Zdzichu z Żywca chce być prezesem PZPN. "Niech środki przygotuje i zaczynamy działać"

Zdzisław Kręcina, były sekretarz Polskiego Związku Piłki Nożnej chce teraz stanąć na jego czele. Swoją decyzją ogłosił w czwartkowym programie "Fakty po Faktach" na antenie TVN 24.
- Będę chciał wykorzystać moje doświadczenie z 20-letniej pracy w związku i UEFA i zgłoszę swoją kandydaturę na prezesa PZPN - powiedział.

Czy pochodzący z Żywca działacz może być skutecznym prezesem PZPN-u? Jego kariera w związku na dobre rozpoczyna się w roku 1999, gdy Marian Dziurówicz - nieżyjący już, były prezes PZPN - mianował go sekretarzem generalnym.

Cztery lata temu Kręcina miał już ambicje by pokierować związkiem. - Świadomie przystępuję do gry. W związku potrzebne są zmiany, których jako sekretarz generalny nie zrobię - wyjaśniał. Był faworytem wyborów, ale cios spadł na niego zupełnie niespodziewanie. Prokuratura postawiła mu dwa zarzuty dotyczące niegospodarności, za co grozi pięć lat pozbawienia wolności. Kręcina wybory przegrał, ale spadł na cztery łapy: jedną z pierwszych decyzji nowego prezesa PZPN-u Grzegorza Laty było powierzenie mu funkcji... sekretarza generalnego.

Pracę stracił w listopadzie 2011 roku w wyniku tzw. afery taśmowej. Sprawa dotyczyła budowy nowej siedziby PZPN. Na nagraniach, które prezentują półprywatne rozmowy Laty i Kręciny slychać, że działacze rozmawiają o pieniądzach i procentach za działkę pod nowy budynek dla związku.

Co mówił Kręcina?

Fragment jednego z nagrań:

Głos prawdopodobnie Zdzisława Kręciny: - Nie wiem, jak to odbierze, ale myślę, że powinniśmy się zrzucić na Grzesia... (niewyraźne) z tego, co?

Rozmówca: - Dobra.

Głos prawdopodobnie Zdzisława Kręciny: - Tak, co? Jest co ugryźć?

Rozmówca: - Dobrze. Nie ma problemu. Pytał się Grzesio coś?

Głos prawdopodobnie Zdzisława Kręciny: - Nie, nie pytał się. (niewyraźne)... Ku... tak jak żeśmy poszli im na rękę, zapłaciliśmy za nich ku... Wiesz. Powinni (niewyraźne)... Ja nic nie komentuję, no bo co mam komentować, nie?

Rozmówca: - Tak, tak. Ile uważasz dla niego?

Głos prawdopodobnie Zdzisława Kręciny: - Słuchaj, ja myślę, że nie powinniśmy go tak od razu rozpieszczać. Myślę, że (niewyraźne: zrzucimy się?) najpierw po pięć dych i (niewyraźne) damy mu stówkę, co?

Rozmówca: - Dobra.

Głos prawdopodobnie Zdzisława Kręciny: - Tak uważam. Jeżeli ty uważasz inaczej, to wiesz...

Rozmówca: - Nie no. Jeżeli uważasz, że stówka dla niego, to nie ma problemu. Ja jestem zgodny.

Cisza

Głos prawdopodobnie Zdzisława Kręciny: - Co robimy z przetargiem?

Koniec nagrania.

Afera taśmowa była pierwszą tak poważną wpadką sekretarza. Działacza, który w plątaninie interesów, zawiści i niechęci, jaką jest nasza piłka, długo nie miał żadnych wrogów.

O co pytał papież

Kręcina lubi podkreślać swoje góralskie korzenie. - To normalny facet. Lubi sobie pogadać, lubi dobrze zjeść. Co? Pewnie, że regionalne potrawy! Kwaśnicę, golonkę po żywiecku czy nasze placki ziemniaczane - mówi Andrzej Krupiński, były prezes Koszarawy Żywiec.

- Kuchnia to moja pasja. Potrafię z daleka wyczuć, jeśli danie jest nieświeże. Lubię eksperymentować, otwieram lodówkę i myślę, co można z tego zrobić - mówi sam Kręcina.

