Dariusz Wołowski: Koszmary Zidane'a

Za histeryczny atak na Marco Materazziego Zinedine Zidane będzie karany wielokrotnie. Najpierw zrobił to arbiter, który wyrzucił go z boiska, potem los, który odebrał Francji Puchar Świata.
Wystarczył jeden karny Trezegueta, po którym piłka wylądowała na poprzeczce, by Italia zabrała do domu tytuł mistrzowski. Granica między niebem i piekłem futbolu jeszcze raz okazała się cienka jak nitka, właściwie niedostrzegalna. Ale w powszechnej opinii to nie Trezeguet wysłał Francję do piekieł, ale właśnie Zidane, który szaleńczym aktem odebrał drużynie ducha walki. Francja była w finale lepsza, ale nie mogła wygrać bez wodza. Czy czerwona kartka dla Zizou miała realny wpływ na wynik, czy nie, on musi wziąć to wszystko na swoje sumienie.

Ale to nie koniec. Zdarzenie ze 109. minuty finału wryje się w zbiorową pamięć bardziej niż karny wykonany w stylu Panenki i cała jego gra ocierająca się o doskonałość. To będzie ostatnie wspomnienie po Zidanie - świat będzie w nim widział genialnego piłkarza, ale już nigdy człowieka honoru. Cokolwiek będzie chciał zrobić, opinia zabijaki będzie szła za nim jak cień. Ale może najgorszą karą będzie to, że Zinedine Zidane nigdy już nie dostanie szansy rehabilitacji, wszystko skończyło się z chwilą uderzenia Włocha. To prowadzi do paradoksu - najlepszy piłkarz niemieckich mistrzostw jest ich największym przegranym.

Trudno wyobrazić sobie coś bardziej okropnego niż mieć na sumieniu klęskę w najważniejszym meczu życia. Nie tylko swoim, ale też Thurama, Makelele, Vieiry i kilku innych, których los związał z Zidanem i którzy razem z nim grali dla Francji ostatni raz. To wszystko czyni z Zizou postać nieprzeniknioną, nieobliczalną, tragiczną. I jak na mój gust wyrównuje rachunki za pożałowania godny atak na Materazziego.