Fruwając pod koszem: Wy nie wilki, nie wilki już wy!

Gilbert Arenas, Ron Artest, Josh Howard, Carlos Boozer, no i Kevin Garnett. Taką ekipę mogliby mieć Minnesota Timberwolves. Gdyby tylko mieli trochę lepszego menedżera.
Wydawało się, że tytuł najgorszego menedżera NBA wywalczył dożywotnio Isiah Thomas z Nowego Jorku, człowiek, który choć związany z NBA już ćwierć wieku, wciąż nie nauczył się, co to jest "salary cap". Ale nieoczekiwanie po piętach zaczął Isiahowi deptać menedżer Minnesoty Timberwolves Kevin McHale.

Początek kariery menedżerskiej McHale'a (1995) był znakomity. Zaryzykował i w czasach kiedy właściwie nikt nie decydował się wybierać zawodników prosto ze szkoły średniej, zatrudnił 18-letniego Kevina Garnetta. Potem trenerem Wolves uczynił Flipa Saundersa. Kolejnym strzałem w dziesiątkę był wybór w drafcie rozgrywającego Stephona Marburego. Z takim trenerem i duetem na miarę pary Stockton - Malone zespół Wolves miał być ustawiony na lata.

Tyle że Marburemu Minnesota szybko się znudziła i trzeba go było sprzedać. Okazało się też, że McHale po cichu kombinował. Latem 1998 roku dogadał się pod stołem ze skrzydłowym Joe Smithem. Smith zgodził się na niski kontrakt w zamian za obietnicę wysokich zarobków w przyszłości, pokłócił się jednak ze swoim agentem i nielegalna umowa wyciekła. Oprócz kary pieniężnej komisarz NBA David Stern zdyskwalifikował McHale'a na rok i odebrał Minnesocie trzy picki w pierwszej rundzie draftu.

Ile kosztował ten przekręt? W 2001 Wolves wybieraliby z numerem 17., kiedy dostępni byli Zach Randolph, Tony Parker, Gerald Wallace, Mehmet Okur, a nawet Gilbert Arenas. Rok później - z 23, czyli wtedy, kiedy wybrany został Tayshaun Prince (później wybrano m.in. Carlosa Boozera). W 2004 przepadł m.in. Anders Nocioni.

Inna sprawa, że nawet gdy McHale miał wybór w drafcie, umiał go zmarnować. W 1999 roku wziął niejakiego Williama Avery'ego, choć dostępni byli m.in. Ron Artest, Andrei Kirilenko i Manu Ginobili. Cztery lata później zamiast Josha Howarda czy Leandrinho Barbosy sięgnął po Ndubiego Ebi, który łącznie spędził na parkietach NBA 31 minut.

Inne decyzje McHale'a też budziły spore wątpliwości. W 2003 roku sprowadził do Minnesoty krnąbrnych weteranów Sama Cassella i Latrella Sprewella. Na krótszą metę strzał w dziesiątkę - Wolves zakończyli sezon 2003/04 z drugim najlepszym bilansem w NBA, ale już rok później drużyna zupełnie się rozleciała i nie awansowała do play offów. A McHale zamiast poczekać ze zmianami do końca sezonu, zwolnił Flipa Saundersa i sam mianował się trenerem.

Najlepszą decyzję McHale'a ostatnich podjął... Latrell Sprewell, odrzucając propozycję trzyletniego kontraktu za 21 mln dol. Gdyby Sprewell nie uznał, że taka oferta go obraża, bo "nie będzie za co wyżywić rodziny", Wolves woziliby się z nim do dzisiaj.

A Kevin Garnett wciąż czeka i czeka na wzmocnienia klubu. Półtora roku temu McHale oddał Sama Cassella i wybór w pierwszej rundzie draftu do Clippers. Za Marko Jaricia. Za kogo? Tak, za Marko Jaricia.

Rok temu oddał do Bostonu swój ostatni atut transferowy - Wally Szczerbiaka wraz z Michaelem Olowokandim oraz (tradycyjnie) wyborem w pierwszej rundzie draftu. Za kogo? Za zwariowanego Ricky Davisa i leniucha Marka Blounta.

Łowy na wolnym rynku - nie lepsze. Mark Madsen, Eddie Griffin i ostatnio Mike James (24 miliony dolarów za cztery lata) to wszystko jedna wielka katastrofa.

Szkoda nam Kevina Garnetta, bo trudno znaleźć w NBA gwiazdę równie lojalną wobec swego klubu, a już nie sposób - kogoś, kto przez tyle lat tolerowałby nieudolności swego managementu. Miesiąc temu pojawiła się okazja, by tę złą passę odmienić, Philadelphia wystawiła na sprzedaż Allena Iversona. Ale McHale nawet o niego nie powalczył. Podobno żal było mu oddawać pierwszoroczniaka Randy'ego Foye'a. Bo może w przyszłości Foye będzie gwiazdą. Tyle że dzisiaj Foye mógłby Iversonowi buty czyścić.

Nie ma gwarancji, że duet Iverson - Garnett sięgnąłby po tytuł, ale przynajmniej próbować warto. A tak to, żeby nikt nie mógł mu zarzucić, że nic nie robi, McHale zwolnił Bogu ducha winnego trenera Dwane'a Caseya. Zdziwimy się, jeśli za rok Garnett będzie nadal grać w Minnesocie.

Kronika towarzyska

Kibice wybrali pierwsze piątki Meczu Gwiazd. Na Wschodzie: Dwyane Wade, Gilbert Arenas, LeBron James, Chris Bosh, Shaquille O'Neal. Na Zachodzie: Tracy McGrady, Kobe Bryant, Kevin Garnett, Tim Duncan, Yao Ming.

