Superdrużyna mundialu

Nie proponuję jedenastki gwiazd, bo ten mundial gwiazd na dobrą sprawę nie miał. Zamiast niej wybieram ludzi, którzy zdobyliby złoto, grając futbol niespektakularny, ale wyrafinowany i maksymalnie wydajny
Ustalając taktykę i dobierając piłkarzy, chciałem, by efekt oddawał ducha niemieckich mistrzostw, które niektórzy obwołali turniejem dla koneserów, choć sam uważam ten epitet za mocno ryzykowny. Jaki był zatem niemiecki - mimo wszystko fascynujący - mundial? Niemal pozbawiony niespodzianek, bo po medale sięgnęły trzy najbardziej utytułowane europejskie nacje, a Brazylia i Argentyna na Starym Kontynencie zgodnie z tradycją sobie nie poradziły. Niemal pozbawiony gwiazd, bo nie oglądaliśmy czarodziejów dryblingu ani indywidualności, które zachwycałyby stale, a nie incydentalnie. Niemal pozbawiony misternie tkanych z wielu podań natarć, bo najważniejsze mecze rozstrzygały się przede wszystkim dzięki perfekcyjnie wykonanym stałym fragmentom gry - rzutom wolnym, rożnym i karnym.

Postawiłem na system 4-3-2-1, zwany za granicą "choinką", choć na mistrzostwach ustępował on popularnością ustawieniu 4-2-3-1, bo wydał mi się on najdoskonalej wykorzystującym zalety wybrańców, a przy tym odpowiadającym współczesnym trendom. Oto Superdrużyna:

Bramkarz - Gianluigi Buffon

Jeśli przypomnieć sobie jego instynkt, refleks, gibkość i skoczność, to nawet pomysł Seppa Blattera, by powiększyć bramki, nie wydaje się aż tak całkiem beznadziejnie głupi. Włoch rósł z każdym meczem i kiedy pisałem te słowa, miałem wrażenie, że w finale jego dłonie będą wystawać poza słupki, a głowa - nad poprzeczkę. Nie wiedziałem jeszcze, czy w finale Buffon pobił rekord Waltera Zengi, który na MŚ nie puścił gola przez 517 kolejnych minut, ale to bez znaczenia, bo grając w mojej jedenastce, na pewno by tamten wynik poprawił. Po prostu nie powołałbym jego rodaka Cristiano Zaccardo, więc Włoch nie straciłby tego jedynego gola po strzale samobójczym.

A pomysł Blattera pozostaje oczywiście niemądry, bo Buffon jest tylko jeden.

Rezerwa: Jens Lehmann, Ricardo.

Boczni obrońcy - Philipp Lahm, Gianluca Zambrotta

Prośmy o wstrzemięźliwość Romana Abramowicza, by jednak nie ściągał do Chelsea tego pierwszego, bo mistrzowie Anglii pozbędą się jedynego miejsca na boisku, gdzie od biedy można im wytknąć jako taką słabość. Albo błagajmy Bayern, by za żadną cenę nie oddał człowieka, którego z niewiadomych powodów zazwyczaj trzymał na ławce rezerwowych. Lahm to jedyne - obok rezerwowego Francka Ribery'ego - w Superdrużynie objawienie turnieju, gracz wcześniej kiepsko rozpoznawalny poza ojczyzną. Jego atut to oczywiście - prócz solidności w grze na tyłach - niepohamowane parcie pod pole karne rywala i takie strzały jak ten dający pierwszego gola na mundialu.

Zambrotta ma podobne cechy, ale jest nieporównanie bardziej wszechstronny, świetnie radząc sobie także na obu flankach, także jako lewo- i prawoskrzydłowy. Tych ostatnich - w sensie klasycznym - w dzisiejszym futbolu brakuje, więc rola obu bocznych obrońców byłaby w Superdrużynie absolutnie kluczowa. Odpowiadaliby za ataki skrzydłami i dośrodkowania na głowę Miroslava Klose, pamiętając o komforcie asekuracji - na pozycję nacierającego Lahma przesuwałby się Ze Roberto, a Zambrotty - Maniche.

Rezerwa: Fabio Grosso.

Środkowi obrońcy - Fabio Cannavaro, Rio Ferdinand

Wystarczy spojrzeć, jak Cannavaro wybija się w powietrze, by dostrzec zjawisko fenomenalne. To moment, kiedy brzydkie słowo - najmocniej przepraszam, ale czasem nieeleganckie pasuje bardziej - "kurdupel" wypowiada się z uznaniem. Mierzący 175 cm Włoch nie tylko imponuje skocznością, lecz zdaje się manipulować grawitacją, zawisając nad ziemią dłużej niż inni. Wygrywa zresztą każdy pojedynek, nie tylko główkowy, w dodatku pcha się we wszystkie miejsca zapalne, a ponieważ zwykle wówczas odbiera piłkę rywalowi, to pozostaje bez znaczenia, że opuścił swoją pozycję. Ostatnie sekundy dogrywki półfinału, kiedy rozbił niemiecki atak, wyrwał jak szalony z własnego pola karnego i zainicjował zwieńczony golem Del Piero kontratak, to jedna z najbardziej niezapomnianych chwil na mundialu.