Choć były sekretarz PZPN-u z największym sentymentem mówi o Koszarawie, to nigdy nie zapomina o swoim pierwszym klubie. To o Sołę Żywiec pytał go kiedyś... Jan Paweł II. W maju 2000 roku przedstawiciele PZPN-u gościli na audiencji w Watykanie. - Papież zawsze chce wiedzieć, z kim rozmawia i zapytał mnie, skąd pochodzę. Gdy powiedziałem, że z Żywca, od razu zadał mi pytanie: "A jak tam Soła Żywiec?". Odpowiedziałem, że niestety, trochę w zapaści. Że jest biedna i gra dopiero w B-klasie - wspominał.

Soła to był specyficzny klub. Zajęcia rozpoczynały się tam od prac społecznych. Młodzi zawodnicy najpierw chwytali za taczki i łopaty, a dopiero potem zaczynali trenować. Kręcina wyróżniał się na boisku, więc po trzech latach trafił do mocniejszej Koszarawy.

Tadeusz Dunat grał z Kręciną w Koszarawie: - Na tamte czasy to był "Brazylijczyk". Przewyższał nas wyszkoleniem technicznym. Był mistrzem gry z pierwszej piłki, klepał aż miło.

Piotr Tymiński, były trener i piłkarz żywieckich klubów: - Wchodziłem do zespołu, gdy Kręcina był już podstawowym środkowym pomocnikiem. Nie był zadziorny, unikał gry faul. Potrafił przebiec całe boisko, by rozdzielić kłócących się piłkarzy czy stanąć w obronie sędziego. To nie był boiskowy wojownik i właśnie taki jest też w życiu.

Kręcina ma jedno traumatyczne wspomnienie ze swojej kariery. - Dostałem w życiu jedną żółtą kartkę i uważam, że była niezasłużona. To był mecz z Tarnovią. Trzy razy pod rząd rywal próbował mnie ubić. Kolega z zespołu zaatakował go bez piłki. Doszło do awantury, a ja poszedłem ich rozdzielić. Sędzia pokazał nam wszystkim po kartce - mówi.

W czasie studiów zaliczył epizod w Czarnych Sosnowiec. Andrzej Równicki był wówczas jego trenerem. - Czarni to był wtedy biedny klub, gdzie nam tam było równać się do Zagłębia. Nie stać nas było nawet na porządne buty. Kupowaliśmy więc - dużo tańsze - buty kolarskie, oddawaliśmy je do szewca, a ten nabijał do nich korki. Graliśmy w nich aż do zdarcia. Pamiętam, jak Zdzichu wsadził nogę do takiego przerobionego buta i zobaczył, że bokiem wyszedł mu duży palec. Nawet się nie skrzywił, mocniej przyciągnął sznurówkę i wybiegł na boisko - opowiada.

Sprzedawca butów

Ćwierć wieku później Równicki był już naczelnikiem w sosnowieckim urzędzie miejskim. Jako osoba odpowiedzialna za sport miał sprawę do ówczesnego prezesa PZPN-u Michała Listkiewicza. Jechał do Warszawy z duszą na ramieniu. - Wiedziałem, że spotkam Kręcinę. Zastanawiałem się, czy mnie pamięta. To już była duża figura. I tak biłem się z myślami, siedząc przed jego gabinetem. Jeszcze dobrze nie otworzyły się drzwi, a on już wyciągał rękę i uśmiechał na powitanie - "Cześć! Co tam słychać, Andrzej?". Nie wyczułem żadnego fałszu, żadnej bariery, tak jakbyśmy się widzieli wczoraj. Zaraz zaprowadził mnie do Listkiewicza, pomógł załatwić sprawę, z którą przyjechałem - opowiada.

W latach 80. Kręcina, już jako pracownik PZPN-u, wyjechał na kontrakt do IV-ligowego klubu niemieckiego. - To był ewenement na skalę europejską. Tak naprawdę nie chodziło jednak tylko o sport. Moja żona cierpi na rzadką chorobę mięśni, a w Niemczech miała po prostu zapewnioną lepszą opiekę - wspomina Kręcina. Grę w oberlidze łączył z pracą fizyczną w firmie prezesa klubu, który prowadził sieć sklepów z obuwiem.

