Sport.pl

Przerwana emerytura Martiny Hingis

Po 168 tygodniach - tydzień, jak sekunda w układzie SI, to w zawodowym tenisie podstawowa jednostka czasu - Martina Hingis, była liderka rankingu WTA, zwyciężczyni 40 turniejów, w tym pięciu wielkoszlemowych, znów wygrała mecz.
Tenisistką po prostu musiała zostać. Tak sobie zaplanowała Melanie Molitor, matka Martiny Hingis. Córce poświęciła nie tylko swoje życie osobiste. Wykorzystała też dwóch mężczyzn, aby zapewnić Martinie jak najlepsze warunki do życia i treningu. Pierwszego męża Karela Hingisa, ojca dziecka, porzuciła dla Andreasa Zogga, a raczej jego szwajcarskiego paszportu. Dziś pani Melanie ma już trzeciego małżonka, a panna Martina - drugiego ojczyma, który nazywa się Mario Widmer i towarzyszy tenisistce w Gold Coast.

Australian Women's Hardcourt Championships to turniej czwartej kategorii (na siedem). W sam raz dla kogoś, kto chce udowodnić, że z grą w tenisa jest jak z jazdą konno lub na rowerze (to też ulubione dyscypliny sportu Martiny Hingis). Po porażce z Jeleną Dementiewą w drugiej rundzie w Filderstadt w październiku 2002 r. Szwajcarka zmagała się z kontuzją lewego stawu skokowego. Cztery miesiące później ogłosiła, że musi zakończyć karierę.

22 lata to zdecydowanie zbyt młody wiek, żeby przechodzić na emeryturę. Hingis uznała, że na życie z procentów od ponad 18 mln dol. zarobionych tylko na korcie - również. Pierwszą próbę powrotu do gry podjęła w lutym ubiegłego roku. Próbę bardzo nieudaną - w pierwszej rundzie w Pattaya City Hingis uległa Marlene Weingärtner, wówczas 72. na świecie. Z tej porażki wyciągnęła jednak właściwe wnioski, ponieważ dwa dni temu z Marią Vento-Kabchi - obecnie 62. w rankingu - miała kłopoty tylko na początku pojedynku. I wcale nie dlatego, że rywalka z Wenezueli grała za dobrze.

- To ja byłam bardzo zdenerwowana - przyznała Szwajcarka.

Sztuka przegrywania

Wygrywać Hingis potrafiła i nadal potrafi. Gorzej z umiejętnością przegrywania. Ci kibice, którzy nie są bezkrytycznymi miłośnikami talentu Szwajcarki, nie mogą zapomnieć finału Roland Garros w 1999 r. Po porażce ze Steffi Graf nie chciała wyjść do dekoracji i została wygwizdana przez publiczność.

Dwa tygodnie później z Wimbledonu odpadła z wielkim hukiem już w pierwszej rundzie, wygrywając z nieznaną Mirjaną Lucić zaledwie dwa gemy. Od razu zrobiła sobie krótkie wakacje, podczas których paparazzi zdążyli sfotografować ją w ramionach Ivo Heubergera, kolegi po fachu. Później miejsce tenisisty zajął hokeista Pavel Kubina, którego z kolei zmienił Magnus Norman, znów tenisista. To była całkiem dobrana para: ona - liderka rankingu WTA, on - lider ATP Champions Race. Szwedowi nie wróżono jednak najlepiej. Julian Alonso, poprzednik Heubergera, zajmował 36. miejsce na liście ATP, kiedy związał się z Martiną. Gdy się rozstawali, był już 159. Następny sezon Norman zakończył na 49. miejscu. Potem Hingis zwróciła uwagę na prawnika z USA, którego nazwiska nikt nie zdążył zapamiętać, bo ten romans skończył się jeszcze szybciej niż poprzednie. A później ślad się urwał, bo Martina przestała grać.

Z powimbledońskich wakacji - tych w objęciach Heubergera - wróciła w mistrzowskim stylu. Nie dość, że wygrała turniej w Karlsbadzie, to jeszcze odzyskała pierwsze miejsce w rankingu.

- Wykorzystałam okazję, aby powiedzieć wszystkim: wróciłam. Po Wimbledonie trochę odpoczęłam od tenisa, a potem zabrałam się do pracy. I naprawdę nie słuchałam, co wtedy o mnie mówiono. Próbowałam wziąć się w garść i myśleć tylko o tym, co chcę osiągnąć. Szybko uświadomiłam sobie, że chcę po prostu dobrze grać w tenisa. Nie chcę być odstawiona na bok, nie chcę być nawet druga. Przyzwyczaiłam się być kimś wyjątkowym - oświadczyła Hingis.

Teraz będzie kimś wyjątkowym, jeśli po tak długiej przerwie przynajmniej zbliży się do poziomu, który prezentowała przed kontuzją.

W meczu drugiej rundy turnieju tenisowego w Gold Coast, z pulą nagród 175 tys. dolarów, Hingis pokonała 6:3, 6:2 rozstawiona z numerem siódmym Czeszkę Klarę Koukalovą.