Nominację Ferdinandowi - przy arcymocnej konkurencji wśród stoperów - wręczam, żałując, że prestiż wyróżnień "Gazety" jest maleńki, bo Anglik został skrzywdzony na drugich już MŚ. Na poprzednich zamiast niego eksperci FIFA postawili na rodaka Sola Campbella, a teraz do szerokiej listy gwiazd trafił John Terry. Obaj niezasłużenie, przecież koszmarny błąd Terry'ego mógł wyeliminować Anglię już w drugiej rundzie (Carlos Tenorio trafił w poprzeczkę), a Ferdinand znów działał jak robot - niezawodnie, nie popełniając fauli (cztery w turnieju!), bez grymasu zdradzającego jakiekolwiek emocje.

Rezerwa: William Gallas (mógłby też zastąpić na prawej flance Zambrottę, dlatego dla tego ostatniego nie ma zmiennika wśród bocznych), Lilian Thuram, Ricardo Carvalho.

Defensywni pomocnicy - Maniche, Patrick Vieira, Ze Roberto

Z taką tarczą przed obroną i Buffonem w bramce trudno sobie nawet wyobrazić, w jakich okolicznościach Superdrużyna miałaby stracić gola. Strzelałaby je na pewno, bo wymieniona trójka dotarła do wczorajszego finału z pięcioma trafieniami, a szóstego sędzia nie uznał niesłusznie Vieirze, który chyba najpełniej - może obok Michaela Essiena z Ghany - łączy w sobie zalety gracza defensywnego i ofensywnego. Niech Francuzi przemyślą, czym się promować w świecie, bo przy tym gigancie blednie nawet - jako znacznie mniej użyteczna - wieża Eiffla. W Niemczech, po chimerycznej formie w Juventusie Turyn, Vieira wreszcie się ocknął, wspaniale osłaniając Zidane'a, czyszcząc przestrzeń wokół niego i dając mu swobodę do czynienia czarów.

Vieira stanowiłby centrum tarczy w środku pola. Maniche - groźnie uderzający z dystansu człowiek do specjalnych poruczeń, którego mobilizują wielkie wyzwania (był jednym z bohaterów Euro 2004) - asekurowałby z prawej strony Zambrottę, a lewonożny Ze Roberto - Lahma. Liczyłbym też na wszechstronność tego ostatniego, zdecydowanie wybijającego się wśród śniętych Brazylijczyków, który w Bayernie Monachium hasa po lewym skrzydle. Z założenia zrezygnowałem ze skrajnych pomocników (ich rolę mają wypełniać niezmordowani boczni obrońcy), więc Ze Roberto stanowiłby bezcenne urozmaicenie ofensywnego arsenału, gdyby czasem pognał po flance i dośrodkował.

Rezerwa: Gennaro Gattuso, coraz rzadziej łamiący przepisy i rozgrywający turniej życia. Ani tu, ani wśród ofensywnych pomocników nie ma miejsca dla Michaela Ballacka, bo nawet jego samego znalezienie się na liście wyróżnionych przez FIFA wprawiło prawdopodobnie w zażenowanie - gola nie strzelił, zaliczył ledwie jedną asystę, aż 14 z 22 jego strzałów było niecelne, a w dwóch meczach w ogóle nie zagrał... Osobiście podejrzewam, że o nominacji dla Niemca mogły przeważyć opinie dwóch jurorów z liczącej 14 osób tzw. Grupy Technicznej - Kwok Ka-Minga z Hongkongu oraz Kim Chon Lima z Malediwów.

Ofensywni pomocnicy - Andrea Pirlo, Zinedine Zidane

Ten duet miałby tchnąć w Superdrużynę nieco fantazji, ale tylko nieco, bo wymagałbym od nich przede wszystkim kontrolowania rytmu gry oraz perfekcji w wykonywaniu stałych fragmentach gry, które - wsparte solidnością na tyłach - stały się bezsprzecznie fundamentem sukcesu w piłce reprezentacyjnej. No i oczywiście pojedynczych błysków geniuszu (Pirlo przeciw Ghanie), ewentualnie jednego występu zapierającego dech (Zidane przeciw Brazylii).

Włoch w reprezentacji gra bliżej linii obrony, co owocuje ładnymi długimi podaniami, ale przez lata grał przysunięty do napastników, a z jego strzałem z dystansu i niechęcią do czarnej boiskowej roboty ta pozycja mogłaby przynieść okazalszy efekt. Jedyny problem - Pirlo to nie jest sprinter, przez większą część gry drepcze, podobnie jak Zidane, co mocno utrudniałoby wyprowadzanie kontrataków.

