Fruwając pod koszem: O ośmiu takich, co ukradną tytuł

Naturalnym faworytem do mistrzostwa NBA jest zazwyczaj obrońca tytułu. Ale nie tym razem.
Przegrany ponad 40 pkt mecz otwarcia nic wprawdzie nie znaczy - zawodnicy Miami Heat zajęci byli podziwianiem nadziewanych diamentami mistrzowskich pierścieni - ale faktem jest, iż od rozpadu Chicago Bulls mistrz nigdy nie rozpoczynał sezonu równie słabowity.

Gdyby nie ten szczegół, że Miami broni tytułu, czy ktokolwiek obstawiałby ich jako faworyta? Owszem, jest w Heat wybitny D-Wade, ale ponieważ zaraz po wygranych finałach dołączył do drużyny USA, to nie miał nawet kiedy odsapnąć. Reszta zespołu zaś wesoło przebimbała przerwę wakacyjną, a teraz otwarcie deklaruje, że sezon trwa długo, a na dojście do formy jest mnóstwo czasu. Nawet słynny zamordysta Pat Riley daje chłopakom na początku trochę luzu.

Pytanie tylko, czy szczyt formy - gdy wreszcie nadejdzie - nie okaże się niezbyt imponującym pagórkiem. Przecież ta drużyna spokojnie mogłaby zgłosić akces do ligi seniorów. Wiekowi Payton i Mourning, starzejący się Shaq. Heat jak mało kto potrzebowali świeżej krwi - ale latem nie wzmocnili się w ogóle. Nawet zwolniony z Knicks Jalen Rose, który ma w Miami dom, zdecydował się grać w Phoenix. Niedowiarek.

Słabość mistrza oznacza, że o tytule mogą spokojnie marzyć inni.

Mogą Detroit Pistons. Utrata Bena Wallace'a tylko w tym dopomoże. "Big Ben" zmuszał Pistons do gry powolnej i skoncentrowanej na obronie - a ten styl przechodzi do historii. Trener Saunders nie umiał wpasować Wallace'a do swojej filozofii gry, co skończyło się nieporozumieniami i awanturami w play off. Teraz mamy szansę zobaczyć Pistons grających szybciej i wykorzystujących cały arsenał strzeleckich talentów Billupsa, Hamiltona, Prince'a i Rasheeda Wallace'a.

A poza tym - Chauncey Billups będzie grać o nowy kontrakt...

Albo Cleveland Cavaliers. LeBron James już dojrzał i z pewnością niemiłosiernie wścieka go, iż Wade - ów mniej zdolny i słabiej rozreklamowany kolega z roku - pierwszy sięgnął po mistrzostwo NBA. Wsparcie ma LeBron dość żałosne, ale czy naprawdę gorsze niż Wade w Miami? Dwa-trzy lata temu porównywanie Shaquille'a O'Neala z Zydrunasem Ilgauskasem byłoby herezją. Dziś? Zydrunas przynajmniej trafia wolne.

Mogą też Chicago Bulls. Nikt latem nie wzmocnił się tak jak oni - do młodych byczków - Hinricha, Gordona, Denga, Duhona i Nocioniego - dołączyły dwa cielaczki Thabo Sefalosha i Tyrus Thomas oraz dwa stare, wielkie buhaje Ben Wallace i PJ Brown. W Chicago nie ma dziś słabych punktów.

Również na Zachodzie aspirantów do mistrzostwa jest co najmniej czterech.

Najbardziej oczywisty to Dallas Mavericks. Nikt nie ma światu tyle do udowodnienia, ile oni. Po fantastycznej serii z San Antonio, pokonaniu Phoenix oraz dwóch i 3/4 meczu finałów NBA nie było chyba nikogo przy zdrowych zmysłach, kto wątpił w tytuł dla Dallas. Mavericks robili, co chcieli, wygrywali, jak chcieli. Po czym zaszła zmiana...

Aspirant nieoczywisty: Phoenix Suns. Na nich, jak co roku, właściwie nikt nie stawia. Dwa lata temu mówiło się, że są za młodzi. Zakończyli sezon z najlepszym bilansem w lidze. Rok temu mówiło się, że bez kontuzjowanego Amare'a Stoudemire'a nie awansują do play-off. Doszli do Finału Konferencji. Teraz Amare wrócił, ale mówi się, że po operacji kolana to już nie będzie ten sam Amare. Hmmm.

Aspirant dyżurny: San Antonio Spurs. Rok temu z grającym na jednej nodze Timem Duncanem prawie pokonali Dallas. Prawie robi wielką różnicę, ale w tym roku Duncan będzie grał już na obu nogach.

