Szalik zobowiązuje

Kiedy "Gazeta" przed pięcioma laty rzucała ideę, by polski sport podratować importem zagranicznej myśli szkoleniowej, też porywaliśmy się na niemożliwe. Była głęboka noc czasu tokijskiego, trwał mundial, wymęczony bezbramkowym nudziarstwem Anglia - Nigeria pisałem w hotelu w Osace "Dekalog dla PZPN" - tekst nawołujący do zatrudnienia selekcjonera z zagranicy. Pomysł zdawał się księżycowy jak krajobraz japońskiej metropolii. Nasze trenerskie dinozaury mają przyznać, że są od nich lepsi, i jeszcze poprosić o pomoc? Majaki szaleńca.
A jednak się udało. Lozano, Beenhakker, Urlep, Bonitta, a nawet Wenta i Niemczyk, bo przecież obaj na swoje szczęście trenersko dojrzewali za granicą. Każdy coś wniósł, niektórzy dali medale, inni upajali naród triumfami nad Portugalią, czyli potęgami, z którymi piłkarze meczów o stawkę nie wygrywali od ćwierćwiecza.

To daje nadzieję, że z kibolami też się uda wygrać. Albo przepędzić ich ze stadionów, albo przeobrazić w kibiców.

Kibole Legii Warszawa zawzięli się i szkodzą własnej drużynie. Na początku sezonu milczeli, ale ponieważ milczenie nikogo nie obeszło, zaczęli aktywnie psuć widowisko. (Od razu wyjaśniam terminologiczny niuans: kibicami nazywam stadionowych bywalców, którzy fascynują się grą, szanują piłkarzy i chcą ich wspierać, nie wyznają barbarzyńskiej ideologii nakazującej nienawidzić wszystkich poza współwyznawcami, wyobrażają sobie mecz bez balastu wulgarności i agresji, które często ściągają potencjalnie piękne widowisko na dno prymitywizmu).

Kibole protestują, bo Legia postanowiła stawić opór ich mentalności i obyczajom. Kiboli szczególnie zabolało wydalenie ze stadionu kilku z nich, a przede wszystkim ich przywódcy - kogoś w rodzaju zapiewajły - więc mszczą się na zespole.

Aż nie wytrzymali kapitan Aleksandar Vuković i trener Jan Urban. Ich dramatyczne tyrady nie mają precedensu, może stanowią wręcz przełom w dziejach naszego futbolu, bo dotąd żaden piłkarz ani szkoleniowiec tak otwarcie nie skrytykował własnych kibiców. Nawet jeśli wielu miało ochotę, to jakiekolwiek odległe od pochlebstw sądy o fanach pozostawały sferą tabu.

Przepraszam znudzonych, że po raz wtóry wracam do tematu kibolstwa, ale cieszę się odwagą Vukovicia i wierzę, że jesteśmy świadkami początku niezwykle ważnej batalii. Batalii zdolnej odmienić cały nasz futbol.

Tłumaczyłem już w tej rubryce nonsensowność hasła "Legia to my" i jemu podobnych, dziś chciałbym zdemaskować oszustwo, którym kibolscy herszci usiłują zmanipulować opinię publiczną. W rozmaitych listach otwartych i na internetowych forach próbują fanom wmówić, że: 1) chcemy usunąć ze stadionów wszystkich szalikowców, by zastąpić ich tatusiami i mamusiami z dziećmi, zwanymi pogardliwie "piknikami"; 2) wszelkie zmiany zabiją atmosferę - ponoć wspaniałą - na trybunach, bo bez żywiołowego, zorganizowanego dopingu najaktywniejszych kibiców zapadnie głucha cisza; 3) popieramy działaczy usuwających niewygodnych im kibiców za przewinienia, które są ponoć zbyt błahe, by surowo za nie karać.

Po trzykroć kłamstwo. Nikt nie chce nikogo wypędzać. Albo kibole i szalony doping, albo kibice i cisza - to fałszywa alternatywa. Każdy może przyjść na stadion, jeśli przyjmie cywilizowane reguły gry. Każdy może przyjść i zagrzewać do szalonego dopingu. Więcej: chcemy, by przychodził. Piszę "my", bo "Gazeta" będzie się solidaryzowała z wszelkimi działaniami zmierzającymi do odchwaszczenia stadionów z barbarzyństwa i klimatów na poły kryminalnych.

Jeśli nawet zdzieranie gardeł zastąpią na pewien czas spontaniczne, odosobnione okrzyki, to futbol nie umrze. Kiedy pisałem poprzednie felietony o kibolstwie, część czytelników - zakładam, że życzliwych i chętnych do dyskusji - wystraszyło hasło "multipleks". Użyłem go, opisując atmosferę (i standard obiektów - to odrębna historia) ligi hiszpańskiej, którą niedawno zwiedzałem. Otóż przyznam szczerze: mojego entuzjazmu też nie wzbudza nieco teatralna widownia barcelońskiego Camp Nou czy madryckiego Santiago Bernabeu, wolę uporczywy jazgot legijnej "Żylety", która z łatwością zagłuszyłaby leniwy pomruk hiszpańskich gigantów. Ale mimo wszystko przedkładam dostojnie niemrawe brawa owych "pikników" nad chamstwo twardogłowych kiboli. Nad czytanie zamieszczanych tutaj opowieści dziewczyny, dla której wizyta na stadionie to trauma. Owszem, chcę ogłuszającego zgiełku szalikowców, ale nie chcę płacić zań tolerancją dla niepohamowanego chamstwa i agresji, które niekiedy - rzadko, ale jednak - przeradzają się w zawstydzające nas wszystkich skandale jak tamten wileński. Nie chcę na stadionie wersalu, akceptuję niewybredną opryskliwość kibicowskich środków wyrazu, zniosę nawet nieuniknioną wulgarność przyśpiewek, ale granice muszą istnieć. W Polsce, niestety, nie istnieją.

