Piotr Mandrysz w przeszłości uratował Zagłębie. Teraz może je pogrążyć

Szkoleniowiec GKS-u Tychy szuka sposobu jak ograć klub z Sosnowca. To właśnie w Zagłębiu Mandrysz dostał szansę ligowego debiutu.
GKS i Zagłębie zgodnie przegrały swoje ostatnie mecze: z Chojniczanką (0:1) i Rakowem Częstochowa (0:1).

W piątek drużyny z Tychów i Sosnowca zagrają przeciwko sobie. Stawka meczu jest duża. GKS walczy o awans do pierwszej ligi. Zagłębie stara się (stara, bo na razie trudno to nazwać walką) uniknąć spadku do ligi trzeciej.

Obie drużyny łączy Mandrysz, który został ligowym piłkarzem dzięki Leszkowi Baczyńskiemu, dziś prezesowi Zagłębia.

Baczyński wypatrzył Mandrysza w ROW-ie Rybnik. Ten wracał wtedy do zdrowia po poważnej kontuzji (zerwał mięsień). Uraz przesądził, że nie trafił wcześniej do Ruchu Chorzów.

Mandrysz zadebiutował w sosnowieckim klubie w sezonie 1990/91 właśnie w meczu z niebieskimi. - Pamiętam, że gdy wyszyliśmy na boisko to chorzowscy kibice głośno krzyczeli na nas - "Gorole, gorole". Uśmiechnąłem się pod nosem, bo jeszcze nikt mnie - rodowitego Ślązaka - nie nazywał "gorolem" - wspomina Mandrysz.

Zagłębie grało wtedy słabo i w lidze utrzymało się tylko dzięki reorganizacji rozgrywek. Przesądził o tym barażowy dwumecz z Jagiellonią Białystok.

Sosnowiczanie przegrali pierwszy mecz na Stadionie Ludowym (0:2). Na rewanż jechali jak na ścięcie.

Wiary dodał drużynie właśnie gol Mandrysza. Potem drugie trafienie dołożył Dariusz Wykurz. Dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia, a karne lepiej strzelali sosnowiczanie [4:2 - przyp.red.]. - Kończyliśmy w dziewiątkę. Mnie wyrzucił z boiska Michał Listkiewicz, który był sędzią spotkania. Rafał Wencek skręcił nogę w jakiejś dziurze, a że limit zmian był wcześniej wykorzystany to graliśmy już bez dwóch piłkarzy. Obroniliśmy ekstraklasę, ale Zagłębie i tak chyliło się ku upadkowi - przypomina Mandrysz.

Początek piątkowego spotkania w Jaworznie o godzinie 15.