I wreszcie obowiązkowy czarny koń, czyli Houston Rockets. Przed rokiem nie weszli nawet do play-off, ale przynajmniej na papierze mają chyba najrówniejszy skład w NBA. Gwiazdy - Tracy McGrady (27) i Yao Ming (26 lat) - w idealnym do wielkich wyczynów wieku. Kupieni latem, wartościowi pomocnicy Bonzi Wells i Shane Battier. I trener Jeff Van Gundy, który jest wprawdzie niewiarygodną zrzędą, ale umiejętności nie sposób mu przecież odmówić.

Ósemkę kandydatów do mistrzowskiego tytułu uzupełniają - jednak mimo wszystko - Miami Heat. Tak. Bohaterowie są zmęczeni, Dwayne Wade w końcu padnie, a Shaq się kończy. Ale, jak to powiedział kiedyś Rudy T.: Never underestimate the heart of the champion.

Kronika towarzyska

Sezon jeszcze się na dobre nie zaczął, a center Charlotte Bobcats Primoz Brezec musi sobie zrobić dwa tygodnie przerwy od koszykówki. Powód? Wycieńczenie i odwodnienie organizmu.

Mark Cuban, barwny i kontrowersyjny właściciel Dallas, dostał podczas wakacji porządną burę od władz ligi i szefów innych klubów. Wprowadzono nawet kodeks postępowania dla właścicieli, który zakazuje błazenady a la Cuban - krytykowania sędziów, uczestniczenia w naradach zespołu podczas meczu itd.

Co na to Cuban? Ogłosił, że wycofa się z wszelkich aktywności w NBA, m.in. zrezygnował ze swego radiowego show. I że co do joty podporządkuje się życzeniom komisarza ligi. "David [Stern] zwyciężył. Jestem wdzięczny jemu i moim towarzyszom właścicielom za to, że pozwolili mi dostrzec moje grzechy, i że dali mi szansę dostosowania się i nauki właściwego postępowania.. Przeprosiłem innych właścicieli za to, że błądziłem. Teraz widzę światło. Przejrzałem na oczy (...). Czuję się jak nowo narodzony. Jestem uczniem Davida Sterna".

Don Nelson, odsunięty przed półtora roku od prowadzenia Dallas, wraca na parkiety NBA jako coach Golden State Warriors. Początki nie są łatwe. Po pierwszym meczu sezonu, wysoko przegranym przez Golden State, Nelson tak mówił o swoich graczach: - Troy Murphy był po prostu straszny... może powinienem był to przewidzieć. Mike Dunleavy - katastrofa, nie zbierał, nie bronił, no, nic nie robił. Baron Davis, chociaż się starał, miał efekt ujemny. Wiemy, kto ma efekt dodatni: Don Nelson.

Ciekawostki

Toni Kukoc, Shandon Anderson, Doug Christie, Antonio Davis, Penny Hardaway, Jim Jackson, Voshon Lenard, Nick Van Exel, Keith Van Horn - wszyscy ci panowie są bez pracy.

42-punktowa porażka Miami w meczu z Chicago to najbardziej dotkliwa przegrana w karierze trenerskiej Pata Rileya.

W środę Atlanta Hawks przegrali na rozpoczęcie sezonu z Philadelphią 75:88. Porażka w inauguracyjnym meczu przydarzyła im się już ósmy raz z rzędu, co jest nowym rekordem NBA. Ciekawe, prawda?

Niezłe numery

55 mln - tyle dolarów zapłacą w tym sezonie New York Knicks zawodnikom, którzy ani razu nie zagrają w ich barwach: Allanowi Houstonowi (20 mln), Jalenowi Rose'owi (14), Shandonowi Andersonowi (8), Mo Taylorowi (7) i Jerome'owi Williamsowi (6). A przecież będą płacić także prawie niegrającym Jerome'owi Jamesowi (6 mln), Malikowi Rose'owi (6 mln) czy kontuzjowanemu Jaredowi Jeffriesowi (5 mln). Głupich nie sieją.

Tako rzecze Shaq

"Nadejdzie taki dzień w mej karierze jako mistrza, gdy przyjdzie i sprzątnie mnie młody ninja. Tak to już jest. Jeśli przypomnicie sobie wszystkie filmy karate, tak się w nich dzieje. Jest młody, głodny ninja, który musi pokonać starca z białą brodą".

Złota myśl

"Chcę się dopasować i być taki jak inni. Oni są mądrzejsi, lepsi, ładniejsi i mają ładniejsze zęby"

Mark Cuban o innych właścicielach NBA.

PS Zapraszamy na naszego bloga, gdzie można obejrzeć m.in. kapitalny dunk LeBrona nad Duncanem.