Rafał Stec: Świat staje na piłce

Nie ma oczywiście niezbitych dowodów, że mundial to najfajniejszy pomysł, na jaki wpadł homo sapiens, ale czy przeszło miliard ludzi może się mylić?
Tyle głów - co najmniej - ma liczyć 9 lipca widownia finału mistrzostw świata, choć to pewnie prognozy tradycyjnie niedoszacowane, bowiem odsetek osobników rozsądnych, czyli ulegających futbolowemu obłędowi, rośnie w tempie szaleńczym.

To będzie mundialowe lato jak zwykle. Kula ziemska będzie się obracać ciut wolniej, a czasem, podczas serii rzutów karnych, na moment całkiem wyhamuje, by nikogo nie faworyzować źle wymierzonym drgnięciem. Pracoholicy popadną w nieróbstwo, bębniąc palcami w biurko, byle dotrwać do fajrantu i pierwszego gwizdka. Zrezygnowani szefowie zamówią do firm telewizory o gabarytach stadionowych, by jakiegokolwiek podwładnego zatrzymać w biurze po godzinach. Nawet pieniądz chwilowo zrzeknie się władzy nad światem - analitycy już zapowiedzieli bezruch na rynkach finansowych, bo inwestorzy zamiast wykresów giełdowych zamierzają śledzić parabolę lotu piłki kopniętej przez Ronaldinho.

I nie ma znaczenia, że piłka akurat przeżywa trudny okres, że gigantyczna afera korupcyjna we Włoszech podważa wiarę w uczciwość całej rywalizacji na najwyższym poziomie, zachłanność klubowych potentatów podważa ideę równych szans, a Paweł Janas doprowadza do pasji brakiem szacunku dla polskich gwiazd. Kiedy wybije godzina zero, kiedy - być może - pierwsze podanie na mistrzostwach wymienią urodzeni nad Wisłą Niemcy Miroslav Klose i Lukas Podolski, wszystko rozpocznie się od nowa. Sukces unieważni stare grzechy, klęska - przeszłość znaczoną triumfami. Uznani mistrzowie będą musieli gryźć tę samą trawę co absolutni debiutanci z Angoli, którzy jeszcze miesiąc przed turniejem dementowali doniesienia, jakoby nie dla wszystkich piłkarzy starczało trampek do treningów biegowych.

Mało jest powodów, dla którego ledwie wiążący koniec z końcem Argentyńczyk wyprzedałby dorobek życia, by kupić lotniczy bilet, przewędrować pół świata, rzucić okiem na grupkę rodaków i wrócić do ojczyzny. Żaden inny nie sprawia, że w jednym miejscu zbierają się tłumy z Australii oraz Trynidadu i Tobago, Japonii i Ekwadoru, Iranu i Stanów Zjednoczonych, Ukrainy i Wybrzeża Kości Słoniowej.

Dla nas będzie to turniej szczególny, a może być - wyjątkowy. Śmierć Kazimierza Górskiego osierociła polski futbol, a przecież 32 lat temu to właśnie na mundialu w Niemczech drużyna trenera tysiąclecia oczarowała resztę świata. Tym razem bliskość mistrzostw ściągnie pod stadiony kilkaset tysięcy rodaków. Jednych z biletami, innych - bez, wszystkich tęskniących za czasami, kiedy gole Laty i Szarmacha rekompensowały beznadzieję szarej codzienności. Dziś następców porównywalnej klasy nie mamy, ale ludzie bezsprzecznie zdolni, których górny pułap możliwości pozostał nieodkryty, zdecydowanie są. Jeśli nie myliliśmy się co do Żurawskiego, jeśli rzeczywiście drzemie w nim to "coś", czego istnienie od dawna instynktownie przeczuwaliśmy, to prawdopodobnie do końca kariery nie będzie miał lepszej okazji, by wynurzyć się z przeciętności. Gole strzelane rywalom tak miernym jak Kostaryka czy Ekwador, a zarazem tak cenne? To w nowoczesnej piłce zdarza się raz na cztery lata.

Jednak nawet jeśli Polakom znów się nie uda, frapujących fabuł na mundialu nie zabraknie. Czy Brazylijczycy istotnie są zdolni przyćmić wyczyny poprzedników z 1970 r. i wznieść futbol na poziom w naszym układzie słonecznym niespotykany? Czy Niemcy jak zwykle pokażą, że odnoszą sukces tym bardziej spektakularny, im bardziej ponurymi proroctwami się ich straszy? Czy Anglicy nieuleczalne przeświadczenie o własnej wielkości wreszcie przetopią na złoto?

Odpowiedzi trzeba rzecz jasna dociekać już dziś, choć - też rzecz jasna - dociekać trzeba jałowo, bo w futbolu nie tylko naszych czasów wiadomo najwyżej tyle, iż mecz można wygrać, przegrać albo zremisować. Wykonana dzięki coraz wymyślniejszej technice piłka pędzi coraz szybciej, odbija się coraz dziwniej, zaskakuje bramkarzy coraz złośliwiej i bezlitośniej. Cztery lata temu murowani faworyci - Francja i Argentyna - polegli już w fazie grupowej. Na ostatnich mistrzostwach Europy triumfowali anonimowi Grecy, na ostatnim turnieju olimpijskim zdumiewali Irakijczycy, którzy trenowali niemal wyłącznie na pastwisku.

Będą sensacje, woleje zza pola karnego, nieodwracalność spudłowanych strzałów do pustej bramki, dogrywkowe dreszczowce, groza rzutów karnych. Jednak pewne jest głównie to, że nic nie jest pewne.

My, kibice, już zwyciężyliśmy.