Europa górą! Brazylia z syndromem "galacticos"

Południowoamerykańska technika przegrywają na mundialu z europejską taktyką i grą zespołową. W parach półfinałowych będą grać ze sobą cztery drużyny ze Starego Kontynentu. Główna w tym zasługa Niemców i Francuzów, którzy odesłali do domów faworyzowane ekipy Brazylii i Argentyny
Przed mistrzostwami Brazylię i Argentynę wymieniano jednym tchem wśród faworytów. Po pierwszej fazie turnieju to przekonanie jeszcze wzrosło - obie ekipy wyraźnie wygrały swe grupy. Co prawda później Argentyna męczyła się z ambitnym Meksykiem, a Brazylia, choć wygrała z Ghaną 3:0, nie zachwycila - to w obu ekipach dostrzegano wielkie rezerwy mające eksplodować w meczach z silniejszymi rywalami. Zaskakująco jednak ćwierćfinały dla obu drużyn okazały się nie do przejścia. Francja i Niemcy, choć zaprezentowały różny sposób na rozprawienie się z południowoamerykańskimi rywalami, pokazały że europejska myśl taktyczna jest w stanie doprowadzić do zwycięstw nad zespołami, w których aż roi się od wirtuozów futbolu.

Brazylia - syndrom "galacticos"

Rodzaj kryzysu, który gnębi od kilku lat Real Madryt, pojawił się chyba również w reprezentacji Brazylii. Pełna gwiazd ekipa "canarinhos" od początku mundialu grała jakby od niechcenia. Nikt nie robił jej z tego powodu zbyt wielu wyrzutów, bo wygrywała, choć styl w meczach z Chorwacją i Australią wcale nie przypominał wielkiej Brazylii. Mimo żenująco słabej postawy Ronaldo, całkowicie niewidocznego Ronaldinho i nieskuteczności Adriano, świat nie przestał wierzyć, że piłkarze z kraju samby wywalczą mistrzostwo.

W meczu z Francją okazało się, że, że sama obecność gwiazd na boisku nie wystarczy. Tym gwiazdom musi się jeszcze chcieć grać, zaś w pojedynku z trójkolorowymi, "canarinhos" sprawiali wrażenie znudzonych "całym tym zgiełkiem". Przez 3/4 meczu wyglądali jakby wierzyli, że samą siłą swej renomy przebiją się do półfinału. Zapomnieli o podstawowej prawdzie - nazwiska nie grają. Nawet, jeśli są to nazwiska największych boiskowych magików.

Wystarczyła mieszanka rutyny Zidane'a, werwy Ribery'ego i geniuszu Henry'ego, by pogrążyć Ronaldinho i spółkę. Zaczęła ona na grać dopiero gdy zdała sobie sprawę, że stracona bramka może przerwać jej bieg po mistrzostwo. Ale nawet wtedy ich ataki były chaotyczne i nieskoordynowane - tak samo zresztą, jak gra w obronie.

Gdy na szalę oprócz danych przez Boga umiejętności i talentu trzeba było postawić jeszcze wolę walki, ambicję, chęć naprawiania błędów kolegów, czy po prostu zdrowie - podopieczni Parreiry skulili ogony pod siebie. Poza zdziwieniem, że ktoś ośmielił się im postawić inne warunki niż oni sami dotąd dyktowali, nie mieli nic do zaproponowania - ani sobie, ani kibicom. No, bo chyba nie te długie, rozpaczliwe piłki w pole karne Bartheza. Czy ktoś w ogóle pamięta grającą w ten sposób Brazylię?

Francja - "Les Bleus" odrodzeni

Francuzi przyjechali na mundial w fatalnych nastrojach. Poddani byli miażdżącej krytyce mediów i kibiców. W pierwszych meczach fazy grupowej grali tak słabo, że publiczność wygwizdywała ich przy każdym dotknięciu piłki. Ale Raymond Domenech wyciągał wnioski, zmieniał zawodników i ustawienie, zgrywał zespół. W efekcie w 1/8 finału wyeliminował mającą być rewelacją turnieju Hiszpanię.

Brazylijczycy ze swojej słabej gry nie wyciągnęli żadnej nauki. Na treningach zabawiali się i wygłupiali, imponowali publiczności "magicznymi" sztuczkami. Na ciężką pracę czy ćwiczenie taktyki nie było już czasu. W konsekwencji w sobotnim meczu we Frankfurcie od początku było widać, która z drużyn naprawdę jest drużyną, a która tylko zbiorem indywidualności.

Obie ekipy opierały się na doświadczonych zawodnikach. Tyle, że Parreira ustalając wyjściową jedenastkę trzymał się kurczowo swych faworytów, a gdy kontuzja Emersona wymusiła na nim zmianę, wstawił do składu równie doświadczonego Juninho.