I ostatnia sprawa. Awanturujący się kibole są oburzeni, bowiem zakazy stadionowe Legia nałożyła na winnych rzekomo zbyt "małych" wykroczeń - jak odpalenie racy czy niesłuchanie się poleceń ochroniarzy. To uświadamia, jak przyzwolenie na stadionową wolną amerykankę przeorało ich świadomość. Otóż raca i "niesłuchanie się" to wystarczające powody, by opuścić szlaban. Prawo zakazuje nawet wnoszenia pirotechniki na stadion i dopóki się nie zmieni, nie ma nad czym debatować. Trzeba wreszcie zerwać z procederem absolutnej obojętności na wszelkie przepisy, która wpędza polską piłkę w chaos. Słowo klubowego stróża porządku musi być na trybunach święte tak jak w Anglii - do tamtejszego wzorca powinniśmy dążyć - gdzie porządku pilnują tzw. stewardzi. Tamtejsza wojna z bandytyzmem rozpoczęła się kiedyś od prostych zasad: przekroczysz namalowaną linię, płacisz grzywnę. Dopuszczasz się recydywy, zostajesz wyproszony.

Kluby mają prawo same dobierać gości, których wpuszczą na swój obiekt, i tworzyć dla nich własne regulaminy. Jak knajpy wystawiające w drzwiach selekcjonerów, jak kina nakazujące zajmować wyznaczone miejsca.

Dobrze, że Legia nie ustępuje, bo najgorsze - i najczęstsze - są właśnie zgniłe kompromisy tchórzliwych działaczy z kibolskimi prowodyrami, często niepotrafiącymi wymienić nazwisk piłkarzy swojej drużyny. To uderzające, że wściekli na właścicieli czy prezesów fani z najsilniejszych lig europejskich demonstrują pod klubowymi siedzibami i między meczami, by nie szkodzić Bogu ducha winnej drużynie. U nas uderza się w zawodników, którzy przecież nie rozdzielają zakazów stadionowych.

Oby inne kluby poszły drogą Legii (Cracovia już idzie), bo nadarza się szczególnie sprzyjający moment. Stadiony robią się coraz ładniejsze, gdzieniegdzie powstaną całkiem nowe, rośnie frekwencja. Niech z nimi kiełkuje nowa kultura, niech kluby inspirują, promują i dofinansowują grupy cywilizowanych fanów (jak Wisła sympatyków spoza Krakowa), którzy nie zaszantażują całego stadionu: musicie pozwolicie nam na wszystko, bo bez nas nie ma zabawy.

Szkoda, że milczą PZPN i władze Orange Ekstraklasy, bo proces wychowywania następnej generacji kibiców przyspieszyłyby szersze, systemowe akcje, począwszy np. od społecznej kampanii reklamowej, a skończywszy na zintegrowanej bazie danych, która umożliwiłaby rozszerzenie zakazu stadionowego na wszystkie obiekty w Polsce.

To wyzwanie dalece poważniejsze niż kampania promująca import obcej myśli szkoleniowej, ale i obiecujące dalece okazalsze profity. Garstka zagranicznych selekcjonerów nie wypełniła czarnej dziury wyrytej nieuctwem tubylczych pseudotrenerów, natomiast rewolucja na trybunach byłaby ostrym dziejowym zakrętem. Dopóki ludzie będą się bali chodzić po mieście w barwach ulubionego klubu, jego właściciele nigdy nie zarobią wystarczająco dużo, by kupić gwiazdy zdolne zachwycać w europejskich pucharach, a mecze Barcelony i Milanu pozostaną dla nas niedostępnym mirażem niczym seriale pokazujące sterylny kolorowy świat z wyższych sfer. Futbolowego biznesu nie da się prowadzić bez tysięcy ludzi, którzy chcieliby chodzić na stadion, ale się brzydzą lub boją. To jest prosty wybór: wolność kibolstwa albo radość z Ligi Mistrzów.

Zajrzyj na blog Rafała Steca

Zobacz także
  • "Jeb... PZPN!" i inne, czyli raport "Weekend z kibolem"
  • Przepraszam. To nie był rasizm
  • List kibica z Żylety: Co mecz na odkrytej trybunie czuję marihuanę

LOTTO Ekstraklasa 2018/19

lp. Drużyna M Pkt Br. Zw. R Por.
1 Piast Gliwice 37 72 57-33 21 9 7
2 Legia Warszawa 37 68 55-38 20 8 9
3 Lechia Gdańsk 37 67 54-38 19 10 8
4 Cracovia Kraków 37 57 45-43 17 6 14
5 Jagiellonia Białystok 37 57 55-52 16 9 12
6 Zagłębie Lubin 37 53 57-48 15 8 14
7 Pogoń Szczecin 37 52 57-54 14 10 13
8 Lech Poznań 37 52 49-48 15 7 15
9 Wisła Kraków 37 49 67-63 14 7 16
10 Korona Kielce 37 47 42-54 12 11 14
11 Górnik Zabrze 37 46 48-53 12 10 15
12 Śląsk Wrocław 37 44 49-45 12 8 17
13 Arka Gdynia 37 42 49-51 10 12 15
14 Wisła Płock 37 41 50-58 10 11 16
15 Miedź Legnica 37 40 40-65 10 10 17
16 Zagłębie Sosnowiec 37 29 49-80 7 8 22

  • Grupa mistrzowska
  • Grupa spadkowa