Piotr Reiss: Nie jestem psychicznie gotowy, by zakończyć karierę

Kapitan ?Kolejorza? i świeżo upieczony król strzelców ekstraklasy Piotr Reiss odpowiadał wczoraj na pytania podczas wizyty w Gazeta Cafe przy naszej redakcji.
Reiss wypija do trzech litrów wody, nie pamięta już, jak smakuje pizza, a w domu ma zdjęcie, na którym rywalizuje z Zinedinem Zidane w meczu Polska - Francja - dowiedzieli się uczestnicy spotkania w redakcyjnej kawiarni. Kapitan Lecha uspokajał ich, że nie jest zawiedziony tym, iż trener Leo Beenhakker nie powołał go do kadry. - Jestem realistą i rozumiem tę decyzję - stwierdził.

- Nie, syn nie mówi do mnie per "królu" - mówił król strzelców ekstraklasy. - Nie widziałem go od tygodnia. Jest młodym piłkarzem Lecha i dopiero wrócił z turnieju w Hiszpanii.

Reiss nie krył, że tytuł króla strzelców nie osłodził mu kiepskiego sezonu. - Straciliśmy wielką szansę na mistrzostwo, które w tym roku nie trafiło do faworytów. Dlatego cieszę się, że teraz jesteśmy pod ścianą i zamiast mówić o budowie zespołu, musimy już walczyć o tytuł - stwierdził.

- Dlaczego trener Czesław Michniewicz wycisnął z Zagłębia Lubin mistrzostwo, a z was nie mógł? - pytał pan z pomidorami w siatce. - To dlatego, że gdy trener Michniewicz pracował w Lechu, co chwilę tracił kolejnego istotnego gracza. Nie było stabilizacji, która jest w Zagłębiu. To jego siła.

Odpowiadał też na pytanie, co myśli o ewentualnej grze w Lechu z jeszcze jednym królem, np. królem strzelców ligi peruwiańskiej. - Nie znam napastników z Peru. Szczerze mówiąc, wolałbym Krzyśka Gajtkowskiego, o którym wiem, że bardzo chciałby wrócić do Poznania. Lechowi przydałby się dobry transfer krajowy, taki jak np. Łukasz Garguła. Może warto wydać na kogoś takiego pieniądze - skomentował i przyznał, że w przyszłości chciałby być dyrektorem sportowym Lecha.

Na razie jednak woli nie mówić o końcu kariery. - Unikam tego tematu, bo nie jestem na to psychicznie gotowy. Wiem, że decyzja o zakończeniu kariery będzie jedną z najtrudniejszych i najbardziej dramatycznych w moim życiu. Nie jestem jeszcze gotów jej podjąć - wyjaśnił.

Przyznał się, że został kibicem żużla! - Poszedłem na kilka meczów, w tym w Poznaniu, i spodobało mi się. Żużel jest zupełnie inny niż piłka. Tu emocje rozkładają się na poszczególne biegi, z których każdy stanowi osobną całość. Polecam, bo żużel jest fajny tylko na żywo. W telewizji się nie sprawdza - opowiadał.

- Jak się Pan uczył? - pytali młodsi słuchacze. - Z klasy do klasy przechodziłem. Może świadectw z czerwonym paskiem nie było, ale mama mówiła, że uczyłem się szybko - ujawniał Reiss.

Zatroskani goście Gazeta Cafe pytali także o Waldemara Piątka. - Jesteśmy z nim. Wraz z wieloma piłkarzami spoza Poznania chcemy w drugiej połowie roku zorganizować mecz, który pomoże nam zebrać pieniądze na jego leczenie - powiedział kapitan "Kolejorza".

- Dlaczego wybrał Pan piłkę nożną, a nie np. tenis? - dociekała przyglądająca się uważnie Reissowi pani pijąca kawę. - W czasach mojego dzieciństwa wszyscy grali w piłkę. Kortów tenisowych właściwie nie było. Nie było też komputerów i wszelkich wygód. Gdy dziś obserwuję na treningach w Lechu obecne dzieciaki pokolenia sprzed komputera, jestem wręcz załamany ich sprawnością i koordynacją ruchową. Jest bardzo słaba. Nie wiem, ilu z nich zdoła wzmocnić kiedyś Lecha - nie krył najlepszy strzelec ligi.

Reiss wspominał też dawne czasy, gdy w miejscu obecnego stadionu był tylko do plac gry w piłkę. - Pamiętam, że potem na stadionie były ławki pokryte takim dziwnym, szarym tworzywem. Nie wiem, co to było - uśmiechał się i opowiadał o swoich wrażeniach z meczu Lecha z FC Barcelona z 1988 r., który oglądał na stadionie. - To dziwne, że w Poznaniu wspominamy głównie porażki. Trzeba by w końcu mieć też zwycięstwa do wspominania - stwierdził.