Domenech postąpił inaczej - w swej równie wiekowej drużynie znalazł miejsce dla kilku młodych, którzy wprowadzili do niej zdrowy ferment: Ribery, Malouda, Abidal. Parreira młodych wpuścił gdy Francuzi już zdążyli zdominować jego drużynę. Robinho czy Cicinho - z całym szacunkiem dla ich umiejetności - nie są jeszcze graczami którzy pociągną grę całego zespołu.

Argentyna - wojsko bez generała

Wymęczone zwycięstwo nad Meksykiem nie zachwiało pewnością siebie Argentyńczyków. W ćwierćfinałowym boju z Niemcami zupełnie zneutralizowali bramkostrzelny duet Klose-Podolski i szukali swoich szans. Gdy Ayala zdobył gola wydawało się, że ''albicelestes'' - grający najbardziej po europejsku spośród zespołów Ameryki Płd. - mają wszystko pod kontrolą. Ale pierwszy, burzący przewidywalny scenariusz meczu moment - kontuzja Abbondanzieriego i wprowadzenie rezerwowego bramkarza Franco - sprawił, że trener Pekerman zupełnie się pogubił. Postanowił bronić wyniku i może nie byłby to zły pomysł, gdyby nie sposób, w jaki chciał tego dokonać.

Zaordynowanych przez Pekermana zmian nikt racjonalnie nie wytłumaczy. Zastąpił przywódcę i siłę napędową ataku - Riquelme, defensywnie grającym Cambiasso. Jakby tego było mało, ściągnął z boiska znanego z żelaznej kondycji i skutecznosci Hernana Crespo, a posłał do ataku nie ogranego w reprezentacji Cruza. Efekt tych zmian: wyrównujący gol zdobyty przez Miroslav Klose. Działajaca dotąd jak dobrze naoliwiona maszyna drużyna Argentyny, zaczęła się zacinać. I nic dziwnego, gdyż Pekerman został przed dogrywką bez rozgrywającego, bez najlepszego napastnika i bez pierwszego bramkarza. Franco w karnych nie okazał się drugim Goycoacheą z finałów 1990 roku i Argentyńczycy mogli się pakować.

Niemcy - nie zostawiaj nic przypadkowi

Niemcy grają na tym mundialu najmniej niemiecką piłkę w historii. Są tego plusy i minusy. Jeśli osłabieni przez Pekermana Argentyńczycy nie dali im sobie wbić gola w dogrywce to tylko dlatego, że - o dziwo - to drużyna z Ameryki Płd. lepiej kondycyjnie wytrzymała trudy meczu. Nie potrafiła jednak tego wykorzystać, bo defensywna gra Niemców w tym meczu była wzorowa.

Niemcy jak to Niemcy - gdzie tylko można, nie zostawiają niczego przypadkowi. Najpierw przegrywając nie porzucili swej taktyki ofensywnej, opartej na trójkącie Ballack-Klose-Podolski. Do upartego stosując wyuczone schematy dążyli do wyrównania i wreszcie je osiągnęli. Na zwycięstwo w dogrywce brakło już co prawda sił, ale obrona, która miała być najsłabszą formacją zespołu właśnie wtedy miała swój najlepszy czas. A Klinsmann wprowadzał raczej zawodników przednich formacji, wychodząc ze słusznego założenia, że to oni będą potrafili odciągnąć zagrożenie spod własnej bramki.

W serii karnych gospodarze mistrzostw też nie pozostawili nic przypadkowi. Kiedy każdy z Argentyńczyków przed strzałem kombinował, jak tu pokonać Lehmanna, każdy z Niemców wyglądał tak jakby szedł wykonać coś, co przećwiczył po tysiąckroć. Jakby już kilka tygodni temu wiedział z jaką siłą, w który róg, po ziemi czy górą będzie strzelał. - Tak zachowuje się tylko ktoś, kto jest pewny swojej siły i nie boi się odpowiedzialności. Oni nie dopuszczali myśli, że może stać się coś złego - te słowa Andrzeja Juskowiaka wypowiedziane po meczu najlepiej oddają istotę rzeczy.

Teamgeist, czyli duch drużyny

Na mundialu okazuje się, że wynik meczu nie zależy od geniuszu największych gwiazd. Tryumfy święcą: 1. dyscyplina taktyczna, skierowana głównie na osłabienie ofensywnych zapędów przeciwnika już w linii pomocy, 2. zgranie formacji, odebranie piłki i szybkie przejście do ataku, 3. do perfekcji wyćwiczone stałe fragmenty gry.

Na tych elementach skupiły się drużyny europejskie i już tylko one zostały w turnieju. Czyżby nie bez powodu oficjalną piłkę tegorocznych mistrzostw nazwano "Teamgeist", czyli duch drużyny? Ta piłka wydaje się lubić tych, którzy grają właśnie drużynowo, taktycznie i z rozmysłem. Ci, którzy postawili na indywidualności, już sobie na mundialu tej piłki nie pokopią.

Co wyżej cenisz?