Sport.pl

Agata Wróbel: I jak ja mam teraz do domu wrócić?

Agata Wróbel chce uzbierać 50 tys. funtów, postawić domek w Jeleśni i żeby wszyscy o niej zapomnieli
Agata Wróbel - jak tysiące Polaków w Anglii - budząc się rano, nie wie, gdzie skończy dzień. W ciągu ostatniego miesiąca przeprowadzała się trzy razy, trzy razy zmieniała pracodawcę. W pierwszej robocie na Wyspach (pakowanie sałatek przy taśmie) wytrzymała dzień. W drugiej (segregowanie odpadów) - trzy dni. Teraz zaczyna staż w redakcji polonijnego tygodnika 'Cooltura'. Wie, że nie będzie lekko. Trudno jej - fizycznie - stać czy nawet siedzieć przez osiem godzin.

- Nie nawykłam do pracy... Jak dziesięć lat tylko dźwigałam. W bezruchu mi od razu kolana i kręgosłup wysiadają. Ciężarowcy tak mają.

- Myślisz, że możesz zostać dziennikarką?

- Jaja sobie robicie? To na kilka dni, dopóki mi prezes nie znajdzie roboty w ochronie albo w siłowni. Mogę być instruktorką sztangi albo zrobić kurs na strażnika. Mam znane nazwisko, prezes mówił, że każda polska dyskoteka mnie weźmie albo lepszy sklep.

Agata rozchorowuje się z nerwów

Prezes nazywa się Władysław Witkowski, od razu przechodzi na 'ty' i chce, by mu mówić 'Wojtek'.

Ma 43 lata, blond włosy przerzedzone na czubku głowy, miły uśmiech i bezpośredni styl bycia.

Krąży w białej koszuli, czarnych spodniach i lakierkach między rozrzuconymi na dwóch sąsiednich uliczkach budynkami swego imperium - to redakcja 'Cooltury', studio polskiego radia PRL24 i agencja Sara Int.

Jest poniedziałek 26 lutego. Londyńska dzielnica Fulham, pół godziny od centrum, kąpie się w ciepłym deszczyku. W Polsce mróz, tu w maleńkich ogródkach przed jednopiętrowymi domkami z poddaszem kwitną krokusy i jabłonie. Sporo śmieci, uwijają się ciemnoskórzy dostarczyciele paczek, spacerują starsze panie z pieskami, właśnie przejeżdża rastaman na rowerze.

Wąską Dawes Road spacerujemy z prezesem i Agatą. Co chwila ktoś nam mówi 'cześć' albo 'dzień dobry'. Mijamy sklepy z kiszonymi ogórkami, łowickim kefirem i polską kiełbasą. Próbujemy, smakuje jak trociny z papryką. Piętrowy autobus pojawia się co kwadrans, samochodów w ruchu prawie nie ma. Stoją zaparkowane, ich właściciele pojechali metrem do pracy. Przeważają nissany micra, sporo mini morrisów.

- Ja bym marzyła sobie forda mustanga, potrzebuję obszernej gabloty - Agata śmieje się przez lekko zatkany nos. Jeszcze wczoraj miała gorączkę, rozchorowała się po najeździe polskich dziennikarzy. - To z nerwów. Śmieciarę ze mnie, kurna, zrobili.

Agata płacze ze złości

O tym, że srebrna medalistka igrzysk w Sydney segreguje śmieci w podlondyńskim Peterborough, dziennikarze z Polski dowiedzieli się od Klaudiusza Wesołka, kierownika nocnej zmiany w sortowni.

- Zadzwoniłem do 'Super Expressu' i 'Przekroju', bo jak sam siedziałem w Polsce w więzieniu, to oni ładnie o mnie napisali i pomogli - tłumaczy Wesołek.

Z wykształcenia prawnik, za młodu anarchista, w PRL odsiedział rzut koktajlem Mołotowa w radziecki konsulat. W III RP chwilę był - jak powiada - 'przy korycie'. Za rządów AWS dyrektorował w gospodarstwie pomocniczym kancelarii premiera. Zwolniony, gdy przyszła SLD-owska ekipa. Napisał na murze kancelarii: 'Miller mieszka na kradzionym'. Hasło powtórzył obok po angielsku (dla prasy zagranicznej): 'Miller lives on stolen land'.

Skazany na grzywnę odmówił zapłaty. Znów odsiadka. Jego ostatnia akcja - wiosną 2005 r. - to spranie paskiem od spodni sędziego z Gdyni. Oskarżany przezeń o niesprawiedliwe orzecznictwo sędzia został wybatożony na korytarzu. A Wesołek - znów zamknięty.

