Sport.pl

Fruwając pod koszem: Show me the money

Chcesz wiedzieć, co czeka twój ulubiony klub NBA? Zajrzyj do portfela jego właściciela.
Jeśli nie jesteście w stanie pojąć, dlaczego - pomimo tylu absurdalnych decyzji - New York Knicks wciąż zatrudniają Isiaha Thomasa, to odpowiedź brzmi: bo ich na to stać. Owszem, przez dwa ostatnie lata za sprawą rozdętego budżetu płac mieli kolosalne straty (po 40 mln dolarów rocznie), ale bez trudu mogą znów stać się dochodowi. I, jak ocenia magazyn "Forbes", który przekopał się przez sprawozdania finansowe wszystkich drużyn ligi, z wartością rynkową szacowaną na ponad 600 mln dolarów są wciąż numerem jeden w NBA.

Co innego takie na przykład Milwaukee (wartość według Forbesa: 264 mln dolarów). Na prowincji ceny biletów są niższe, nie ma gwiazd łasych na drogie miejsca w pierwszych rzędach, lokalne kablówki za prawa do transmisji płacą mizernie. W ciągu ostatnich lat Bucks stracili ponad 60 mln dolarów i naprawdę muszą liczyć się z każdym groszem.

Jeśli więc zastanawiacie się, czemu Milwaukee w drafcie wzięło Chińczyka Yi Jianliana pomimo jego zawziętych protestów, to odpowiedź też jest dość prosta: 200 mln fanów NBA w Chinach nie zaszkodzi. Sporo amatorów na koszulki z logotypem Bucks, może jakiś kontrakcik sponsorski się trafi, może jakieś tournée?

Marzeniem każdego właściciela NBA jest godzić ogień z wodą: wygrywać - i zarabiać. A próbują tego na różne sposoby.

Strategia agresywna, czyli: hulaj dusza, hulaj

Pojawia się zwykle wraz ze zmianą właściciela. Nowy, pełen energii i pomysłów, zazwyczaj miliarder (przykłady: Mark Cuban w Dallas, bracia Maloof w Sacramento, Dan Gilbert w Cleveland) zaczyna dziarsko odkurzać biznes. Remontuje halę, buduje wypasione loże dla kolegów z biznesu, podpisuje nowe kontrakty ze sponsorami, zwiększa wydatki na marketing. Nie szczędzi grosza, by wzmocnić zespół, i by umilić życie swym milusińskim. Hojnie rozdaje podwyżki, zamawia nowy klubowy odrzutowiec, plazmy w szatniach, fotele z wodotryskami w gabinecie odnowy, sprowadza guru fitness i modnego szefa kuchni.

Zapyziały biznes zaczyna żyć, klub znów staje się modny, wpływy rosną (Mavs od 2000 roku zwiększyli przychody z 60 do 140 mln dolarów). Co prawda straty też, ale właściciel miliarder raduje się każdym zwycięstwem i jakieś marne kilkadziesiąt milionów dolarów nie popsuje mu zabawy.

Ale jest kłopot: co innego dokładać do interesu, gdy drużyna wygrywa i jest oczkiem w głowie całego miasta. Ale gdy wyników nie ma, lub co gorsza, gdy przepłacone gwiazdy okazują się, jak choćby w Portland, menelami rozrabiającymi w nocnych klubach - entuzjazm ustępuje miejsca frustracji. Miliarder dobroczyńca staje się nagle "biznesmenem krwiopijcą", skarbonka się kurczy, nadchodzą chude lata.

Strategia blue chips, czyli: kupujemy gwiazdę i sprzedajemy koszulki

O kasę można też zadbać inaczej: ściągając supergwiazdę. To zawsze zwiększa wpływy. Szczęśliwy draft w 2003 zamienił zapyziałych Cleveland Cavaliers w jedną z najmodniejszych drużyn ligi; transfer Shaqa do Miami dał Heat natychmiast ponad 20-procentowy wzrost przychodów.

