Złamał nogę i pomyślał, że jest drugim Wasilewskim. "Kość nie wyszła, bo przytrzymała ją skarpetka"

Roman Bindacz, bramkarz Naprzodu 46 Zawada - drużyny ze śląskiej okręgówki, opowiada ŚLĄSK.SPORT.PL jak to jest złamać sobie nogę w klubie, w którym gra się za darmo, a podczas meczów na boisku nie ma karetki.
Do pechowego zdarzenia doszło w niedzielę w spotkaniu z Czarnymi Gorzyce (2:2).

Wojciech Todur: Gdy ligowy zawodnik złamie podczas gry nogę może liczyć na wsparcie klubu, pieniądze z ubezpieczenia, pomoc w rehabilitacji. A jak jest w przypadku 39-letniego bramkarza z okręgówki?

Roman Bindacz: Na nic nie liczę. Znaczy liczyłem, że 10 kwietnia 2013 roku w dniu swoim czterdziestych urodzin powiem "dość" i przestanę uganiać się za piłkę. Skończyłem szybciej. Jestem teraz zawodnikiem biednego klubu. W Zawadzie gra się za darmo. Ubezpieczenie? Normalnie pracuję, więc nie muszę czekać na pomoc klubu.

W wyższych ligach karetka zawsze jest na stadionie na wypadek kontuzji zawodnika. A jak to było w pana przypadku?

- W okręgówce na karetkę trzeba poczekać. Po kontuzji nie straciłem przytomności. Spodziewałem się obezwładniającego bólu, ale aż tak źle nie było. Nawet kość mi nie wylazła, bo przytrzymywała ją skarpetka - to znaczy piłkarskie getry. Było za to sporo krwi, ale jej widok akurat mnie nie przeraża. Podeszła do mnie fizjoterapeutka Czarnych Gorzyce. Nie znam jej imienia, ani nazwiska, ale jestem jej bardzo wdzięczny. Trzymała mnie za rękę. Cały czas do mnie mówiła. Odliczała też minuty do przyjazdu karetki. Stąd wiem, że trafiłem na nosze po jedenastu minutach.



Pamięta pan sam moment kontuzji?

- Nie bardzo. Wiem, że gdyby sędzia główny zareagował na sygnalizację bocznego, który dźwignął spalonego, to nie byłoby problemu. A tak akcja była kontynuowana. Do piłki ruszyliśmy we trójkę. Ja, nasz stoper i napastnik Czarnych. To ostatnia chwila, którą dobrze pamiętam. Co ciekawe, złamanie nie było wynikiem faulu na mnie. To ja kopnąłem w nogę kolegi lub rywala i w ten sposób strzelił mój piszczel.

Co pan pomyślał w chwili, gdy już wiedział, że to otwarte złamanie?

- Różne myśli chodziły mi po głowie. Także taka, że będę teraz takim drugim Marcinem Wasilewskim (śmiech). Byłem spokojny. Nie czułem strachu. Tyle się mówi, że piłkarze po ciężkich kontuzjach mają uraz psychiczny po powrocie na boisko. Myślę, że mnie nic takiego by nie spotkało. Byłem przygotowany na to, że kiedyś może mi się przytrafić coś podobnego.



To pierwszy tak poważny uraz w pana życiu?

- Pierwszy. Właściwie to ja po raz pierwszy w życiu leżę w szpitalu. Nogę mam już poskładaną. Gips, śruby i takie tam rzeczy. Najpierw kilka miesięcy unieruchomienia, a potem rehabilitacja. Obawiam się, że w tym roku do pracy to ja już nie wrócę.

Ma pan do kogoś żal?

- A gdzie tam. Od kolegów wiem, że nasz stoper Tomasz Kulka, który był zamieszany w to całe zajście, zemdlał, gdy dowiedział się o tym co mi się stało. Tomek nie przejmuj się. To nie twoja wina. Jestem dumny, że mogłem grać z takimi chłopakami, jak Tomek. Byłem trochę dla tych dzieciaków jak drugi ojciec. Gdy doznałem kontuzji, na moje miejsce wszedł Damian Pozimski. Chłopak ma dopiero 17 lat, ale wielki talent i zapał do pracy. Był szykowany na moje miejsce, ale mój pech skrócił jego czas na naukę.

Skończył pan karierę w okręgówce, a miał pan wcześniej szanse na grę w wyższej lidze?

- Najbliżej "wielkiej piłki" to byłem na początku kariery. Jako nastolatek trafiłem do Górnika Pszów, a to była wtedy druga liga, dziś powiedzielibyśmy - pierwsza. Na początku wierzyłem, że może z tej piłki to będą jakieś pieniądze, ale z czasem oprzytomniałem. Założyłem rodzinę. Musiałem zacząć zarabiać. W wieku 28 lat poszedłem do pracy i w piłkę grałem już tylko dla przyjemności. Mam nadzieję, że gdy się wyleczę, to jeszcze do piłki wrócę. Chciałbym teraz trenować. Może na początek młodzież?