Popularność Chińczyka Yao Minga łatwo wytłumaczyć. Mówi właściciel Dallas Mavs, Mark Cuban: "To międzynarodowe głosowanie, i głosowało wielu komunistów. A oni głosują tak, jak im partia każe".

Gilbert Arenas wyprzedził o 3 tys. głosów corocznego faworyta, Vince'a Cartera. "Jestem zachwycony. To wielki honor zostać wybranym przez kibiców" - powiedział Vince Carter, który nie zrozumiał, że przegrał. Gdy wyjaśniono mu, że w pierwszej piątce jednak nie zagra, dodał: "Hm, cóż. To i tak honor brać w tym udział".

Arenas jest przeszczęśliwy. "Dwa lata temu sam wypełniałem kartki, głosując na siebie. Miałem 52 tys. głosów i z tego chyba 50 tysięcy oddałem na siebie sam". Przed rokiem zasmucony Arenas podczas ogłaszania wyników głosowania oglądał na DVD "Bambi 2" (skądinąd dobry film, polecamy rodzicom pięciolatków).

Arenas jest największym mścicielem w NBA. 54 punkty przeciwko Suns wrzucił na złość Mike'owi D'Antoniemu, który (wraz z Natem McMillanem i Mikem Krzyżewskim) podjął decyzję o niezabraniu Arenasa na olimpiadę. Ale to dopiero 1/3 zaplanowanej przez Arenasa zemsty - kolejną 50-punktową ofiarą ma być 11 lutego właśnie McMillan, trener Portland. Trener Phoenix Mike D'Antoni mówi: "Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, co Gilbert zrobi z Duke [drużyna uniwersytecka, którą trenuje Krzyżewski]. Przecież on ich pozabija".

Zawodnicy Phoenix Suns postanowili nie golić się, dopóki nie przegrają. Podziałało - wygrywali mecz za meczem. Aż któregoś dnia Steve Nash doszedł do wniosku, że broda go drapie i ją zgolił. Ogolony Nash trafił 11 z 13 rzutów, a Suns rozbili na wyjeździe Washington Wizards 127-105.

Podczas meczu NBDL (zaplecze NBA) Austin Toros z Colorado 14ers na 4 sekundy przed końcem center Toros, Loren Woods zadunkował dając swojej drużynie prowadzenie 101-97. Wtedy rozentuzjazmowana maskotka Toros, Da Bull (nie mylić z DaBullem z Chicago), wpadła na parkiet, wyskoczyła wysoko, zawiesiła się na obręczy kosza i zaczęła się huśtać. Huśtając pan maskotka zderzył się z jednym z obrońców 14ers, co gorsza gdy spadał na parkiet odpadła mu głowa. Sędziowie ukarali Toros przewinieniem technicznym, przewaga stopniała do trzech punktów, ale na szczęście Toros dowieźllim zwycięstwo. Pana maskotkę zawieszono na dwa mecze. A całe zajście można zobaczyć na naszym blogu - supergigant.blox.pl

Niezłe numery

17 - tyle meczów z rzędu wygrali już Phoenix Suns. Wcześniej zaliczyli już serię 15 zwycięstw i są szóstą drużyną w historii NBA, która zaliczyła taką serię (po 15 zwycięstw) dwa razy w ciągu jednego sezonu. Co ciekawe, Suns w grudniu przegrali dwa mecze bardzo pechowo: dwoma punktami z Dallas po niesamowitym rzucie Dirka Nowitzkiego oraz po dogrywce z Wizards, kiedy to dotarli na mecz w ostatniej chwili, pomimo szalejącej śnieżycy. Gdyby wygrali tamte dwa mecze, mieliby na koncie 34 zwycięstwa z rzędu - najwięcej w historii (rekord wynosi 33).

Gdyby, gdyby, gdyby - gdyby wygrali jeszcze sześć meczów (które nieznacznie przegrali) z pierwszych dziewięciu, to byliby jedyną drużyną w historii, która dotarła do półmetku bez porażki.

Ale i tak są nieźli.

Ciekawostki

W ostatnią środę w czterech meczach do wyłonienia zwycięzcy potrzebna była dogrywka. Tym samym wyrównany został rekord NBA w liczbie dogrywek jednego dnia.

Ostatnie 12 meczów Phoenix wygrało różnicą co najmniej pięciu punktów. To najdłuższa taka seria w historii NBA.

Nieoficjalny rekord NBA ustanowili New Jersey Nets, przegrywając trzy mecze z rzędu jednym punktem, wszystkie po rzutach równo z końcową syreną. Ciekawe, prawda?

Tako rzecze Shaq

"Mam tego dość. Nigdy nie grałem w drużynie, która była pięć meczów pod kreską. To wstyd. Jestem liderem i moim zadaniem jest, by wszyscy wrócili na właściwą ścieżkę. Każdy musi wykonywać swoją robotę. Nie robiliśmy tego cały rok. Muszę być tym złym facetem" - o wynikach Miami.

W pierwszym meczu po powrocie Shaq grał 14 min i miał 5 pkt, w drugim - 15 min i 11 pkt, trzeci przesiedział na ławce. Heat przegrali wszystkie trzy. Hmmm.

Złota myśl

"Randy jest fantastyczny. Ani przez sekundę nie przeszło mi przez myśl, że czyha na moje stanowisko. Nie boi się wyrazić własnego zdania, ale wie, że decyzje podejmuję ja" - były trener Minnesoty Dwane Casey o swoim wczesnym asystencie, a dziś facecie, który zastąpił go na pozycji trenera Wolves Randym Wittmanie.