- Na Wyspy wyjechałem więc z powodów, wymieniam kolejno: moralnych, politycznych i materialnych - opowiada zmęczonym głosem. Pracuje w recyklingu na nocki, a zdzwaniamy się o dziesiątej rano.

- Wyemigrowałem, bo dziś naród jest w Londynie... W Polsce został tylko badziewiasty rząd, jego przydupasy i ci, którym się już nic nie chce. Mnie się chce i Agacie Wróbel też chciałem pomóc, widząc, jak robi przy taśmie za sześć i pół funta. Chyba medalistka olimpiady zasługuje na coś lepszego niż ten syf. Druga sprawa, żeby przy okazji zrobić lekki szum i dowalić kochanym władzom w kraju...

Szum zrobił się mocny, bo 'Super Express' dał na pierwszej stronie tytuł 'Agata musi grzebać w śmieciach'. Nazajutrz ukazał się tekst 'Na śmietniku', potem kolejne podobne. Można było przeczytać, że z toreb, które segreguje Agata, leci smród, od którego można zwymiotować, a pod nogami sortujących biegają szczury.

- I jak ja teraz mam po tych tekstach do Jeleśni pojechać?! Żeby usłyszeć: 'śmieciara'?! - kiedy Wojtek, prezes, zostawia nas samych, Agata przestaje się uśmiechać i zapala papierosa. - Chcecie?

- Dzięki, mamy swoje, z Polski.

- Tu 30 zł paczka. Jak się przeliczy, można dostać joba - mistrzyni chowa pudełko pall malli do kieszeni dżinsów. - Teraz więcej palę, jak mnie wkurwili.

- Agatko... dali w gazecie takie tytuły, bo chcieli podkreślić, że tak nie powinno być: medalistka olimpijska wykonuje najtańszą pracę na obczyźnie.

- A nie wolno?! Praca to praca. Tu ludzie to rozumieją. To w Polsce się wydaje, że jak się człowiek schyla, to już nie jest pan. I samo słowo 'śmieci' się kojarzy z jakimś strasznym syfem. A tu recykling to biznes jak inny. Jak ktoś szuka sensacji, znajdzie je albo wymyśli. Ten drugi brukowiec polski jednego dnia napisał, że wyjechałam do Holandii z trenerem znajomym, a następnego, że do Anglii rodzić dzieci. Rozumiecie, jak mi się przez to nie chce do Polski wracać? - Agata ma poważną minę. - Skrzywdzili mnie. Gdy znajomi zaczęli dzwonić po tych śmieciach, to cały dzień płakałam ze złości. Do pracy oczywiście nie poszłam, nawet nie zadzwoniłam się zwolnić.

Kiedy Wojtek usłyszał o Agacie...

Podchodzi Wojtek i zabiera nas na kawę do redakcji radia. Na ścianie wielki ekran, non stop leci TVN 24. W sąsiednim pomieszczeniu dziewczyny z Wojtkowej agencji dzwonią, klepią w klawiatury i prowadzą po trzy rozmowy naraz. Robota wre. Sara Int. (doradztwo imigracyjno-biznesowe) zatrudnia 200 pracowników. Firma załatwia rodakom pracę, zdobycie zasiłku, szuka mieszkań, jak trzeba, to adwokata. Ludzie Wojtka - za pieniądze - ułatwiają Polakom załatwianie formalności, kontaktują partnerów biznesowych i pomagają robić tysiąc rzeczy. Działają na stu frontach, np. organizują występy polskim wykonawcom. W Londynie wiszą plakaty zachęcające do przyjścia na show Cezarego Pazury i Perfectu. Grają Molesta, Hey i tylu innych, że Warszawa z Krakowem mogą pozazdrościć.

Wojtek należy do loży masońskiej i nie kryje, że może w Londynie pomóc w różnych sprawach. Mieszkanie, praca - 'no problems'. Angielscy pracodawcy jeszcze płacą Wojtkowi, żeby im znajdował ludzi. A boom dopiero nadchodzi.

- Jak się zacznie budowa wioski olimpijskiej, będzie maksissanie na pracowników - Wojtek kręci się na obrotowym krześle, co rusz brzęczy komórka. O Agacie usłyszał od słuchacza PRL24: 'Medalistka z Sydney pracuje nocami przy śmieciach. Nie można jej znaleźć lepszej pracy?'.

