Nie mamy stadionu... Generalnie mogło być gorzej (śmiech). Słyszałem już opinię, że Ruch będzie kolejnym klubem po Odrze Wodzisław, który zbankrutuje i sięgnie dna. Moim zdaniem tak się nie stanie, a kolejnym bankrutem będzie niestety Polonia Bytom.

Jaki jest Pana pomysł na Ruch? Na jego funkcjonowanie, źródła utrzymania?

- Najważniejsze to zachować miejsce w pierwszej lidze. Ruch może być znakomitym zespołem do ogrywania młodych piłkarzy. Filią dla bogatszego klubu.

W czasach, gdy Górnikiem zarządzał Marek Koźmiński do Zabrza trafiali piłkarze z Serie A. Włoski klub płacił za ich utrzymanie i klubowi za promocję. To się wszystkim opłaca. Proszę spojrzeć na Łukasza Skorupskiego. Kilka miesięcy temu był trzecim bramkarzem Górnika. Po okresie gry w Radzionkowie do Zabrza wrócił bramkarza, który jest dziś na liście życzeń najlepszych klubów w ekstraklasie.

Wierzy Pan, że w Polsce znajdą się kluby, które będą wam płacić za ogrywanie piłkarzy?

- To może poszukamy partnera za granicą? W pierwszej lidze słowackiej grają dobrzy piłkarze za 100 euro miesięcznie. Warto szukać.

Spotkał Pan w Polsce działacza, który myśli o piłce podobnie jak Pan?

- Hmmm... niech pomyślę. Najbliższy jest mi chyba Józef Wojciechowski z Polonii Warszawa. Zarzuca mu się, że traktuje piłkarzy przedmiotowo. A czy piłkarze nie traktują go przypadkiem jak skarbonkę?

To może nawiążecie współpracę właśnie z Polonią?

- Może, może... (śmiech). Najłatwiej byłoby się poddać i powiedzieć: nie ma pieniędzy, nie ma perspektyw. Ale wtedy trzeba by zlikwidować cały śląski futbol, bo pieniędzy nie ma nigdzie.

Będziemy szukać. Liczyć każdą złotówkę. Sprzedamy kalendarze i tysiąc innych rzeczy. Nie będziemy czekać aż nam spadnie.

Co macie?

- Na początek pieniądze z transferu do GKS-u Bełchatów braci Mateusza i Michała Maków. Nie starczy na spłatę zadłużenia i bieżącą działalność. Dlatego będziemy przesypywać... Zawodnicy otrzymają we wtorek pierwsze pieniądze.

Miasto pomagało dotąd klubowi na poziomie około miliona złotych rocznie. To Pana zdaniem dużo?

- Jak na tak małe miasto to bardzo przyzwoita kwota. Nie da się jednak ukryć, że w pierwszej lidze biedniejszego od nas nie ma, a i w drugiej lidze trudno byłoby wielu takich wskazać.

Od chwili awansu do pierwszej ligi Ruch jest skazywany na spadek. Fajnie byłoby jeszcze raz się uratować. Może to głupio zabrzmi, ale z ligi, w której gra tyle drużyn z naszego regionu, nie powinien spaść żaden nasz zespół.

Jak już mają ze sobą remisować to już lepiej, żeby po razie wygrały. Zależy mi, żeby grać jak najwięcej derbów, bo właśnie na takie spotkania czekają kibice. A na mecze mieć jak najbliżej, bo tanio.

Podyskutuj o rozgrywkach w naszym regionie na Facebooku Śląsk - Sport.pl »