Nam Euro może się nie udać

Jeśli 10-milionowa i nie tak bogata Portugalia dała sobie radę, to i my damy. Tym bardziej że oni robili całe mistrzostwa, a my połowę - obiecywał premier Kaczyński w kwietniu, tuż po wyborze Polski na gospodarza Euro 2012.
Ale od tego czasu rząd nic nie zrobił. W Warszawie nie wyznaczył miejsca na stadion narodowy, unieważnił za to przetarg na projekt, bo już nie ma na to czasu. Już wiadomo, że stolica i Gdańsk nie zdążą oddać obiektów w połowie 2010 r., co obiecaliśmy UEFA. Wrocław twierdzi, że zdąży, ale i tam nie wbito łopaty, nie wybrano nawet projektu stadionu. Tylko w Poznaniu miejski stadion remontowany jest od kilku lat.

O drogach czy lotniskach litościwie już nawet nie wspominam.

Teraz nowa minister sportu Elżbieta Jakubiak musi prosić UEFA o zgodę na przesunięcie o rok terminu oddania stadionów. To spektakularna porażka na samym starcie.

Dobry jest pomysł specjalnych ustaw, które uproszczą przetargi na inwestycje Euro 2012 lub nawet pozwolą z nich rezygnować. Dobry, ale o kilka miesięcy spóźniony - specustawa powinna była trafić pod obrady Sejmu jeszcze przed wakacjami.

Już w kwietniu można też było przewidzieć, że lepiej z Euro 2012 poradzi sobie spółka zatrudniająca specjalistów - taki jest najnowszy pomysł rządu zaczerpnięty z doświadczeń poprzednich organizatorów mistrzostw. Do tej pory jednak rządzący zajmowali się głównie obsadą oficjalnego komitetu organizacyjnego, w którym od wiosny zmienili trzech szefów.

To już ostatni dzwonek, a nawet po dzwonku. Rząd musi zrobić wszystko, by Sejm błyskawicznie przegłosował specustawy. Ekipa Kaczyńskiego musi też przekonać wszystkich, że Euro jest sprawą narodową, że przynależność partyjna - w przeciwieństwie do fachowości - nie ma tu znaczenia.

Jeżeli władza temu nie podoła, trzeba będzie zgłosić rezygnację z Euro. To się jeszcze nigdy nie zdarzyło, ale nam może się udać.