Gwiazdozbiór "canarinhos" w cieniu Zidane'a

Koniec snu Brazylii o szóstym Pucharze Świata. Zamiast gwiazdorów Canarinhos w głównej roli wystąpił Zinedine Zidane. - Za jego sprawą Francja ukradła nam rytm, styl - narzekał po meczu Kaka.
Na mundialu dominuje Europa. Pierwszy raz od 1982 roku w półfinałach zagrają tylko drużyny europejskie. We wtorek zmierzą się Włosi z Niemcami, w środę Francuzi z Portugalczykami.

Brazylia, wielki faworyt, koronowana na mistrza świata miesiące przed rozpoczęciem mistrzostw jedzie do domu. To tylko przypieczętowało odwrót Ameryki Południowej zapoczątkowany przez Niemców, którzy powiedzieli do widzenia Argentynie.

Europa rządzi, a jej największą gwiazdą znów jest Zinedine Zidane. 34-letni weteran zagrał jakby miał dziesięć lat mniej i przyćmił wszystkie brazylijskie sławy.

Ronaldo? Nie był w stanie minąć żadnego obrońcy i oddał jeden strzał na bramkę. Był to zresztą jedyny celny strzał Brazylii w całym spotkaniu. Kaka? Biegał, harował, ale 20 metrów przed bramką Fabiena Bartheza odbijał się jak od ściany od obrońców Liliana Thurama i Williama Gallasa.

Potężny i silny jak byk Adriano? Grał dobrze przez równo pięć minut. "Nowy Pele", czyli Robinho? Oddał jeden niecelny strzał. Juninho, słynny specjalista od rzutów wolnych, pięciokrotny mistrz Francji z Olympique Lyon? Słał piłkę "Panu Bogu w okno", a podawał koszmarnie. A Ronaldinho? Ten, którego gry na mundialu wyczekiwano najbardziej ze wszystkich piłkarzy świata, skończył mecz bez żadnego kluczowego podania. Bez celnego strzału czy choćby porywającej sztuczki.

Austerlitz weteranów

- Żeby pokonać Brazylię, musieliśmy zagrać wielki mecz. I zadanie wykonaliśmy. Każdy z nas, co do jednego - stwierdził jeszcze na murawie Zidane na wieść, że trenerzy FIFA wybrali go na najlepszego zawodnika meczu. W tle trybuny po raz kolejny tego wieczoru rozbrzmiewały "Marsylianką". Powiewały trójkolorowe flagi. W górę leciały rogate napoleońskie czapki z kokardami.

Bo też i reprezentacja Francji zagrała jak grupa napoleońskich weteranów, starych wiarusów mających za sobą wielkie zwycięstwa jak Austerlitz czy Wagram (mistrzostwo świata i Europy), ale też spektakularne klęski - bitwę narodów pod Lipskiem, czyli odpadnięcie z mundialu w Korei i Japonii bez zdobycia gola, i Waterloo, czyli przegraną z Grecją na ostatnich mistrzostwach Europy.

Choć w eliminacjach do niemieckiego turnieju i w rundzie grupowej przeciwko Szwajcarii, Korei i Togo Francuzi człapali po boisku jak armia Bonapartego wracająca w śniegach spod Moskwy, w 1/8 finału z Hiszpanią i w sobotę z Brazylią zagrali, jakby czas się dla nich cofnął. Znów byli wielcy, dominowali fizycznie, tłamsili rywali psychicznie, a na boisku rządził niczym marszałek Zidane.

Tak jak Hiszpanie, tak i Brazylijczycy byli pewni, że to "pożegnalny mecz Zidane'a", bo Francuz zapowiedział, że po mundialu kończy karierę. - Przegrać z Brazylią to zaszczyt, nawet dla tak wielkiego piłkarza jak Zizou - mówił przed meczem Robinho. Ale tak jak Hiszpanie, tak i Brazylijczycy się przeliczyli. Zidane tuż przed meczem szczerzył się w uśmiechu do kolegów z Realu Madryt. A ci dali się nabrać. - Ça va bien? (Jak się masz?) - zapytał go sekundy przed pierwszym gwizdkiem Ronaldo, a Roberto Carlos mrugnął do niego okiem. Ale w czasie spotkania miny powoli im rzedły.

Zidane ogrywał rywali, żonglując to nogą, to głową, i precyzyjnie podawał. Tak inny od tego piłkarza, który w grupowym meczu z Koreą ciskał z bezradności o ziemię trójkolorową frotką. - Pokazał, że jest królem dwóch rzeczy fundamentalnych w futbolu - przyjęcia piłki i podania. Nikt na świecie nie kontroluje piłki lepiej od niego i nikt nie podaje dokładniej. Tak naprawdę on był dziś na boisku jedynym Brazylijczykiem - komplementował Michel Platini, któremu niełatwo przechodzą przez gardło pochwały dla innych piłkarzy.

A gdy w 57. minucie fenomenalnie podał na długi słupek do Thierry'ego Henry'ego, a napastnik Arsenalu wpakował piłkę z trzech metrów pod poprzeczkę, zgasły wszystkie brazylijskie uśmiechy. I nawet ten firmowy uśmiech Ronaldinho zmienił się w grymas rozpaczy. Brazylia nie miała czym odpowiedzieć. Była bezradna do końca. A mogła mówić o szczęściu, bo sędzia Cantelejo powinien dać czerwoną kartkę Juanowi za powalenie faulem od tyłu szarżującego samotnie na bramkę Patricka Vieiry.

Czarodziej? Potwór? Zizou!

- Zidane to czarodziej, piłkarz magiczny. Jak dobrze było znów obejrzeć tę magię - skomentował obecny we Frankfurcie Franz Beckenbauer. - Niestety, Zidane postanowił, że będzie wielki w tym meczu. Zabił nas swoją grą. Za jego sprawą Francja ukradła nam rytm, ukradła nam styl. To wspaniały zawodnik. Futbol poniesie gigantyczną stratę, kiedy w końcu przestanie grać w piłkę - przyznał po meczu Kaka. A trener Canarinhos Carlos Alberto Parreira nazwał Zidane'a "potworem".

- Was zaskoczyła jego postawa? Mnie nie. On po prostu taki właśnie jest. Wielki - podkreślał trener Raymond Domenech. - Zobaczycie, że w następnym meczu zagra jeszcze lepiej. Dobrze mieć kogoś takiego obok siebie na boisku. Grając z nim, po prostu nie możesz zawieść, nie możesz odpuścić - tłumaczył Willy Sagnol.

Zidane przybył na konferencję prasową, ale tylko po to, by odebrać trofeum dla najlepszego zawodnika meczu. Zignorował las rąk, bo jest obrażony na media za to, jak go sponiewierały po kiepskich występach ze Szwajcarią i z Koreą. Pisały, że zrobił krzywdę reprezentacji, wracając z emerytury, i że nie powinien przyjeżdżać do Niemiec. Nie zapytałem go więc, czy po takim meczu nie odwlecze zakończenia kariery o rok. - Nie liczcie na to, on skończy karierę. Idealna okazja się zbliża. Będziemy walczyć o finał... - mówił nam później Patrick Vieira.

Sam Zidane, trzykrotny najlepszy piłkarz świata FIFA (1998, 2000 i 2003), uciekając przed dziennikarzami, rzucił im tylko przez ramię: - Ce n'est pas fini! (To jeszcze nie koniec!). Chcemy finału. To, co już zrobiliśmy, jest zbyt piękne, byśmy się mieli teraz zatrzymać.

Co przede wszystkim zdecydowało o porażce Brazylii?