- Jasne, że można - Wojtek robi szeroki gest ręką. - Rozmawiam już z kilkoma siłowniami, ale o szczegółach jeszcze nie piszcie.

Tu się szybko robi kasę

Władysław 'Wojtek' Witkowski siedzi w Londynie 12 lat. Zaczynał od rozwożenia pizzy, potem były paczki. - Wtedy delivery man to była polska specjalność. Jeździliśmy skuterami szybciej niż Anglicy, chociaż mało kto z nas znał wtedy miasto. Teraz sami widzicie, co jest. Polacy robią wszystko i są wszędzie. Mieszkają tutaj nasi z taką kasą, że byście padli. Ale nikt o nich w Polsce nie wie, bo siedzą cicho.

Wojtek - sam ekonomista z Łodzi - wskoczył na wznoszącą się falę, gdy rozprowadził po mieście kilka tysięcy ulotek 'Potrzebujesz kogokolwiek do pracy? Zadzwoń'.

- Ulotki odbiliśmy na ksero. Strzał w dziesiątkę, sypnęły się telefony: potrzeba kelnerki, sprzątaczki, ogrodnika, hydraulika. Polacy, którym wtedy daliśmy pierwszy dżob, dziś mają nieraz po 150 klientów i własne firmy pootwierali. Tutaj się, chłopaki, szybko robi kasę.

Faktycznie: przez dwa dni spędzone w Londynie w oczekiwaniu na spotkanie z Agatą sami mogliśmy zatrudnić się w kilku miejscach. Ogłoszenia 'dam pracę' są w gazetach, internecie, na szybach sklepów, przystankach, w pubach. Po angielsku, po polsku, zresztą nawet nie trzeba tego czytać. Wystarczy wejść do pierwszej knajpy w opanowanej przez Polaków dzielnicy Ealing i spytać. Robota za sześć funtów znajdzie się natychmiast, wyższe stawki - jeśli cokolwiek umiesz. Ze znajomością angielskiego i prawem jazdy rozmowa zaczyna się już od kilkunastu funciaków wzwyż.

Wymarzony dom Agaty

Agata potrzebuje pieniędzy, bo chce zbudować domek w Jeleśni. Niedaleko rodziców. Projekt już ma wybrany w katalogu. To będzie rozległy bungalow.

- I co tam będziesz w Jeleśni robiła?

- Nic. Oddychała czystym górskim powietrzem. A pracować mogę tutaj, bo tu są pieniążki. Do domku będę sobie tylko jeździła odpoczywać.

- Przecież możesz jeździć i teraz - do rodziców, do sióstr, do brata.

- Jedna siostra tylko w domu została, druga we Włoszech. Brat na Cyprze. W święta go widziałam: niedobrze było między nami jakoś... Nie dogadaliśmy się. Zmienili go na gorsze. Pieniądze go zmieniły.

- Bo to tak jest, że jak ktoś posiedzi dłużej na Zachodzie, to innymi kategoriami zaczyna myśleć - wtrąca Wojtek. - Już człowiek nie ma powodu narzekać, że do pierwszego brakuje. Że bieda, że kradną, że ci z rządu się spaśli, a ty nie. Masz pieniądze na wszystko, twój temat to: 'gdzie wyjechać', 'co jeszcze zrobić', 'co sobie kupić'. To nie szpan, tak się samo dzieje, nawet się nie zorientujesz, kiedy zmieniasz myślenie na pozytywne.

Agata patrzy w sufit i nerwowo wierci się w plastikowym fotelu. - Najgorsze, że mama o tej sortowni śmieci to się z gazet dowiedziała - mówi wreszcie.

- Czemu nie powiedziałaś rodzicom, gdzie pracujesz?

- A po co? - mistrzyni znów milczy chwilę i trze nosek obiema dłońmi. - Nie było czasu zadzwonić.

- Nie chce nam się wierzyć...

- Prawda wiecie, jaka jest?

- Wiemy. Miałaś trudne dzieciństwo i do dziś masz ciężkie relacje z rodzicami.

- No...

Agata chce zebrać 50 tysięcy

Zostawiamy prezesa w radiostacji i idziemy z Agatą do redakcji 'Cooltury', sto metrów od radia. Trzeba przygotować zajawki do portalu www.prl24.net - to kolejny biznes Wojtka. Za tydzień mistrzyni będzie gościem czatu.

Przestało siąpić, słońce przygrzewa, ściągamy kurtki. W jasnym świetle widzimy, że czarne włosy Agatki mienią się fioletowo. Była już blondynką, miała włosy czerwone, głowę w 'afrykańskich' warkoczykach.

- Zawsze miałam słabość do barwnych fryzur. I do delfinków, bo przynoszą mi szczęście.

Delfina ma wpiętego w prawe ucho. Do tego pięć innych kolczyków i ćwiek w języku.

Na szyi duży srebrny krzyż. Bluza - spłowiała granatowa reklamówka browaru - to pamiątka po sponsorze najsłynniejszej mieszkanki Żywiecczyzny.

Na rogu Dawes Road i Sherbrooke pozdrawia nas kobieta z dzieckiem: - Dzień dobry, pani Agato! To jest medalistka olimpijska - tłumaczy dziewczynce.

Mistrzyni macha małej ręką. - Nie chciałam przy prezesie smucić, ale jak wspomniałam mamę... Ja sprzed 15. roku życia normalnie nic nie pamiętam. Nic. Nie wiecie, jak to jest - Agata pociąga nosem.

- Masz jeszcze katar czy chcesz sobie popłakać?

- Dziewczyny nie płaczą. (chlip...) Muszę tylko odłożyć odpowiednią ilość pieniążków...

- To znaczy ile?

- Tak z 50 tysięcy funtów. Nie róbcie mi zdjęć z fajką!

- Już nie jesteś sportsmenką, możesz sobie palić.

- Niby tak. Ale trudno się odzwyczaić, jak się tyle lat bunkrowało i przed trenerem, i przed dziennikarzami.

Raz dałam w pysk babie

Można powiedzieć, że Agata rzuciła sport z powodu zapalenia wątroby, dwóch operacji wyrostka oraz kontuzji nadgarstka - i to jest prawda. Można: że z powodu braku sukcesów - i to też prawda.

- Na Dominikanie pierwszy raz nie zdołałam złapać zamka - mistrzyni pokazuje dłonią, jak się chwyta sztangę. - Ręka mi puchła, sztanga się wyślizgiwała. W 2005 nie zdobyłam żadnego medalu, w 2006 - dziewczyna udaje chwilę, że się zastanawia. - Hm... Też nic. Chybabyście wiedzieli, jakbym coś zdobyła.

- Dlaczego jesteś dla siebie taka okrutna?

- Bo siebie nie lubię.

- A jaka byś chciała być?

- Inna.

- Słodka i wiotka?

- I idiotka!

Śmiejemy się we troje. Agaty nie można nie lubić.

- Uderzyłaś kogoś w życiu?

- Raz dałam w pysk wrednej babie. Też zawodniczce. Bo po chamsku potraktowała taką młodą w pokoju. Sprowadziły z kumpelą na dwa łóżka chłopaków, a młodej kazały spać na podłodze, jak psu.

- W domu rodziców też spałaś, gdzie popadnie, prawda? Mieszkaliście w dziewięcioro w trzech izbach.

- Już wam mówiłam, że nie pamiętam.

Agata nie wróci do sztangi

Mistrzyni wyjechała z Polski po angielsku. Ale i tak się wydało. Gdy ta informacja doszła do ministra sportu, Tomasz Lipiec wezwał trenera reprezentacji sztangistek Ryszarda Soćkę i spytał: 'Co się dzieje?'.

Soćko wyjaśnił, że Agata nie czuła już satysfakcji. I chce spróbować życia 'poza ciężarami'. - Wiele razy usiłowałem odciągnąć ją od decyzji o końcu kariery, ale mi się nie udało - zapewniał ministra trener. - Mam nadzieję, że jeszcze się rozmyśli i wróci do sportu.

Agata: - Nie wrócę. Mam dosyć sztangi. Smrodu przepoconych sal, huku spadającego żelastwa, krzyków, nieliczenia się ze sobą. Tylko wynik, wynik... I tak bym musiała kiedyś skończyć. Pół roku w tę czy w tę, co za różnica? Już nie mogłam patrzeć, jak się wszystko wali.

- Co się waliło?

- No, tak zwana kariera sportowa. Po 50 listów dziennie kiedyś przychodziło. Pisali tylko: 'Agata Wróbel koło Żywca'. Albo: 'Agata, podnoszenie ciężarów'. I dochodziły. Niemieccy kolekcjonerzy prosili, żeby im odsyłać autograf, zdjęcie. Było, minęło.

- Agatko, czy to nie jest tak, że listy przestały przychodzić, medale się skończyły, a ty chciałaś wciąż więcej, bo musiałaś udowadniać, że zasługujesz na miłość i szacunek? Bo nie wystarczy ci, że jesteś fajną dziewczyną?

- A jestem?

- A dlaczego nie?

- Słaba jestem psychicznie, postanawiam sobie i nie robię tego. Nie umiem myśleć do przodu.

- Przecież odniosłaś sukces na skalę światową! Czy ty się już aby nie dręczysz przesadnie?!

- Sukces... Że Bóg mi dał krzepę?

- Wiesz przecież, krzepa to nie wszystko. Znamy paru krzepkich facetów, a żaden 163 kilo nie podrzuci...

- Ja sobie, podrzucając, zawsze wyobrażałam, że to już zrobiłam, że mam ten ciężar już nad głową i mogę go zaraz zrzucić. I tak było, cyk - sztanga podniesiona.

Stoimy pod jednopiętrowym domeczkiem z szyldem 'Cooltura' i uśmiechamy się do siebie. Gdzieś po drugiej stronie ulicy Dawes Road ktoś krzyczy w ogródku: - Miałeś mi, zakurwieńcu, wysłać esemesa!!!

Teraz już śmiejemy się w głos.

Agata w National Gallery

Mistrzyni nie ma oszczędności. 80 tys. za srebrny medal w Atenach wydała na samochód, który rozbiła. Stypendium olimpijskie straciła, kiedy w grudniu rzuciła treningi. Tzw. emerytura olimpijska, równa średniej krajowej, będzie jej przysługiwać - jak każdej medalistce - dopiero od 35. roku życia.

- A co tu robisz po pracy?

- Nic. Mieszkamy z koleżanką na pokoju. Dziś się będziemy rozpakowywać. Gośka też robiła w sortowni w Peterborough, teraz się zatrudniła w Londynie do roznoszenia reklamówek. Ma kłopot, bo pierwszego dnia zostawiła wózek z ulotkami pod pubem i ktoś jej to ukradł. Na Londyn to specjalnie nie chodzimy. Peszy mnie to miasto. Raz byłam na tym placu... tam gdzie są lwy, pomniki.

- Na Trafalgar Square?

- O, właśnie! I w tej galerii, gdzie jest ten koń na obrazie. A tak, to nie wychodzę. Imprezy - rzadko. Oglądamy sobie z Gośką telewizor. Lubię filmy sensacyjne, akcji, książkę czytam.

- Jaką?

- W ogóle to mało czytałam, bo nie chciało mi się nigdy. Ale przeczytałam 'Jesienną miłość'. O chłopaku, który się zakochał w dziewczynie chorej nieuleczalnie. Jej zostały cztery miesiące życia. I on się ożenił, ona umarła, a on do dziś nie zdjął obrączki i żyje sam. I teraz czytam drugą książkę tego samego autora. 'Anioł stróż'. To o dziewczynie, której mąż umarł i zostawił psa. I ten pies nie chce, żeby ona miała nową miłość.

- Masz tu chłopaka?

- Chciałabym. Takiego... żeby był wysoki, inteligentny, żeby miał dużo pieniążków (śmiech), by był romantyczny. Kolacje przy świecach, spacer przy księżycu, wspólnie wino. Tylko że to się... Pomarzyć mogę. Tak naprawdę chcę, żeby wszyscy o mnie zapomnieli - Agata znowu jest śmiertelnie poważna.

- Straszne masz wahania nastrojów.

- Ten typ tak ma. (i znów śmiech)

Całe życie o coś walczę

Na pożegnanie wymieniamy numery telefonów. Agata pokazuje nam zdjęcia ze swojej komórki. Jest opera w Sydney, jest nasza mistrzyni w objęciach ukraińskiej sztangistki Olgi Korobki. Korobka - ogromna, męska (Agatka przy niej jak dziecko) - odebrała Polce rekord Europy.

Kolejne fotki: kilka zbliżeń twarzy młodego Murzyna.

- To holenderski kolega, trener od sztangi. Polubiliśmy się. Niski. 153 cm miał wzrostu. Ale fajny.

Kolejne zdjęcie: 12-letnia siostrzyczka w ogrodzie rodziców w Jeleśni. Do tego zdjęcia samej Agaty. Ponad tuzin. Nie ma żadnego ze sztangą. Jedno w dyskotece, jedno w taksówce, jedno w autokarze.

- Tym autobusem tu przyjechałam. Przez tunel. Autobus wjechał na takie coś i dopiero to pojechało. A wcześniej, na francuskiej granicy, wkurwili mnie, bo zaczęli robić rewizję. Trzepali autobus godzinę. Mnie wzięli na osobistą. Gościówa, Francuzka, zaczęła macanie. Nie lubię, jak mnie kto dotyka. Mało jej nie śmignęłam. Widzieliście ten film, jak terroryści porwali samolot?

- 'Lot 93'?

- Bardzo mi się podobało, jak ci pasażerowie z nimi walczyli. I jak zginęli. Spadli na ziemię, ale zginęli w walce. Ja całe życie o coś walczyłam i dalej walczę. Napiszcie to.

- Napiszemy.

- A ten artykuł w całej Polsce będzie w kioskach?

- Chodzi ci o kiosk w Jeleśni?

- Siostra tam koło kiosku do szkoły przechodzi.

Czy Agata Wróbel powinna wrócić do uprawiania sportu?
Komentarze (3)
Agata Wróbel: I jak ja mam teraz do domu wrócić?
Zaloguj się
  • Val Waldi

    Oceniono 14 razy 12

    Przykre to ale niestety prawdziwe. Taki jest los sportowca, sława i pieniądze jak jest się na szczycie, jak spadasz - nie ma pomocnej ręki. Wielu sportowców skończyło gorzej niż w sortowni śmieci. Trzymaj się Agata i nie słuchaj hejterów. Twoje życie, Twoja sprawa. Swoją drogą chciałbym Twoje zdjęcie z autografem.

  • Justyna Muras

    Oceniono 8 razy 8

    Agatka to świetna dziewczyna, która wiele w życiu osiągnęła. Może faktycznie próbowano jej pomóc, ale postawcie się na jej miejscu. Jakbyście się czuli, gdybyście byli bohaterami takich nagłówków ? Ona ma rację mówiąc, że w Polsce i za granicą ludzie mają zupełnie inną mentalność, a praca to praca, nic więcej. Jest w Anglii, może kiedyś wróci do Polski, zrobi co będzie chciała. To jej życie. Mam nadzieję, że jej marzenie się spełni.

  • umakethestory

    Oceniono 2 razy 2

    Aż ciężko się czyta o tak utalentowanej osobie. Wiem. Jak jest być na szczycie i radzić sobie ze wszystkimi przeciwnościami a potem po stracie bliskiej osoby nie widząc tego popaść w depresję i siebie nienawidzić i rujnować przy tym wszystko za co się zabierze, zmieniać pracę co 2 tygodnie i samemu doprowadzać do tego, aby nas zwolniono albo samemu rezygnować. Przez taka sytuacje straciłam osobę, która do tej pory wydawała się całym moim bezpieczeństwem, a jednak to on zawiódł, jako jedyna osoba z którą rozmawiałam o śmierci taty, bo rodzinę musiał am wspierać i być silna. Przerwał am studia, było podejrzenie raka i nikt poza nim nie wiedział. Zawsze się znajdzie konkretną przyczyną takiej sytuacji życiowej aczkolwiek podczas kiedy przez nią przechodzimy ciężko ją dostrzec. Ciężko też takiej osobie "twardzielce" z duszą romantyczki sobie z nią poradzić od tak, ale trzeba to przetrwać i Pani Agata dobrze moim zdaniem, że wyjechała, że chce od tego wszystkiego odpocząć, ale przy tym niech nie zapomina jaką jest osobą dla wszystkich Polaków. Jest naszą dumą narodową. To co osiągnęła, tego jej nikt nie odbierze, bo nie ma takiej siły. Źle reagują ludzie wokół niej, którzy chcąc jej pomóc robią to w tak brzydki i głośny sposób, którego nasza medalistka sobie najwyraźniej nie życzyła. Może wystarczyło by z nią porozmawiać ale w taki sposób by jej nie urazić ani jej nie strofować. Jak Pani Agata sama mówi każda praca jest pracą, każdy z czasem wykonywania jakiejś pracy dochodzi do tego momentu że chce wymagać od siebie czegoś więcej i to zdrowe. Niezdrowe natomiast jest atakowanie ludzi ze względu na rodzaj pracy jaką wykonują. Fakt jest taki iż za granicą rzeczywiście się nie przywiązuje znacznej uwagi do tego czym się pałamy tylko czy jesteśmy w stanie z tego żyć i się tym życiem cieszyć, a to Pani Aganie się odbiera takimi tekstami.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX