Rafał Stec: Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie...

...ale obawiacie się zapytać, czyli dlaczego Brazylia nie powinna zdobyć mistrzostwa świata
W czasach, gdy odpowiednio wiarygodny sondaż przekonałby najbardziej ortodoksyjnych tradycjonalistów, że 2+2=22, niełatwo trwać przy zdaniach niepodważalnych, ale kilka prawd prawdziwych na pewno - no, prawie na pewno - jednak się ostało. Papież zawsze jest fajny (nawet jeśli nie mówił od urodzenia po polsku). Woody Allen zawsze robi fajne filmy (nawet jeśli nie kręci o Nowym Jorku i Żydach). Brazylijczycy zawsze grają najfajniej w piłkę (nawet jeśli jajogłowi trenerzy chcą usunąć z futbolu spontaniczność).

Z tego ostatniego aksjomatu wyciągamy wnioski najdalej idące, bo mistrzostwo świata przyznaliśmy "Canarinhos" jeszcze przed turniejem, nie bacząc, że mundial pomyślany jako rywalizacja o srebrny medal będzie jednak trochę mniej fajny niż mundial tradycyjny, z kompletem niewiadomych. Dlatego niniejszym chciałbym przedstawić powody, dla których Brazylia nie wygra, a które wielu kibiców chciałoby poznać, choć wstydzi się o nie zapytać, by nie uchodzić za ignorantów utwierdzających się w przekonaniu, iż Ziemia jest płaska. Muszę zarazem przezornie zaznaczyć, iż jestem w pełni świadomy wątłości podanych argumentów i uważam je raczej za wątpliwe poszlaki niż twarde dowody na cokolwiek.

Po pierwsze, liderzy reprezentacji Brazylijczycy to są mężczyźni po przejściach, które pozostawiły wciąż świeże rany na duszy i ciele. Choć w minionym sezonie aż dziewięciu piłkarzy podstawowej jedenastki (Dida - Cafu, Lucio, Juan, Roberto Carlos - Emerson, Ze Roberto - Kaka, Ronaldinho - Adriano, Ronaldo) zdobyło z klubami mistrzostwo lub wicemistrzostwo najsilniejszych lig europejskich, to nie wszyscy przyłożyli do tych sukcesów rękę lub nogę. Dida dziwacznymi interwencjami wpędzał w panikę kolegów z defensywy Milanu, którzy nigdy nie wiedzą, co strzeli mu do głowy. Cafu niemal cały sezon się leczył. Roberto Carlos przeżywał depresję razem z całym Realem Madryt. Adriano prawie nie strzelał goli dla Interu, chodził za to na obiady z rodziną Morattich, by poczuć się w Mediolanie jak u siebie w domu, bo od piłkarzy obrywał w szatni, a kibice obiecali, że wcześniej czy później spotkają go w jakiejś dyskotece i spiorą na kwaśne jabłko. Wreszcie Ronaldo nie zdołał się pozbyć reputacji leniwego i coraz bardziej ślamazarnego grubasa, a kiedy skarżył się, że kibice go nie lubią, to ci odwdzięczali się przeraźliwymi gwizdami. Dziś waży o pięć kilo więcej - jak oficjalnie ogłosił lekarz kadry - niż podczas poprzednich MŚ. Na dobrą sprawę świetny rok mają ze sobą tylko dwaj "Canarinhos" z pierwszego składu - Ronaldinho oraz Emerson.

Po drugie, taktyka z ultraofensywnym kwartetem Ronaldinho - Kaka - Adriano - Ronaldo to ustawienie tak osobliwe, ryzykanckie, nieprzystające do naszych czasów i lekceważące wszelkie obowiązujące trendy, że konsekwencji jego zetknięcia się z rygorem, np. włoskim, nie sposób przewidzieć. Może przynieść bezprecedensowy triumf, może sprowadzić bezprecedensową klęskę. Jeśli pamiętać jeszcze, iż funkcję defensywnego pomocnika ma spełniać czujący się w destrukcji jak ryba na piasku Ze Roberto, a po bokach obrony będą galopować jeźdźcy bez głowy Cafu i Roberto Carlos, to gdzie szukać planu B na wypadek, gdyby Brazylijczycy jednak stracili piłkę? Niewykluczone, że w grupowych meczach z Chorwacją, Japonią czy Australią rzeczywiście nie oddadzą jej ani na moment, nawet w doliczonym czasie gry, ale zabawa "w dziada" musi się kiedyś skończyć. Np. w 1/8 finału.

Po trzecie, jeśli we wczesnej fazie turnieju taktyka lub ludzie - mimo zwycięstw - będą robili wrażenie niespecjalne, trener Carlos Alberto Parreira (wyjściową jedenastkę już ogłosił!) może okazać się niechętny radykalnym zmianom. Radykalnym, bo kosmetyczne w zestawie tak gwiazdorskim nie są możliwe. Każdy ruch wywoła szok, każda roszada będzie jak uderzenie otwartą dłonią w pysk świętej krowy. Jeśli Real prezesa Florentino Pereza naprawdę był galaktyczny, to przy Brazylii madrycka galaktyka miała rozmiar piłeczki pingpongowej. Gazety już piszą, że Ronaldo nawet w ciąży zasługiwałby na grę. A korespondenci z Sao Paulo donoszą, że również sponsorzy ostro protestowaliby przeciw personalnym rewolucjom - suma kontraktów reklamowych wokół "Canarinhos" przekroczyła miliard dolarów, a Ronaldinho w samej tylko ojczyźnie daje twarz 12 kampaniom reklamowym.

Po czwarte, nowoczesna historia mundiali uczy, że Brazylia wygrywa, jeśli nie jest faworytem, jeśli musi zachować pokorę i naprawdę boi się rywali, a stylem gry niekoniecznie zapiera dech. W latach 80. piłkarze zmarłego niedawno trenera Tele Santany zachwycali figurami z innej planety, ale była to sztuka dla sztuki, która nie przynosiła żadnych trofeów. Cztery lata temu ich następcy jechali na mistrzostwa po kiepskich eliminacjach (ledwie wymordowali awans), wysłuchując proroctw, iż okryją rodaków hańbą, bo tworzą najgorszą brazylijską reprezentację w historii. Przywieźli złoto.

Teraz faworyci znów nie mają żadnych zmartwień. Chcą pokazać sexy football, jakiego świat nie widział od 1970 r., kiedy na kibicowskie zmysły oddziaływali Pele, Jairzinho, Carlos Alberto. Europę już podniecili - transmitowane do 40 krajów treningi w szwajcarskim Weggis to płatne show dla fanów z suchością w gardle wpatrujących się w Ronaldinho, który zawiązuje buta lub rozgrzewkowo truchta. Najtrudniejszą decyzją, jaką musiał podjąć selekcjoner, było rozstrzygnięcie dylematu, czy podczas mundialu pozwolić piłkarzom uprawiać seks, czy kazać im całą rozkosz czerpać z pieszczenia piłki. Kiedy postawił na pełną wolność w łóżku (w przeciwieństwie do oprawcy Scolariego, który cztery lata temu wymagał wstrzemięźliwości), pojawiła się chyba jedyna różnica zdań w drużynie: Kaka wybąkał, że jest raczej przeciw, czym prędzej podkreślając, iż decyzji szefa nie podważa. Przeciw jest zresztą raczej z przyczyn nie merytorycznych - jako człowiek głęboko religijny woli, by koledzy wciąż pozostający kawalerami nie grzeszyli mu pod nosem.

Słowem, w Brazylii sielanka, bo nawet obrazoburcy wątpiący w niezwyciężoność rodaków przypominają sobie II rundę poprzedniego mundialu - Belgia gra lepiej, przeważa, wypracowuje strzeleckie okazje, wreszcie Marc Wilmots trafia do siatki. Sędzia bramki nie uznaje, popełniając skandaliczny błąd, co zresztą potem przyznają sami "Canarinhos", którzy strzelają załamanym rywalom dwa gole. I jeszcze jedno - na tamtym skąpanym w deszczu turnieju podczas brazylijskich meczów nie spadła ani kropla, dopiero tuż po finale chlusnęło jak za czasów Noego. Co oczywiście nie ujmuje nic z klasy mistrzów, lecz potwierdza starą piłkarską prawdę, że nawet jeśli papież tym razem jest Niemcem, to Bóg pozostaje Brazylijczykiem.

Czy Brazylia jest murowanym faworytem do wygranej w mistrzostwach świata?