Sport.pl

Czy Beenhakkera pożrą ludożercy?

Po fińskiej wpadce nie czas na wyszukane metafory, więc nazwijmy rzeczy po imieniu: Leo Beenhakker znalazł się w sytuacji rozbitka na piaszczystej wyspie, który ma zawężone pole manewru - albo będzie popijał słoną, morską wodę, albo własny mocz. Po klęsce 1:3 z Finlandią może oczywiście wymienić całą kadrę. Niestety, smaczniej się nie zrobi.
Znawcy tematu będą się najpewniej wciąż upierać, iż barek jest pełny. Nic tylko wybierać między najwytrawniejszym shirazem a najwykwintniejszym single maltem, nic tylko ostatecznie porzucić przebrzmiałe sławy naszego futbolu i postawić na ligowców - młodych, rozentuzjazmowanych, głodnych zwycięstw. Próbkę ich możliwości widzieliśmy w sobotę. Jakub Błaszczykowski (młody i zdolny, wszystko jak trzeba), na lokalnych boiskach uchodzący za błyskotliwego dryblera, nie tak znowu sławnych rywali nie przedryblował ani razu, popełniając za to kardynalny błąd, który mógł skończyć się stratą gola jeszcze w pierwszej połowie. Oto ponura rzeczywistość polskiej piłki, żadnej Ameryki tu nie odkrywamy - przeciętniaków zastępują niezguły, kolejne pokolenia piłkarzy są coraz słabsze, świat ucieka nam z każdym rokiem i gol pocieszenia Garguły tej diagnozy nie nadwątla. Powody też znamy - brak boisk, kluby istniejące głównie dla prowizji handlujących zawodnikami pośredników, trenerskie nieuctwo, korupcja, krótkowzroczność dbających głównie o własny interes prezesów.

Porażkę z Finlandią zniosłem dość obojętnie, w końcu homo sapiens zdolności adaptacyjne ma niezłe, więc jeśli całe świadome życie ogląda futbolowe niepowodzenia, to kolejne przyjmuje bez paniki, jak dziurawe drogi lub pijackie rozróby u sąsiadów. Autentyczny niepokój i niesmak wzbudzają we mnie tylko spodziewane konsekwencje porażki, czyli perspektywa nieuchronnej kampanii antybeenhakkerowskiej - zajadłej, podszytej szyderczą satysfakcją, może nawet triumfującej. Przyjechał mądrala z Holandii, wyniosły stary dziad, dziad w dodatku po sześćdziesiątce, i co!? I g... Przegrał, nie umie, nie nadaje się, nachapie się tylko, całe 600 tysięcy twardej waluty zgarnia rocznie, z jakiej niby racji, przecież u nas fachowców też nie brakuje, w 40-milionowym kraju nie brakuje niczego.

Tak, teraz dopiero rzetelnej i merytorycznej krytyki wysłuchamy, fachowcy aż przebierali klawiaturami, by o zaprowadzenie porządku w kadrze zaapelować, owładnięci obsesją 600 tysięcy dziennikarze wypominali 600 tysięcy, a wychowani we wszechogarniającej prywacie pytali - między wierszami, oczywiście - ile w łapę dał holenderski agent Jan de Zeeuw, by holenderski selekcjoner Beenhakker wstawił do bramki grającego niegdyś w Holandii Jerzego Dudka. To były tylko wstępne manewry, szturm ostateczny nastąpi dziś, kiedy wiadomo, że trener tylko symulował, że się nadaje.

Może ta gorzka ironia jest jałowa i niekonstruktywna, ale o program pozytywny trudno, mantry o koniecznej strukturalnej rewolucji nie sposób powtarzać w nieskończoność, zwłaszcza że nawet jeśli ktoś by ją wreszcie jął wprowadzać, to do środowego meczu z Serbią niewiele zmieni, na efekty trzeba by czekać latami. Dlatego moje oczekiwania są nieśmiałe i skromne. Nie niszczmy Beenhakkera, by jedynym skutkiem którejś tam już porażki nie stała się kompromitacja idei ściągania trenerów z zagranicy i ubłocenie kolejnego, tym razem importowanego autorytetu (własnych po śmierci Kazimierza Górskiego nie mamy). Tak, Holender nie zdołał w te kilka dni zarazić piłkarzy optymizmem, tak, pomylił się, wstawiając między słupki Dudka, tak, nie uczynił cudu. Ale przecież jedynym naprawdę grubym błędem, jaki popełnił, były deklaracje złożone przez niego po wylądowaniu w Warszawie: "Na pewno macie utalentowanych graczy, oni są zdolni awansować do mistrzostw Europy".

