Rafał Stec: Parszywa jedenastka

Wierzcie lub nie, ale dawno, dawno temu, pierwszego lutego 2006 roku, kiedy słońce zachodziło półtorej godziny wcześniej niż dziś, w londyńskim Arsenalu zagrał angielski piłkarz. W dziewięciu meczach, które przyszły potem - z Birmingham, Boltonem, Liverpoolem, Realem Madryt, Blackburn, Fulham, znów Realem, znów Liverpoolem i Charltonem - Anglicy już nie wystąpili. Ba, jeśli nie liczyć incydentów z niepełnoletnim Theo Walcottem, nie siedzieli nawet na ławce rezerwowych!
Owego pierwszego lutego obywatel Wielkiej Brytanii Sol Campbell wytrwał na boisku 45 minut. W przerwie uciekł do domu, bo miał depresję. Wcześniej grał jak patałach, to m.in. dzięki jego błędom, a raczej - jak rzekłby Jan Tomaszewski - wielbłądom, skazywany na porażkę West Ham odniósł sensacyjne zwycięstwo.

To był niesamowity mecz, jeden z tych, które czynią angielską ligę tak fascynującą, ale nie przywoływałbym go, gdyby nie niejaki Alan Pardew. Kiedy bowiem trener West Ham, komentując kosmopolityczny skład Arsenalu, palnął, iż "brytyjski futbol stracił swoją duszę", pomyślałem, że stracił głowę, desperacko tęskniąc za rodakami, których żenująca forma (vide Campbell) pomagałaby jego drużynie zwyciężać. Niestety, na odosobnionym wybryku się nie skończyło. Gordon Taylor, szef związku zawodowego wyspiarskich piłkarzy, a także kilku trenerów wszczęli ogólnonarodową debatę, podważając wartość triumfu Arsenalu nad Realem (w Lidze Mistrzów) jako osiągniętego wyłącznie nogami, mięśniami i płucami obcokrajowców. Gwałtowna polemika trwa do dziś.

To uderzające, że tak anachroniczny i nielogiczny postulat - zachowania narodowego charakteru klubu - padł właśnie w Londynie. W kilkunastomilionowej aglomeracji, w której mówi się ponad 300 językami, w której współżyją setki kompletnie obcych sobie społeczności, która uchodzi za forpocztę mającego nadejść świata bez granic. Gdyby obrażać się na Arsenal, trzeba by obśmiać całą stolicę imperium (notabene królowa Elżbieta II jest głową państw z kilku kontynentów, od Antiguy i Barbudy po Nową Zelandię), że zaprzedała brytyjską duszę obcym.

Na szczęście jest odwrotnie. To właśnie klub z Highbury najdoskonalej ucieleśnia ducha Londynu, a fani wciąż identyfikują się z piłkarzami, bo trener Wenger nie idzie na łatwiznę za miliony i nie kaperuje co roku zgrai najemników. Przeciwnie - ryzykuje, ściąga nastoletnich chłopców z całego świata, by kształcić ich na wybitnych futbolistów. I zyskuje ich lojalność, za młodu wpajając przywiązanie do klubowych barw. Czy fantastycznie zdolny Cesc Fabregas sprowadzony z Barcelony jako 16-latek będzie po dekadzie gry w Arsenalu w mniejszym stopniu stanowił o jego "duszy" niż pomocnik Southampton, który zostanie kupiony za 10 mln funtów jako "gotowy" już, w pełni dojrzały gracz? I z kim łatwiej będzie utożsamiać się kibicowi?

Nic wspanialszego niż zniesienie granic się piłce nie przytrafiło*, zaglądanie do paszportu jest w dzisiejszym futbolu nonsensem, ale międzynarodowy tygiel w klubach krytykuje się zewsząd. Jedni nacierają z pozycji patriotycznych, inni biadolą na rozszalały kapitalizm, który legitymizuje handel ludźmi, przywraca niewolnictwo (agenci sprzedający utalentowane dzieci to rzeczywiście pospolici przestępcy), a także zwiększa przepaść między bogatymi i biednymi. Przepaść rośnie, ale z innych względów. Jeśli kluby z Buenos Aires przetrwały czasy finansowego krachu w Argentynie, to w dużej mierze dzięki sprzedaży uzdolnionych graczy. Jeśli brazylijskie kluby zarobiły od 1994 roku na eksporcie piłkarzy ponad miliard dolarów (za dziennikiem "O Estado de Sao Paulo"), to znaczy, że ten miliard z europejskich korporacji typu Real czy Manchester trafił nad Amazonkę, a tysiące tamtejszych rodzin wyemigrowało - wraz z kopiącymi piłkę synami - po lepsze życie na Starym Kontynencie. I to nie do pracy na czarno.

Ostatnio i my przyjęliśmy "Canarinhos" - właściciel Pogoni Szczecin Antoni Ptak skrzyknął niemal dwie jedenastki Brazylijczyków. Od razu się przyznam, że nie widziałem, jak grają, piszę te słowa z Włoch (na mecz w Turynie szedłem z grupą londyńczyków, zagorzałych fanów... Juventusu) i nie chcę natrząsać się z prezesa dziwoląga, który mentalnie nie potrafi się wyrwać z bazaru. Jego pomysł na klub w stu procentach brazylijski to jednak głupoty przypadek kliniczny, a zarazem duchowo - o ironio - bliźniaczy sposobowi myślenia ukierunkowanych patriotycznie. Tak, właśnie ich, bo Arsene Wenger wbrew pozorom wcale nie stawia w Arsenalu na graczy z zagranicy. On jest na narodowość ślepy, on jest ślepy na wszystko poza argumentami merytorycznymi - wybiera piłkarzy lepszych zamiast gorszych, nie pytając, kto jest mańkutem, kto lubi na śniadanie jajko na bekonie, a kto ryż owinięty liściem nori.

Taylor i spółka, czyli wrogowie obcokrajowców, oraz właściciel Pogoni, czyli wróg rodaków, myślą identycznie. Nieważne, jak grasz, ważne, co masz w teczce. Jeśli Wenger - wbrew wysuwanym oskarżeniom - kształtuje ducha nowoczesnej piłki, to Ptak nabazgrał jego tandetną karykaturę. Z Arsenalem łączy go tyle, co Londyn z Lądkiem-Zdrojem. On pewnie nawet nie wie, że tylko w ubiegłym roku z Brazylii wyjechało 804 piłkarzy (starczyłoby na całą pierwszą ligę i jeszcze prawie całą drugą). Wyjechali lepsi niż ci z Pogoni, a wyjechali właśnie dlatego, że europejscy trenerzy nie spoglądają w paszporty. Najwybitniejsi - siedzący na ławkach Barcelony, Chelsea, Juventusu etc - dopiero dziś mogą dążyć do tego, co jest niemożliwe w reprezentacjach narodowych, a kiedyś było niemożliwe także w klubach. Do spełnienia odwiecznego marzenia o drużynie 11 najlepszych piłkarzy świata.



*Uczciwość nakazuje zastrzec, że w futbolu bez granic coś jednak przeraża: perspektywa ewentualnej ofensywy talentów z Tajlandii, która w kadrze ma takie gwiazdy jak Banluesak Yodyingyong, Thawatchai Damrong-Ongtrakul, Kosin Hathairattanakool czy Jetsada Puanakunmee.



Czy trenerzy klubowi powinni patrzeć na narodowość zawodników?