Kręcina posiada dyplom trenera I klasy. Doświadczenia w tym zawodzie nie ma wielkiego, ale może poszczycić się tym, że szkolił reprezentantów Polski! - To był 1986 rok. W Korei Północnej odbywał się turniej przyjaźni drużyn olimpijskich. Szkoleniowcem tej kadry był wtedy Mieczysław Broniszewski. Bał się jednak jechać do Phenianu, bo w kraju trwały jeszcze rozgrywki ligowe i trzeba było wysłać trzeci skład. PZPN postanowił wystawić w roli trenera mnie. To była niewyobrażalna wyprawa - wspomina Kręcina.

Jako trener też oczywiście dał się lubić. Kapitanem tamtego zespołu był Stanisław Gawenda. - Do dziś z sentymentem wspominam, że prowadził mnie osobiście sekretarz Kręcina. Uważam, że poradził sobie wtedy bardzo dobrze w roli trenera. To inteligentny człowiek i mógłby pracować w tym zawodzie. Był dla nas bardzo dostępny, relacje były wręcz na stopie koleżeńskiej. Nie znał za dobrze naszego zespołu, więc konsultował ze mną taktykę i ustawienie - opowiada Gawenda.

W razie problemu: dzwonićDobrze wspominają Kręcinę na katowickim AWF-ie, którą kiedyś skończył, a potem na niej wykładał. - Pamiętam, że na uczelni organizowano kiedyś konkursy na najsympatyczniejszego dydaktyka. Wśród setki konkurentów Zdzichu był zawsze w czołówce. Studentów jednał sobie tym, że pozwalał mówić do siebie na "ty" - wspomina Władysław Szyngiera, pracownik AWF-u. - Jak się jest na "ty", to wtedy można więcej wymagać. Zresztą ja jestem z każdym po imieniu. Nawet jak do mojego biura przychodzi 20-letnia dziewczyna, to szybko przechodzimy na "ty" - uśmiecha się Kręcina. Wszędzie jest duszą towarzystwa. - Zdzisiek naprawdę nie gra. On ma taki sposób bycia. Jest naturalnie sympatyczny, to taka spokojna i dobrotliwa dusza - przekonuje Szyngiera. - Ludzie w terenie go lubią, bo nie stwarza żadnego dystansu. Pojawia się w nieznanym sobie środowisku i po kilku minutach już jest swój. Nie czeka aż ktoś wykona jakiś gest, sam wyciąga z kieszeni wizytówki z namiarami. Zachęca, by w razie problemu dzwonić - twierdzi Józef Grząba, działacz piłkarski z Sosnowca. W 1983 roku Kręcina zrobił doktorat związany z kształceniem kadr w krakowskim AWF-ie. W tym samym roku trafił do Warszawy. Pracę w PZPN-ie zaproponował mu ówczesny szef związku i odchodzący właśnie z funkcji rektora AWF-u Katowice Włodzimierz Reczek. Kręcina został zastępcą Zbigniewa Kalińskiego, ówczesnego sekretarza generalnego PZPN-u. W związku Kręcina wyrobił sobie markę sprawnego działacza. - To był rok 1987. Ja byłem sekretarzem Zagłębia, on już działał w związku. Klub z Sosnowca zmagał się wtedy z tzw. aferą Gałuszki. Janusz Gałuszka to był piłkarz BKS-ie Bielsko-Biała, który miał trafić do Zagłębia. Z pośpiechu, niekompetencji czy ludzkiego niedbalstwa pisma, które dotyczyły tego transferu, trafiły do zupełnie innych adresatów. Sprawa stanęła na ostrzu noża, BKS niemal zerwał rozmowy i wtedy w rolę mediatora wcielił się Kręcina. Po kilku dniach Gałuszka był już w Sosnowcu - wspomina Krzysztof Smulski, specjalista PZPN-u ds. bezpieczeństwa. - Gdy sytuacja wydaje się bez wyjścia, ludzie biegają po korytarzach jak szaleni, a Kręcina zachowuje spokój. Ile razy już słyszałem to jego "Ale gdzie tu jest problem?". Szybko podejmuje decyzję. Jeżeli sam nie jest w stanie zaradzić, to wskazuje kompetentne osoby - dodaje Smulski. Kurator nie wróciłKręcina ma także