Czy po pierwszych obejrzanych spotkaniach ligowych Beenhakker odkrył, że trafił na futbolową pustynię? Czy wciąż tchnąc optymizmem, oszukiwał samego siebie, czy prezentował tzw. optymizm urzędowy? W przerwie meczu z Finlandią zareagował. Dokonał dwóch zmian, co samo w sobie było swoistym rekordem, bo jego poprzednicy - Janas, Boniek, Engel etc. - nigdy (sprawdziłem!) nie reagowali tak szybko, jeśli do działania nie zmuszały ich kontuzje. Być może nawet dokonał roszad nietrafnych, ale i trafne do triumfu by nie przywiodły. Polski zawodnik nie tylko nie potrafi grać z pierwszej piłki, polski zawodnik nie potrafi czasem grać nawet na tzw. dwa kontakty, bo operację zetknięcia się z futbolówką dzieli na trzy fazy - najpierw jest przyjęcie wstępne, potem następuje przyjęcie właściwe, zanim wreszcie nastąpi zagranie do partnera. Czy można się dziwić, że Polak nie wytrzymuje kondycyjnie, jeśli najprostszy boiskowy gest opłaca mitręgą jak z kamieniołomów? Taka jest nasza liga, takie półprodukty wyrabia nasz system szkolenia, na takim materiale musi pracować Beenhakker. Chcecie zwycięstw? Każcie analfabecie spłodzić "Ferdydurke", a odpornym na tabliczkę mnożenia obliczyć, ile Finowie - jest ich pięć milionów - musieliby napłodzić dzieci, by w tym stuleciu wypracować potencjał ludzki na poziomie polskim.

Podobne statystyki oraz wspomnienie - dla wielu oparte na archiwaliach - złotych lat 70. i 80. kazało nam upatrywać w Polakach faworytów meczu. A przecież już nawet Finowie, do niedawna lud futbolowo zacofany, grają w lepszych klubach, strzelają gole w ligach angielskiej czy francuskiej, mieszczą się - lub mieścili - w składach Tottenhamu, Liverpoolu, Ajaksu, Werderu czy Barcelony. Przecież krajów bardziej piłkarsko rozwiniętych przybywa, przecież w ostatnich latach przyczyniliśmy się nie tylko do rozwoju piłki w Ekwadorze, na Łotwie i w Korei (z nimi przegrywała reprezentacja), ale także w Czeczenii, Mołdawii, na Białorusi czy w Macedonii (tam przegrywały kluby).

Czy w takich okolicznościach przyrody wypada przykładać własną miarę do wszystkich i podejrzewać Beenhakkera, że jeśli wstawił Dudka, to nie dlatego że się pomylił, ale dlatego że jest nieuczciwy? Czy mamy prawo w rodakach widzieć jeszcze faworytów jakichkolwiek meczów, wyjąwszy może starcia z Andorą i innymi krainami zanikającymi? Czy jakiekolwiek nadzieje nie bazują na mylnej interpretacji faktów? Czy zdrowy rozsądek pozwala przypuszczać, że naszego futbolowego trupa ożywiłoby (czytaj: wprowadziło po raz pierwszy w historii do mistrzostw Europy) konsylium złożone z Mourinho, Beniteza, Capello i Rijkaarda?

Co nie znaczy, że zatrudnianie Beenhakkera było nonsensem. Zawsze lepiej, jeśli reprezentację prowadzi trener lepszy niż gorszy, a Holender, choć dawno wypadł ze światowej elity, to na tle naszej lichoty gigant. Siatkarzy też szkoli obcy - Argentyńczyk Raul Lozano - i wcale nie ma pewności, czy osiągnie sukces, bo także pracuje na materiale opornym. Jest za to pewność, że podnosi standardy - selekcjoner wreszcie ma niekłamany autorytet, wyrzuca z kadry za pijaństwo, otwiera oczy na niuanse, wzbogaca taktycznie, aplikuje ciut nowoczesności. Nakłonić ludożercę do urozmaicenia diety to też jest jakiś sukces - ktoś będzie robił za obiad później, pożyje dłużej i może zdąży nawet posmakować ekscytującego meczu Ligi Mistrzów.

Można powiedzieć: ale słaby ten Beenhakker, nawet z Finlandią nie wygrał. A można: ale słaba ta nasza piłka, skoro nawet Beenhakker jej nie pomógł.

"/> Zbigniew Boniek zdradza kulisy pożegnania Piszczka: Piłkarze dogadali się ze Słoweńcami [SEKCJA PIŁKARSKA #29]