Ślązak, syn górala, został... Indianinem

Gliwiczanin Łukasz Obrzut trenuje z Indiana Pacers! To pierwszy Ślązak w klubie zawodowej ligi koszykarskiej NBA!
Rozmawiałem z Łukaszem dokładnie cztery lata temu. Napisałem wtedy, że jest bardzo prawdopodobne, że to on będzie pierwszym koszykarzem ze Śląska w zawodowej lidze NBA. Teraz jego marzenie jest bardzo bliskie spełnienia.

Dobry duch zespołu

Larry Bird, była legenda NBA, a obecnie prezydent klubu z Indianapolis, montuje silny skład na nowy sezon. Fachowcy zastanawiają się, dlaczego Bird postawił na sprowadzenie wysokiego Polaka, który wcześniej nie był nawet podstawowym zawodnikiem znakomitego zespołu z University Kentucky. - Najważniejsza jest chemia. To jest klucz - tak o dobieranym zespole mówi Bird.

Internauci żartują, że z takim nazwiskiem i warunkami fizycznymi kariera Łukasza w NBA jest murowana. Obrzut ma aż 215 centymetrów wzrostu, waży blisko 120 kilogramów. Będzie jednym z najpotężniejszych graczy Pacers!

- Dawno mu przepowiedziałem, że zagra w NBA. Niesamowicie ambitny piorun z niego - mówi o swoim synu Marian Obrzut.

Niewątpliwie wpływ na podpisanie kontraktu z Indianą miała skończona uczelnia - Kentucky to renomowany koszykarski uniwersytet, kończyły go takie sławy jak Pat Riley, Jamal Mashburn czy Antoine Walker. Mówi się, że nie bez znaczenia mógł też być charakter Łukasza, uważanego za dobrego ducha zespołu uczelnianego. Bird, montując swoją chemiczną mieszankę, poszukiwał kogoś takiego.

Koszykówka była mu pisana

Przygodę ze sportem Łukasz zaczął dość późno, bo w wieku 15 lat. Koszykarski talent chłopaka odkryła jego mama. - Łukasz jest uparty i dopnie swego. On wie, czego chce. Ma to po mężu, który jest góralem - twierdzi pani Grażyna Obrzut.

Mama pomogła Łukaszowi znaleźć pierwszy klub - bytomski MOSM. - Wsiadałem do pociągu, którym jechałem do Bytomia, a potem tramwajem pod halę. Trening, prysznic i wieczorem z powrotem pociągiem do Gliwic. Lekcje odrabiałem późną nocą. Tak wyglądał mój tydzień - opowiadał mi Łukasz.

215 centymetrów wzrostu to sporo, ale to nie zaskoczenie. Mama Łukasza mierzy 182 cm, tata jest o 6 cm od niej wyższy. No i to po ojcu chłopak odziedziczył smykałkę do sportu. - Pochodzę z Sądecczyzny, w młodości grywałem w Grybovii w B klasie. Byłem solidnym obrońcą, coś jak Horst Hrubesh - ze śmiechem wspomina Marian Obrzut, który w połowie lat 70. zjechał na Śląsk i zaczął pracę jako maszynista.

Łukasz o kolejnictwie nie myślał, ze swoim wzrostem skazany był na koszykówkę. Treningi w bytomskim MOSM-ie prowadzone przez Marcina Macha nie poszły na marne. Rosłego nastolatka dostrzegli szkoleniowcy juniorskiej reprezentacji i wręczyli mu powołanie do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Warce, gdzie grał i uczył się przez cztery lata. Podczas jednego z turniejów w Holandii nastolatkiem zainteresowali się wysłannicy amerykańskich uczelni.

Kłopot z wymówieniem nazwiska

Warunkiem było zdanie amerykańskiej matury. Łukasz wyjechał za Ocean i przez rok przygotowywał się do egzaminu w Bridgton Academy w stanie Maine. Nauczył się tam języka, a przy okazji występował w miejscowym zespole Wolverines, osiągając bardzo dobre wyniki (przeciętnie 12 pkt., 8 zbiórek, 3 asysty, 2 bloki). Nic dziwnego, że posypały się propozycje z uczelni. Wszystkich konkurentów (ofert było podobno pół setki!) przebiła prestiżowa uczelnia z Kentucky.

Dla Amerykanów największym problemem było wymówienie imienia i nazwiska naszego rodaka. - Gdy pierwszy raz przyleciałem do Stanów, nikt nie potrafił wymówić mojego imienia, o nazwisku już nawet nie wspomnę. Mój kolega z pokoju nazwał mnie Woo. Woo-kosh, czyli amerykański Łukasz, i tak już zostało - relacjonował w rozmowie z "Gazetą" gliwiczanin.

W Stanach Obrzut wpadł w oko Bobowi Hillowi, znakomitemu trenerowi, który pracował z drużynami San Antonio Spurs, Indiana Pacers i New York Knicks. Hill porównuje gliwiczanina do dwóch obecnych graczy NBA. - Dzieciak potrafi pracować i ma wielki koszykarski iloraz inteligencji. Jest kombinacją Dirka Novitzkiego i Keitha van Horna. On może grać pod samym koszem, ale bardzo dobrze radzi sobie również w dystansie. I co bardzo ważne - potrafi świetnie biegać - stwierdził swego czasu Hill w jednej z lokalnych gazet.

W Kentucky trenerem Obrzuta była inna znakomitość - Tubby Smith. Ten świetny fachowiec to asystent Rudy'ego Tomjanovicha w reprezentacji USA, która na olimpiadzie w Sydney wywalczyła złoty medal.

Złośliwi mogą się mylić

Obecny kontrakt z Pacers to niewątpliwie największy sukces w karierze 25-letniego gliwiczanina. Jednak w okresie gry w Kentucky polski koszykarz dostąpił innego wielkiego honoru - wystąpił w rekordowym meczu koszykówki. Spotkanie ligi akademickiej sprzed trzech lat w Detroit, między zespołami uniwersytetów Michigan State i Kentucky, obejrzało 78 129 widzów! To nowy rekord widowni na meczu koszykarskim na świecie. Pobito w ten sposób poprzedni rekord sprzed ponad pół wieku - 75 tys. ludzi na meczu legendarnej drużyny Harlem Globetrotters na Stadionie Olimpijskim w Berlinie w 1951 roku.

Wychowanek MOSM-u Bytom zagrał w rekordowym spotkaniu przez 13 minut, zdobył cztery punkty, zaliczył zbiórkę i blok.

W internecie pośród wielu opinii natrafiłem i na takie, że Obrzut, zadowolony z kontraktu w NBA, "odpuści sobie" grę w reprezentacji Polski. Złośliwi mocno się mylą, bo Łukasz na każdym kroku zapowiada, że gra w biało-czerwonych barwach to dla niego największy zaszczyt i marzenie. Także ojciec koszykarza potwierdza te słowa: - Jak tylko dostanie powołanie, to nie ma problemu. Zagra w kadrze na pewno!