doświadczenia biznesowe. Gdy zakończył grę w Niemczech, przeniósł się do Kanady. - To była spontaniczna decyzja, chcieliśmy po prostu z żoną zrobić coś dla syna - wspomina. W Toronto rozpoczęła się jego przygoda z biznesem. Razem z polskim wspólnikiem Kręcina otworzył drukarnię. - Nigdy w życiu nie zdecydowałbym się teraz na taki ruch, bałbym się. Drukowaliśmy przewodniki. Złego słowa nie dam powiedzieć na mojego wspólnika, jak wracałem do Polski, to dobrze się podzieliliśmy. A wrócić musiałem, bo ja do tej Kanady nigdy psychicznie nie wyjechałem - mówi. Po powrocie do Polski nową pracę znalazł przy produkcji piwa. Został dyrektorem browaru Chociwel. - Moich znajomych spytano, czy nie znają jakiegoś kandydata na to stanowisko. Oni powiedzieli, że znają Zdzicha z Żywca, co oczywiście wzbudziło skojarzenie ze słynnym browarem. A ja tak naprawdę w browarze żywieckim ostatni raz byłem w szóstej klasie na wycieczce. Na warzeniu piwa się w ogóle się nie znam - śmieje się Kręcina. Niedługo po tym, jak produkowane w Chociwlu piwo zdobyło medal na poznańskich targach, Kręcina odszedł. - Prezes PZPN-u Marian Dziurowicz oficjalnie zwrócił się do firmy o zgodę na moje przejście do związku. Znów miałem zostać zastępcą sekretarza generalnego. Jak usłyszałem propozycję, to pierwsze, co zrobiłem, to pojechałem do Wisły, gdzie na urlopie przebywał ówczesny sekretarz generalny Michał Listkiewicz, z pytaniem, czy zgadza się, abym był jego zastępcą. Michał powiedział, że się zgadza - wspomina. W 1998 roku wybuchła wojna futbolowa pomiędzy PZPN-em i ministrem Jackiem Dębskim. Listkiewicz odszedł ze związku, a p.o. sekretarzem został Kręcina. Tymczasem browar Chociwel, już bez dyrektora Kręciny, padł. Uśmiechnięty, pucołowaty Kręcina był przekleństwem kontrolerów i kuratorów, którzy w ostatnim dziesięcioleciu licznie odwiedzali PZPN. Gdy w 1998 roku minister Dębski zawiesił zarząd związku, Kręcina był jedynym uprawnionym działaczem do prowadzenia działalności PZPN-u. - Po latach spotkałem się z Pawłem Krzykowskim, który był wtedy rzecznikiem Dębskiego. Narzekał, że z żadnej strony nie mogli nas dopaść. Wyjaśniłem mu, że wystarczyło mnie porwać, a wtedy na pewno byśmy nie przetrwali - uśmiecha się Kręcina, ale przyznaje, że kuratora Wiesława Pakocy, przysłanego przez Dębskiego, się bał. Kręcina przytacza taki dialog, który podobno miał miejsce pomiędzy Pakocą i prawniczką związku Dorotą Kulińską. - W jakim charakterze pan tu przybył? - Jestem kuratorem. - Proszę o dokument potwierdzający pańskie słowa. - Nie mam, ale proszę mi wierzyć, że jestem kuratorem. - W takim razie, jeśli pan sekretarz Kręcina pozwoli dopić panu kawę, to nie mam nic Kręcina: - No i poszedł i więcej nie wrócił. Taki to był kurator

Rola w "Poranku Kojota"

Gdy w minionych latach w siedzibie związku pojawiali się kolejni kontrolerzy i kuratorzy, pierwsze kroki po wejściu do siedziby PZPN- -u kierowali do gabinetu sekretarza generalnego. Zawsze są tam serdecznie i mile witani. - Kręcina to bardzo miły człowiek. Takie samo wrażenie odnoszę jednak, rozmawiając z Michałem Listkiewiczem, Eugeniuszem Kolatorem czy Zbigniewem Koźmińskim. Gdy przychodzi do działań, to nóż się w kieszeni otwiera. Tak samo jest też z sekretarzem generalnym, tylko że on jest najmilszy ze wszystkich - twierdzi Robert Zawłocki, który był kuratorem w związku.