Rezerwa: Franck Ribery, Robin van Persie. Oni rozwiązują kłopot braku szybkobiegaczy, zaopatrując Superdrużynę także w dwa dryblerskie pokrętła i... flanki. Dzięki nim wariantów B, zwłaszcza bardziej ofensywnych, jest mnóstwo. Oto dwa podstawowe, otwarte na wersje lekko zmodyfikowane:

1) Ribery i van Persie zastępują rozgrywających Pirlo i Zidane'a, trzech defensywnych pomocników ma za zadanie rozrzucać piłkę na skrzydła, skąd ta frunęłaby w okolice głowy Klosego, wchodzącego z drugiej linii Vieiry lub pod nogi czającego się przed polem karnym Maniche'a;

2) zdejmuję defensywnego pomocnika, zostaje ich dwóch, przed nimi Zidane lub Pirlo (jeden również wędruje na ławkę), a po bokach szaleją skrzydłowi - w ten sposób zmieniam ustawienie na popularne 4-2-3-1.

Napastnik - Miroslav Klose

Jego pięć goli, czyli najskromniejszy dorobek króla strzelców MŚ od 44 lat, to symboliczne podsumowanie mundialu, na którym po raz pierwszy w historii nie było hat tricka, a reprezentacje bez przyzwoitej klasy napastnika (Portugalia) docierały do półfinału. Co zasługom Klosego niczego nie odbiera, bo on do spijania śmietanki się nie ograniczał - bez jego asyst Podolski, młodzieniec wciąż nieokrzesany, nie zdobyłby trzech bramek i nie został uznany za najlepszego młodego zawodnika imprezy. W Superdrużynie ten pół Polak, pół Niemiec miałby za zadanie także strącać podawaną górą piłkę pod nogi, uderzając z dystansu Zidane'a i Pirlo, i niewykluczone, że skończyłby z jeszcze mizerniejszym dorobkiem strzeleckim. Eeeech, szkoda, że w 1999 r. Jerzemu Engelowi nie udało się go skaperować do reprezentacji Polski (może pojechałby na poprzedni mundial zamiast Pawła Sibika)...

Rezerwa: miejsce w Superdrużynie dla Thierry'ego Henry'ego znalazło się tylko dlatego, że rezerwę dla defensywnych pomocników okroiłem do jednego nazwiska, a Francuza widziałbym raczej na skrzydle, zamiast Ribery'ego lub van Persiego. Na szpicy potrzebuję chłopów na schwał, którzy potrafią uderzać głową - jak notorycznie faulowany Luca Toni (przed finałem trafił tylko do siatki Ukraińców, ale musiał się naharować, by zamęczyć obrońców, którzy potem nie powstrzymali rezerwowych napastników) oraz Hernan Crespo, jeden z ostatnich prawdziwych sępów pola karnego, w tzw. stuprocentowych szansach absolutnie bezlitosny (Anglicy mają na to ładne określenie "clinical striker").

Trener - Luis Felipe Scolari

Jego najpoważniejszymi konkurentami byli: Jürgen Klinsmann, który jednak musi potwierdzić klasę poza Niemcami (gospodarzom pomagają tzw. ściany, a trzeba pamiętać, że pokonali oni rywali raczej przeciętnych, Kostarykę i Portugalię nokautując strzałami z dystansu), oraz Marcello Lippi, którego wypadki losowe zmuszały do nieustającej zmiany planów. Tym ostatnim, jako mężczyzną z wyjątkową klasą, zachwycała się sama Monica Bellucci, porównując go do Paula Newmana, ale na trenerskiej ławce bardziej niż dobre wrażenie liczą się wyniki, a bezdyskusyjnie najlepsze osiąga Scolari, typ uchodzący za sobowtóra nie tak eleganckiego jak Newman Gene'a Hackmana i wyznający zasadę celu uświęcającego środki. Mistrzostwa świata nie obronił (cztery lata temu zdobył je z Brazylią), ale z Portugalią, czyli nacją czekającą na wyjście z grupy od 40 lat, pobił wyżej notowane Holandię i Anglię, Francji ustępując wskutek dyskusyjnego rzutu karnego. Żaden trener nie wściekał się tu tak po niepowodzeniu jak Scolari po półfinale, widać było, że porażka to dla niego stan nienaturalny. Trenerski geniusz.

Podsumowanie

Superdrużyna nie narzucałaby szaleńczego tempa gry, przeciwnie, natarcia budowałaby cierpliwie i rozważnie, licząc na niezawodność Klosego (ewentualnie Crespo), dziwacznie wirującą piłkę Teamgeist po uderzeniach Pirlo i Zidane'a, a także stałe fragmenty gry w ich wykonaniu. Jej zaawansowanie technicznie rzucałoby się w oczy, kulturą gry przewyższałaby wszystkie inne reprezentację (może poza mentalnie niedojrzałą Argentyną), a szczelność defensywnych zasieków paraliżowałaby inicjatywę przeciwników, ograniczając ich ataki do odosobnionych zrywów. Nie straciłaby gola. W ostateczności, czyli po 120 minutach bezbramkowego remisu, zostałyby rzuty karne i niepokonany (bądźcie wyrozumiali, piszę to przed finałem) Buffon.

Taki był ten mundial. Błędy sędziowskie, choć się zdarzały, raczej nie wypaczały wyników; brakowało sensacji; właściwie zawsze wygrywali lepsi, choć nie porywali. Czyżby rzeczywiście docenić go mogli głównie koneserzy?