Ale i ta strategia ma skutki uboczne. Czemu Lakers nie pójdą na rękę Kobe Bryantowi, sprzedając go gdzieś, gdzie mógłby powalczyć o mistrzostwo? Bo im się to nie opłaca: mają najwyższe w NBA ceny biletów (przeciętna ponad 100 dolarów), krzesełka w pierwszym rzędzie kosztują ponad 2000 dolarów (kto by się tym przejmował, panie Nicholson?) - za Kobego można zacisnąć zęby i zapłacić - a nuż się trafi jakiś dzień konia i występ na poziomie 50-60, a nawet 80 punktów? Na płacenie za popisy Chrisa Mihma, Andrew Bynuma i Luka Waltona chętni mogliby się nie znaleźć.

Strategia zrównoważona, czyli są granice, których przekraczać nie wolno

Najwięcej drużyn w NBA hołduje jednak zasadzie: zwycięstwa, owszem, są ważne, ale nie traćmy głowy - dywidenda też.

Dlatego Phoenix Suns, zamiast się wzmacniać przed emeryturą Steve'a Nasha, sprzedają za bezcen Kurta Thomasa i pozbywają się wyborów w drafcie. Dlatego Pistons, z żalem, ale bez wahania, godzą się na odejście Bena Wallace'a, a wcześniej Memo Okura i Darko Milicicia. Dlatego Dallas Mavericks po początkowych szaleństwach Cubana zmądrzeli i zaczęli wydawać pieniądze rozważniej, czasami - jak się później okazuje - nawet zbyt rozważnie (odejście Nasha).

Ta strategia, jak żadna inna, wymaga koszykarskich tęgich głów. Pozwala sięgnąć po mistrzowskie tytuły (trzykrotnie San Antonio Spurs, raz Detroit Pistons), ale znacznie częściej - utonąć w przeciętności. Gdy drużyna jest słaba i bezbarwna, ludzie przestają przychodzić na mecze, a wtedy coraz trudniej jest związać koniec z końcem. Co w skrajnym przypadku (Vancouver) skutkuje wyprowadzką do innego lokum.

Strategia bezpieczna, czyli doimy krowę i (cytując klasyka) golimy frajerów

Jest też kilku właścicieli, których priorytety są jasne: NBA jest po to, by na nim zarabiać. A najłatwiej zarobić, niewiele wydając. Przez dwie dekady numerem jeden w tej grupie był właściciel LA Clippers, Donald Sterling - który nigdy, ale to nigdy, nie dawał swym graczom wysokich kontraktów. Na stare lata jednak Donaldowi znudziło się bycie pośmiewiskiem i zaczął płacić. Pozycję sknerusa numer 1 niepostrzeżenie przejął po nim właściciel Chicago Bulls Jerry Reinsdorf.

Po odejściu Michaela Jordana (właśnie mija 10 lat) "Byki" przez lata "odbudowywały się" - przegrywając na potęgę, zatrudniając kolejnych młodzików i płacąc im grosze. Jak już trzeba było młodzikowi zapłacić (Jamal Crawford, Eddy Curry, Tyson Chandler), to się go sprzedawało. Kibice wspominali Jordana i cierpliwie czekali. A spuścizna MJ-a - kontrakty reklamowe, świetna marka - procentowała. Przez ostatnie lata zyski Bulls wynosiły przeciętnie 46 mln dolarów rocznie (średnia w NBA to ok. 7 mln).

Taka strategia, najbardziej efektywna z wymienionych, ma tylko jedną wadę: do jej skutecznego wdrożenia potrzebny jest Michael Jordan.

Największe zyski i straty w 2007

drużynazyskoperacyjny (mln $)
1. Chicago Bulls59,3
2. Detroit Pistons39,2
3. Phoenix Suns37,3
4. Cleveland Cavaliers31,9
5. LA Lakers31,8
(...) 
27. Memphis Grizzlies-10,9
28. Portland Trailblazers-25,1
29. New York Knicks-42,2
Więcej: Forbes.com

Kronika towarzyska

Trener Rick Adelman, który przez 8 lat trenował Kings, powrócił do Sacramento, tym razem w roli trenera Houston. Władze Kings nie pozwoliły swojej ekipie telewizyjnej przeprowadzić wywiadu z Adelmanem, zabroniono też wspominać jego sukcesów w klubie czy w ogóle o nim mówić. Kibice uczcili Adelmana owacją na stojąco, której w telewizji też nie pokazali.

Robert Horry, który w listopadzie pauzował ze względu na problemy rodzinne, powrócił na mecz z Portland. Grał sześć minut, zaliczył dwa bloki, nie trafił jedynego rzutu a po meczu powiedział: - Średnio zaliczam dwa bloki i rzucam ze skutecznością 0 proc. Możecie na mnie mówić Ben Wallace.

LeBron James zwichnął palec lewej ręki i opuścił z tego powodu sześć meczów. Cavs przegrali wszystkie. Jeśli ktoś się zastanawiał, ile warta jest drużyna Cleveland bez Jamesa, to już wie.

34-letni Jason Kidd rozgrywa znakomity sezon, ale władze New Jersey oznajmiły, że i tak nie przedłużą mu kontraktu. Kidd przed meczem z Knicks zadzwonił do trenera i poinformował, że na meczu się nie pojawi, bo go głowa boli. To pierwsza taka migrena w 13-letniej karierze Kidda, ale oczywiście nie należy się doszukiwać żadnego drugiego dna.

Philadelphia 76ers zwolnili menedżera Billy Kinga, człowieka, który tak obrzydził potencjalnym nabywcom Allena Iversona, że nie udało się go potem dobrze sprzedać. Iverson tak to skomentował: - To okropne, kiedy ktoś traci pracę, zwłaszcza gdy ten ktoś ma rodzinę. Życzę mu wszystkiego najlepszego. Po czym rozegrał trzy najlepsze mecze od przyjścia do Denver Nuggets. Ale drugiego dna pewnie nie ma i tutaj.

Właściciel Knicks James Dolan przez pięć meczów bojkotował mecze swojej drużyny. Wrócił na mecz ze słabiutką Philadelphią. Knicks przegrali różnicą prawie 30 punktów, Sixers pierwszy raz w tym sezonie wygrali dwa razy z rzędu. Mieli szczęście, że układający terminarz dwa razy z rzędu ustawili im mecze z Knicks.

Tako rzecze Shaq

- Gdybym oddawał 20 rzutów na mecz i trafiał tylko dwa - moglibyście mówić, że moje statystyki są gorsze. Ale wciąż trafiam 60-65 proc. rzutów z gry. Muszą znaleźć sposób, żeby częściej mi podawać. A Miami Heat przegrali piąty mecz z rzędu.

Niezłe numery

Marcus Camby z Denver w meczu z Lakers zaliczył 20 zbiórek i 0 punktów. Ostatnim, który regularnie miewał takie występy był Dennis Rodman - siedem meczów w latach 1993-97, raz nawet miał 28 zbiórek bez punktów. A w ciągu ostatnich dziesięciu lat przytrafiło się to tylko Reggiemu Evansowi.

Ciekawostki

Richard Jefferson wyprzedził Kerry Kittlesa i awansował na drugie miejsce na liście najlepszych strzelców w historii New Jersey Nets. Numerem 1 pozostaje Buck Williams.

Boston, Orlando, San Antonio i Phoenix mają szansę wygrać 20 z pierwszych 25 meczów. Ostatni raz aż czterem klubom udało się to w 1966 roku. Ciekawe, prawda?

Złota myśl

- Wszyscy uważają, że już nie ma mamy szans. Ale spójrzcie na tabelę Konferencji Wschodniej, każda drużyna ma już na koncie po 11-12-13 porażek - Isiah Thomas. Spojrzeliśmy. Taki np. Boston ma dwie porażki.

Zajrzyj na blog autorów