Zanim Kręcina poległ na "aferze taśmowej" była jeszcze tzw. afera biletowa. Chodziło o sposób rozprowadzania wejściówek na mundial w Niemczech. Prokuratura w Częstochowie umorzyła jednak sprawę. - Ta "afera" to był wymysł ówcześnie rządzącej partii. W całym zamieszaniu chodziło o jeden bilet. Prowadzącego sprawę prokuratora tak naprawdę bardziej interesowała sprawa smyczy, które kupiliśmy za 53 tys. zł. Nie podobało mu się, że zrobiliśmy to bez przetargu, zastanawiał się też, czy nie doszło do rozrzutności w związku. Ja miałem jednak przygotowanego asa w rękawie - te smycze kupiliśmy za pieniądze FIFA - opowiada Kręcina.

Jedna z gazet napisała wtedy, że gdy w polskiej piłce miała miejsce fala aresztowań sędziów i działaczy, Kręcina przezornie wychodził na spacer z psem przed 6 rano i wracał grubo po 20, by przypadkiem nie zostać bohaterem spektakularnego zatrzymania. - Nie miałem nigdy psa. Poza tym lubię pospać do ósmej - śmieje się z tego Kręcina, który nigdy nie domaga się sprostowań nieprawdziwych informacji na swój temat. - Czekam na moment, kiedy ktoś zrobi ze mną numer naprawdę nieziemski i wtedy będę walczył o duże pieniądze. Na cel społeczny - zapowiadał.

Kręcina jest lubiany przez wszystkich, którzy znają go osobiście, ale przeciętny kibic ma o nim jak najgorsze zdanie. Dla niego Kręcina to symbol betonu w polskiej piłce. Na wizerunek zapracował sam. Kibice pamiętają mu, gdy na jednym z kolejnych zjazdów PZPN-u w hotelu Sheraton stwierdził, że wynajęcie sali jest tam tańsze od wynajęcia sali gimnastycznej w szkole podstawowej. A jeśli kibic przeklinał pod nosem, wysupłując spore pieniądze na bilet na mecz reprezentacji, to też narzekał na Kręcinę. To on ustalał ceny wejściówek.

Ostro skrytykował go Piotr Dziurowicz w słynnym wywiadzie udzielonym "Gazecie". - Od rana jest w PZPN sekretarz generalny pan Kręcina, ale to zwykły figurant. Siedzi, bo musi siedzieć. Podpisuje wszystkie dokumenty, które mu dadzą, bo za wszelką cenę chce utrzymać stołek.

Kręcina: - Z tym hotelem to przeszarżowałem, musiałem potem przeprosić. Choć gdybyście poznali prawdziwy cennik... Dziurowicz? Mówiąc o mnie, źle ocenił swojego ojca, który mnie w PZPN-ie zatrudnił. Korupcja? PZPN nie ma narzędzi, żeby z tym walczyć - mówi.

Henryk Apostel, Michał Listkiewicz, Zdzisław Kręcina i Andrzej Strejlau spacerowali kiedyś ulicą. Listkiewicz mówi, że trzeba poprawić warunki, w jakich pracują trenerzy i nauczyciele WF-u. - Inaczej dyscyplina nam padnie i zwiniemy interes - zauważył. Strejlau szybko znalazł jednak rozwiązanie. - Zdzichu niech środki przygotuje, opracujemy program i zaczynamy działać - mówi.

Brzmi prawdziwie? To jednak tylko film. W 2001 roku Kręcina wraz z kolegami działaczami zagrał epizod w popularnej komedii "Poranek kojota". - Reżyser Olaf Lubaszenko zadzwonił i zaproponował, żebyśmy wystąpili w epizodzie. To zdanie o załatwianiu pieniędzy do mnie przylgnęło - uśmiecha się Kręcina.

Wykorzystano tekst napisany w październiku 2009 roku.

Więcej o: