Transferowy rok wszech czasów

Matusiak w Palermo, Błaszczykowski w Borussii Dortmund, Fabiański w Arsenalu, Kazimierczak w Porto, Golański w Steaule Bukareszt, Malarz w Panathinaikosie Ateny, a wreszcie - Dudek w Realu Madryt.
To chyba najbardziej niezwykły rok transferowy w historii polskiej piłki nożnej. Dlatego, że jeszcze nigdy w tak krótkim czasie tak wielu nie podpisało umów z tak uznanymi firmami. I dlatego, że aż dwukrotnie padał transferowy rekord polskiej ligi. Błaszczykowski kosztował 3,3 miliona euro, teraz CSKA Moskwa wyłożyło za Dawida Janczyka 4,2 mln. A jest jeszcze wart 3 mln Fabiański, czyli najdroższy bramkarz sprzedany z polskiego klubu.

To paradoks, że ruchy szczególnie spektakularne w sensie sportowym gwarantują znacznie mniej emocji niż się zdaje. Jerzemu Dudkowi dość powszechnie wyrzuca się brak ambicji, co brzmi kuriozalnie, a zarazem nie jest całkiem bezpodstawne. Polski bramkarz skazuje się na kolejne lata ławki rezerwowych, bowiem między słupkami Realu stoi niezniszczalny Iker Casillas, który od pięciu lat nie wie, co to kontuzja. Co prawda prawem wielkich liczb z każdym dniem idealnego zdrowia będzie rosło prawdopodobieństwo, że Hiszpan jednak dozna urazu, lecz to nadzieja dla Dudka mocno teoretyczna. I tak naprawdę nierozstrzygająca. Wszystkie analizy bledną bowiem wobec refleksji najistotniejszej: trudno sobie wyobrazić, by jakikolwiek bramkarz grubo po trzydziestce odrzucił ofertę klubu uznanego przez FIFA za największy w XX wieku, zwłaszcza jeśli żaden jego rodak nigdy podobnego zaszczytu nie dostąpił i już sam podpis na kontrakcie czyni go postacią wyjątkową i historyczną.

Niechętni Dudkowi muszą przyjąć gołe fakty: przez całą karierę zmieniał on kluby na bardziej renomowane (z Sokoła Tychy poszedł do Feyenoordu Rotterdam, a potem przeniósł się do Liverpoolu), co w naszym futbolu niemal się nie zdarza; jako jedyny Polak został bohaterem meczu porywającego cały świat, dając w stambulskim finale Ligi Mistrzów legendarny już dziś - ledwie dwa lata po zdarzeniu - popis.

Gołe fakty w niewielkim stopniu tłumaczą natomiast transfer Janczyka. Pieniądze wykładane na piłkarzy zazwyczaj oddają jakoś ich wartość sportową, ale akurat Rosja stanowi przypadek osobny. Futbol nie musi tam działać w zgodzie z ekonomiczną racjonalnością, bo napędza go ropa i hojność oligarchów, więc moskiewskie kluby bezmyślnie szastają niewyobrażalnymi dla nas kwotami. Niekiedy trafią dobrze, częściej - kiepsko, trwoniąc nawet kilkanaście milionów dolarów na południowoamerykańskich młodych zdolnych. Wszystko to mimo wciąż kiepskich wyników w Lidze Mistrzów i mizernej frekwencji na trybunach ligi rosyjskiej.

Zjawisko nie kończy się zresztą na futbolu. Rosyjską siatkówkę wspiera szef Służby Bezpieczeństwa Nikołaj Patruszew, zdaniem wielu drugi po Putinie człowiek w państwie. Wspiera na tyle skutecznie, że tamtejszą ligę stać nawet na sprowadzenie brazylijskiego wirtuoza Giby.

Do prorokowania przyszłości Janczyka prawo wielkich liczb zatem nie wystarcza, bo w piłce cztery miliony wyszarpane klubowi zachodniej Europy nierówne są czterem milionom, które wypadają z kieszeni bossom z Europy Wschodniej. Dziś nie wiadomo nawet, czy młody napastnik ma znacznie większe szanse na grę niż Dudek, bo CSKA stać na luksus kadry rozrośniętej ponad zdrowy rozsądek. Najsmutniejsze jednak, że dzięki hordzie ogłupiałych kiboli Legia zarobionych pieniędzy (za Fabiańskiego i Janczyka dostała więcej niż wynosił jej zeszłosezonowy budżet) nie będzie mogła wydać na wzmocnienia przed następną edycją europejskich pucharów.