Sport.pl

E=mc2 czyli futbol przyszłości

Rozmawia trener z dyrektorem sportowym. Normalnie, o transferach. Obaj z nosami w laptopach.
Trener: Bierzemy Zdechlakowskiego? Ma indeks 3478, a do końca sezonu dobije pewnie do 4000.

Dyrektor: Ładnie. Ale ja bym uważał. Popatrz, jak mu spada efektywność po 75. minucie. W każdym meczu prawie. Ponad 30 procent! A przecież fizycznie ich naładować to oni umieją... Przy twoim tempie gry spuchnie jeszcze szybciej.

Trener: Masz rację. Nie będę marnował jednej zmiany w każdej kolejce na bocznego obrońcę. To co, upierasz się przy Pękalskim? Indeks nieźle, prawie 3700, ale wrzuć kryterium klasy przeciwnika. O mistrza to z nim nie pogramy, rządzi tylko w meczach z leszczami. Wtedy nawet tysiąc wyrabia. Zapomnij o Lidze Mistrzów. Wyżej Pucharu UEFA to on nie podskoczy.

Dyrektor: Dlatego kupiłbym go do rotacji, na słabych. Na mocnych mam tu jeden wynalazek. Jeszcze nieodkryty. Rzuć okiem, jakie robi postępy. W zeszłym sezonie potrzebował na przyjęcie i podanie średnio 3,8 s. Teraz zszedł do 3,4 s!

Niezachwianej pewności, że podobne dyskusje wkrótce staną się zwyczajowe, nabrałem tydzień temu w Reading pod Londynem. Byliśmy w Technology Centre firmy Castrol, które postanowiło stworzyć najdoskonalsze pośród istniejących narzędzie do analizy meczu.

Castrol Performance Index oparty na technologii używanej dotąd w lotnictwie będzie używany przez UEFA podczas mistrzostw Europy. Jego cel - zredukować do ciągu cyfr wydarzenia z każdej kępy trawy, każdą sekundę gry, każde dotknięcie piłki. Proste obliczanie procentu celnych podań czy mierzenie dystansu pokonanego przez zawodnika to już przeżytek.

Wszystkich szczegółów nie poznałem, zresztą bym ich tutaj nie pomieścił, dlatego podam jedno kryterium oceny indywidualnego występu - świetnie oddającego, na jak głęboki poziom analizy schodzimy. Otóż CPI dzieli boisko na sektory i każdemu przypisuje współczynnik prawdopodobieństwa, że drużyna budująca akcję strzeli gola, jeśli posiada piłkę w tym właśnie sektorze. Następnie wartościuje wszystkie zachowania gracza - jeśli dzięki jego odbiorowi, podaniu czy dryblingowi rośnie/maleje szansa na bramkę, to można ten wzrost/spadek podać w liczbach. A po ostatnim gwizdku liczby zsumować.

Wnioski zależą od inteligencji i pomysłowości trenera. Można zaobserwować, w jakich okolicznościach X radzi sobie najlepiej i najgorzej, kiedy drużyna wpada w kryzys, można wyrysować akcje dla drużyny najbardziej wydajne.



Zirytowanych przeobrażaniem pięknego sportu w teoretyczną papkę przepraszam, ale do żadnych nadużyć się nie uciekam - najwybitniejsi fachowcy traktują rzecz śmiertelnie serio. W Reading spotkałem Arsene'a Wengera, który jako ambasador Castrola jest twarzą przedsięwzięcia. W laboratoryjnym kitlu i laboratoryjnych goglach Francuz niczym nie różnił się od jajogłowych twórców systemu, którzy oprowadzali nas po ośrodku. Wreszcie zobaczyłem na własne oczy, co oznacza przypinana trenerskim gigantom łatka szalonych naukowców traktujących futbol jako dyscyplinę całkowicie wymierną.

Trener Arsenalu obsesji na punkcie statystyk nigdy nie ukrywał, ale do niedawna akurat piłkę nożną opisywały one według szokująco - w porównaniu z innymi grami - ubogich kryteriów. Teraz i tu nadchodzi rewolucja. Objaśniający jej sens Wenger mówił, że budząc się rano po meczu, nie chce polegać wyłącznie na wrażeniach, lecz mieć absolutną pewność, co działo się na boisku. A jeśli klasowy piłkarz potrzebuje - zdaniem Francuza - od 2,5 do 3,1 s na sekwencję: opanowanie piłki - podjęcie decyzji - podanie, to żaden szkoleniowiec nie uchwyci gołym okiem, czy X nie działa zbyt ospale, czyli przez 3,2 s. Nawiasem mówiąc, niewiarę Wengera we własne zdolności obserwacyjne łatwo zrozumieć, bo z konferencji prasowych wiemy, że przez ponad dekadę w Arsenalu nigdy nie zdołał zauważyć incydentu, po którym jego piłkarz zasłużenie wylatywał z boiska z czerwoną kartką.

