Sport.pl

The Holy Golie Boruc - korespondencja Sport.pl z Glasgow

To Massimo Donati w ostatniej chwili strzelił gola, dzięki któremu Celtic jest o krok od awansu do 1/8 finału Ligi Mistrzów. Ale połowa Glasgow i trybuny stadionu Parkhead mają innego bohatera. Artura Boruca.
Zobacz jak wygląda prawdziwe kibicowanie na blogu Michała Szadkowskiego

Gdy Donati w 92. minucie strzelił Szachtarowi zwycięskiego gola, Celtic Park eksplodował. Wiemy, że brzmi to śmiesznie i banalnie, ale tak było. Ludzie skakali, rzucali się w ramiona i darli wniebogłosy. Młodzi, starzy i jeszcze starsi, kobiety i mężczyźni, w loży dla VIP-ów i w sektorach najzagorzalszych szalikowców.

Donati, włoski rezerwowy, rzucił koszulkę kibicom, wzbudzając aplauz. Ale do ekstazy doprowadził fanów Artur Boruc, który zerwał z siebie bramkarską bluzę i chciał ją podrzeć na kawałki, by każdemu coś się dostało.

Donati był w środę gwiazdą jednego meczu. Boruc już jest legendą klubu.

- To wasz człowiek, ale nasz bohater - mówił wzruszony Dann z sąsiadującej z naszymi miejscami trybuny honorowej. Wyjął z kieszeni różaniec i przeżegnał się. Kiedy zaczęliśmy pytać o Boruca, z uznaniem zdjął czapkę i obsypał Polaka komplementami. Dann wie, co mówi, na mecze Celticu chodzi od 60 lat.

The Holy Goalie

Wysiedliśmy z pociągu tuż po 14 i szliśmy powoli z centrum Glasgow w kierunku stadionu Celticu. Ludzie ubrani w biało-zielone barwy wynurzali się niemal z każdej bocznej ulicy, każdej bramy, każdego bez wyjątku pubu, gdzie wyjątkowo uznanie dla Boruca przegrywało z miłością do szklanki Guinnessa. Niejednej szklanki.

- Jesteście z Ukrainy? Szalik z podobizną Boruca pięć funtów sztuka - zagadał do nas Jack.

- Z Polski? Naprawdę? To sorry, jeden szalik z Borucem gratis.

Na wystawach sklepów znów polski bramkarz. Tym razem na fladze w barwach Irlandii, nr 1 i odwołanie do papieża Polaka: "Artur Boruc - The Pope's Goalie" [na stronie internetowej kibiców Celticu jest wzmianka, że Jan Paweł II w młodości też stał na bramce]. Parę kroków dalej flaga Celticu, na fladze Boruc z Maciejem Żurawskim i napis "Celtski".

Pod samym stadionem z dumą rozwieszony szalik z Borucem i informacją o jego "bohaterskim czynie" na Ibrox Park, stadionie znienawidzonych Rangersów, na którym Polak przeżegnał się, rozwścieczając protestanckich fanów gospodarzy.

Zobaczymy, co będzie za tydzień

- Naprawdę mają mnie za bohatera? - Boruc po swojemu zdziwił się. - To fajnie. Chcę zdobyć uznanie kibiców przede wszystkim grą. Ale tego, co zrobiłem, nie żałuję w ogóle.

Boruc jest idolem Parkhead, nawet jeśli nie on prowadzi zespół do triumfu. W środę z Szachtarem, choć ledwie dwa razy musiał poważnie interweniować, był najpewniejszym zawodnikiem mistrza Szkocji. Zupełnie inaczej niż Tomasz Kuszczak w bramce Manchesteru United we wtorkowym meczu ze Sportingiem. To Boruc kieruje obrońcami, a nie oni nim. Pewnie wychodzi z bramki, wprowadza piłkę do gry tak, że korzysta jego zespół, a nie rywal. Nawet jeśli rzadko puści głupiego gola, natychmiast się po nim podnosi, czym rozgrzewa trybuny jeszcze bardziej.

Jakże inna jest sytuacja Macieja Żurawskiego. Kiedy zapytaliśmy Dana o polskiego napastnika, który długo rozgrzewał się za bramką, tylko skrzywił się gorzko i pokręcił głową: - Nie wejdzie dziś na boisko, niedługo w ogóle go tu nie będzie, zobaczycie.

Dzięki środowej wygranej Celtic wyprzedził Szachtara w grupie. By awansować bez oglądania się na wynik meczu Ukraińców z Benficą, musi teraz zremisować na San Siro z Milanem.

To jak będzie za tydzień? - zapytaliśmy Boruca.

- A co będzie za tydzień? - zdziwił się.

Gracie z Milanem.

- Gramy za dwa tygodnie.

- Na pewno za tydzień - przekonywaliśmy.

- No, to za tydzień zobaczymy, jak będzie.

Jeśli polski bramkarz zatrzyma słynny Milan, Celtic po raz drugi z rzędu zagra wśród 16 najlepszych drużyn Europy. Ale po sezonie powinien pomyśleć o zmianie klubu na jeszcze lepszy. Za to, co zrobił dla Celticu, i tak usłyszy na pożegnanie "You will never walk alone". Z całym szacunkiem dla kibiców Liverpoolu, nikt tak tego nie śpiewa jak 60 tys. ludzi na Parkhead w Glasgow...