Włosi mistrzami. Haniebny wybryk Zidane'a

Przed chwilą półżywi ledwie powłóczyli nogami, a teraz, po perfekcyjnie strzelanych rzutach karnych, Włosi rzucili się sprintem przez boisko, by oznajmić światu, że są mistrzami. Francuzi jeszcze nie otrząsnęli się po haniebnym wybryku Zinedine'a Zidane'a.
Relacja "Z Czuba"

Wideo: najważniejsze akcje meczu wg FIFAworldcup.com

Zidane przyzwyczaił nas, że jest geniuszem, który czasem, nie wiedzieć czemu, staje się łobuzem. Sędziowie karali go czerwonymi kartkami wielokrotnie, czasem za zawstydzające, brutalne faule.

Najbardziej ponurą scenę z jego kariery zobaczyliśmy w finale. Mijała 109. minuta walki, kiedy największy z największych podszedł do Marco Materazziego. Chwilę wcześniej obaj uśmiechali się do siebie, wydawało się, że dowcipkują. Nagle Francuz pochylił głowę i z całej siły uderzył nią w klatkę piersiową włoskiego obrońcy. Sędzia wyrzucił Francuza z boiska.

A przecież to on miał zostać bohaterem. Był mistrzem świata, mistrzem Europy, wygrywał Ligę Mistrzów, zdobywał tytuł najlepszego piłkarza globu. Kilkanaście sekund przed incydentem, po którym zobaczył czerwoną kartkę, na stadionowym telebimie wyświetlono informację, że jako jeden z ledwie czterech graczy w historii zdobywał bramki w dwóch finałach mundialu. A jeszcze kilka minut wcześniej wspaniale uderzał głową i Buffon musiał znów udowadniać, że jest najlepszym bramkarzem świata, by jego strzał obronić.

Do szatni Zidane uciekł na dobre. Nie wyszedł nawet odebrać srebrnego medalu.

"Łyżka" Zidane'a

Na wieczór niesamowitości zanosiło się od początku, bo dziwna aura spowijała stadion od pierwszego gwizdka, i to nie tylko dlatego, że berliński obiekt jest najbrzydszym spośród mundialowych, z ogromną przestrzenią między trybunami a boiskiem, w której upchnęłoby się następnych 70 tys. widzów.

Najpierw z niegroźnie wyglądającego zderzenia z Fabio Cannavaro Thierry Henry wyszedł nie tyle oszołomiony, co wręcz półprzytomny i wydawało się, że nie ocknie się na tyle, by kontynuować grę. Chwilę później słusznie podyktowany rzut karny w najbardziej wyrafinowany z możliwych sposób wykonywał późniejszy antybohater Zidane, jakby dzięki ostatniemu występowi w karierze chciał zapaść w kibicowską pamięć jako bezkompromisowy geniusz, który na boisku nie robi rzeczy zwyczajnych. Podciął lekko piłkę a la Panenka - Włosi nazywają takie uderzenia "cucchiaio", czyli "łyżka" - i miał trochę szczęścia, bo piłka odbiła się od poprzeczki, zanim wpadła do siatki.

Do przerwy ścisk w środku pola był tak ogromny, że piłka - też dziwna, bo na finałowe boisko FIFA rzuciła złotą - co rusz odbijała się od sędziego. Akcje się nie kleiły, gra była rwana, gracze często zwijali się na murawie z bólu, a Francuzi - wszyscy, już nie tylko Henry - zachowywali się momentami jak odurzeni. Wpadali na siebie, a Eric Abidal nie potrafił nawet zgodnie z przepisami wyrzucić autu. Włosi zresztą też mieli chwile zaćmienia - bo jak wytłumaczyć brutalny atak Zambrotty na nogi Vieiry, klubowego kolegi z Juventusu Turyn, nieopodal pola karnego rywali?

Dziwny wieczór błędów

Wszystko to składało się na bardzo dziwny wieczór, niemal pozbawiony klimatu wyjątkowego futbolowego spektaklu, bo na rozłożystych trybunach na długie sekundy zapadała niemal głucha cisza, jakby kibice nieco zmęczyli się już mundialem. Nie porwało ich nawet wyrównanie, które padło po rzucie rożnym Pirlo i uderzeniu głową Materazziego. Włoski stoper wzbił się w powietrze wyżej niż Patrick Vieira, odkupując winy w tradycyjnych dla niemieckiego turnieju okolicznościach. Tylko to wydawało się tego wieczoru pozostawać w normie - gole padały nie po ładnych akcjach, lecz stałych fragmentach gry. Na niezwykłość sytuacji nie narzekał pewnie tylko trener Marcello Lippi, który w 28 meczach ostatnich meczach reprezentacji musiał wystawić 28 różnych jedenastek, aż w niedzielę wreszcie, po blisko trzech latach, zdołał nie dokonać żadnej zmiany w składzie w porównaniu z półfinałem.

Po przerwie włoski selekcjoner już sobie taktycznie poszalał, ale jego piłkarze wydawali się kompletnie wyzuci z pomysłów. To Francuzi dzięki fantazji tercetu Zidane - Ribery - Henry nacierali składniej i coraz uporczywiej. I wydawało się, że ciut bardziej zasługują na złoto. I wtedy wkroczył do akcji Zidane.

Karny w poprzeczkę

Włosi karne wykonywali idealnie. Fabien Barthez nie miał szans zatrzymać strzałów Pirlo, Materazziego, De Rossiego, del Piero i Grosso. Od niedzieli jedenastki Italii nie będą już kojarzyć się z traumatycznymi klęskami, zwłaszcza że piłkarze Lippiego zdobyli coś więcej niż złoto mundialu. Ich rodacy od zawsze byli futbolowymi czarnymi charakterami ryglującymi dostęp do bramki cwaniakami, którzy piłkę nożną usiłują zabić ultradefensywnym catenaccio. Pirlo i spółka wszystkie te klisze unieważnili. Grali ładnie, a dogrywka półfinału z Niemcami, kiedy trener rzucił do boju czterech napastników, przejdzie do historii. To wtedy najbardziej nieufni i nieprzejednani wrogowie calcio zobaczyli, że i ono może zachwycać. Włosi wyliczyli nawet - opierając się na sondażach ze wszystkich zakątków globu - że w finale będzie ich rodakom kibicować 2,5 mld ludzi, podczas gdy Francuzom sprzyja tłum ponad połowę mniejszy.

Na Francję też nikt ani nie stawiał. Od poprzedniego mundialu, na którym nie strzelili gola, trójkolorowi sprawiali wrażenie, jakby na boisku cierpieli. W eliminacjach ledwie wydzierali punkty przeciętniakom z Izraela czy Irlandii, a kiedy na ratunek reprezentacji ruszyli Zidane, Thuram i Makelele, sprowokowali jedynie szyderstwa. Gasnący starcy mają ocucić żywego trupa, jakim była reprezentacja Francji? Przed wyjazdem na mundial wybuczeli ich i wygwizdali właśni kibice.

Na MŚ weterani odzyskali godność. A raczej - odzyskali ją wszyscy z wyjątkiem Zidane'a, który chyba nie ma wyjścia i musi wytrwać na boisku jeszcze jeden sezon. Bo jak tu rozstać się z nim w takich okolicznościach?

Kto był najlepszym piłkarzem meczu Włochy - Francja?