Francuz tłumaczył, jak dzięki programowi podnieść jakość gry drużyny, ale niewykluczone, że bezcenny okaże się on również na rynku transferowym. Wyobraź sobie, że prowadzisz średni angielski klub. Budżet masz lichy, z trudem uciułałeś kasę na jeden skromny zakup. Odróżniasz Cristiano Ronaldo od Johna Terry'ego, zdajesz sobie sprawę z klasy Fernando Torresa, lecz nawet gęsta sieć tzw. skautów, czyli poławiaczy talentów, nie wystarcza, by mieć np. pełen przegląd wszystkich prawych obrońców w kilkunastu najważniejszych ligach brytyjskich. Gdyby zatem w przyszłości objąć wszystkie boiska elektronicznym Wielkim Bratem wyposażonym w analityczny mikroskop, trenerzy dostaliby fantastyczne narzędzie. Niegwarantujące wyłącznie trafnych decyzji, ale niezwykle pomocne.



Wszystko to brzmi jak przepowiednie o nieuchronności ostatecznej dehumanizacji futbolu, ale w rzeczywistości nie jest aż tak groźne. Po boiskach wciąż biegają homo sapiens i żaden cud techniki nie przewidzi, jak piłkarz zareaguje, gdy zdechnie jego ulubiony kanarek, albo jak zniesie specyficzny styl bycia nowego trenera. Dlatego powtórzmy: gwarancji idealnego transferu nie będzie nigdy.

Kluby jednak będą do doskonałości dążyć. Bogate, często notowane na giełdzie - by chybionymi transferami nie czynić biznesu mniej przewidywalnym. A biedne także dlatego, że przepaść między nimi a potentatami się powiększa, więc trzeba się chwytać wszystkich możliwych brzytew. Trenerzy coraz chętniej przyznają się np. do korzystania z gigantycznych baz danych komputerowych gier w typie "Football Managera" i "Championship Managera", czyli symulatorów zarządzania klubem, które zbiorem liczb opisują - bazując na opiniach researcherów - umiejętności setek tysięcy piłkarzy ze wszystkich kontynentów. Najsłynniejszy spośród nich to Gordon Strachan z Celticu Glasgow. Kiedy jeszcze pracował w Southampton, "CM" wpłynął na jego decyzję o pozyskaniu Agustina Delgado. Ale ekwadorski napastnik - znów uspokajam przerażonych wizją bezdusznej przyszłości - okazał się kompletnym niewypałem, choć drużynie Janasa na mundialu gola strzelił. (W Polsce fanem gry był Jerzy Engel, choć nigdy nie wspominał, by kupował piłkarzy sprawdzonych wyłącznie wirtualnie).



Udoskonalanie programów do analizy gry i rozszerzanie baz danych da nam możliwości, których dziś nawet sobie nie wyobrażamy. Załóżmy, że po ziemskich boiskach biega 150 milionów piłkarzy w wieku, że się brzydko wyrażę, produkcyjnym. Rzucam liczbę przybliżoną, statystyk totalnych nikt nie prowadzi. Ilu z nich największy stachanowiec wśród trenerów jest w stanie zobaczyć na własne oczy? Ile lig może przefiltrować zastęp skautów? Ilu całkiem zdolnych - choć nieboskich pomazańców w typie Ronaldinho - nigdy nie dostanie przyzwoitej, dobrze płatnej pracy w solidnej firmie europejskiej? Czasem przegrywając z beztalenciami promowanymi przez obrotnych menedżerów?

Może ktoś kiedyś wpadnie na pomysł, by stworzyć bazę danych globalną. Oczywiście nikt nie podejmie decyzji na podstawie jakiejś tam listy, choćby rekomendowały ją najznamienitsze futbolowe autorytety. Jeśli jednak prezes zechce wysłać do Azji jednego człowieka, by wyszukał młodego defensywnego pomocnika, który jest do wzięcia za darmo, wstępna selekcja może mu się przydać. No bo gdzie lecieć, nie wiedząc, że czy więcej zdolniachów biega po boiskach Laosu czy jednak Bangladeszu?