Piłkarski ekscentryk wrócił na trenerską ławkę. Czego spodziewać się po Miroslavie Copjaku?

Nadwiślan Góra nieoczekiwanie posadził na trenerskiej ławce Miroslava Copjaka. Co wiemy o nieco już zapomnianym w naszym kraju Czechu?
ŚLĄSK.SPORT.PL na Facebooku. Czy już nas polubiłeś? >>

Nadwiślan szykuje się do drugiego w historii klubu sezonu w drugiej lidze. Ma być trudniej, a już na pewno biedniej. Z zespołem żegnają się kluczowi graczy. Nie udało się też zatrzymać trenera Adama Noconia.

Początkowo wydawało się, że nowy zespół zbuduje Piotr Hauder, 36-letni szkoleniowiec, który pracował ostatnio w Unii Racibórz. Dziś już jednak wiemy, że działacze zapewnili mu wsparcie, czyli Copjaka.

53-letni Czech z miejscowości Klatovy po raz pierwszy pojawił się w Polsce w roku 2003, gdy przejął zespół Świtu Nowy Dwórk Mazowiecki. Działo się to po słynnej aferze barażowej z udziałem Szczakowianki Jaworzno, w konsekwencji której zespół z Mazowsza awansował do ekstraklasy. Copjak pracował też w Odrze Opole, Radomiaku, Odrze Wodzisław, Zagłębiu Sosnowiec czy Resovii Rzeszów.

Nie obawiał się też wyzwań w niższych ligach. Kilka lat temu nieoczekiwanie przyjął ofertę rywalizującego w okręgówce Ludowego Klubu Sportowego Łąką - zespołu z pszczyńskiej wsi.

Ostatnio jednak było o Copjaku jakby ciszej. Z zawodem rzecz jasna nie zerwał. Prowadził TJ Lokomotiva Petrovice w IV lidze czeskiej - to tzw. dywizja morawsko-śląska.

Teraz wraca do Polski. Czego można się po nim spodziewać? Copjak to futbolowy ekscentryk. Tytan pracy, który może nawet spać w klubie. Potrafi być bezwzględny dla piłkarzy i sędziów, którzy nieraz odsyłali go na trybuny. Chętny do nauki. Ma za sobą staże m.in. w brazylijskim Santosie i niemieckim TSV 1860 Monachium.

Zapewne będzie też "czarował" laptopem z nieprzebraną ilością nowinek i rozwiązań taktycznych. Gdy pojawił się w Łące, to chciał nauczyć graczy z okręgówki zagrywki, którą stosowali piłkarze Liverpoolu.

Z Copjakiem jest jednak i ten problem, że często - przynajmniej w przeszłości - dotykał go syndrom "oblężonej twierdzy". Gdy jego zespół przegrywał, wszędzie szukał winnych, łatwo się obrażał, a na koniec z wielkim hukiem żegnał z klubem.

No, ale to było dawno. Teraz czekamy już tylko na zagrywki a la Liverpool w wykonaniu piłkarzy z Góry.

Więcej o: