Sport.pl

Perpetuum mobile futbolu

Alberto Tomba, legenda narciarstwa alpejskiego, nie przepada za piłką nożną i ogląda ją od przypadku do przypadku. Wyjątek robi dla uznanego właśnie za najlepszego gracza na świecie Kaki, dostrzegając w nim niekiedy samego siebie.
Kiedy Włoch szusował po stoku, ponoć wyobrażał sobie zatknięte na slalomowych tyczkach twarze przeciwników. I to przeciwników mijał. Dziś brazylijski gwiazdor, kiedy mknie po boisku, spogląda na rywali, już rzeczywistych, i traktuje ich jak nieruchome tyczki.

Tomba opisuje ogólne wrażenia, Daniele Tognaccini - odpowiedzialny w Milanie za przygotowanie atletyczne, pracujący na ukrytym przed światem kosmicznym sprzęcie MilanLabu - analizuje detale. Jego zdaniem balanse ciała Kaki istotnie pozwoliłyby mu kolekcjonować medale w konkurencjach alpejskich, bo przypominają ruchy wybitnych narciarzy, którzy kierują się najświętszą zasadą: im bliżej mijanych tyczek będę przesuwał narty, tym szybciej dotrę do mety. By osiągnąć perfekcję, potrzeba pracy, ale i podarunku od losu - zdolności manipulowania kolanami niezależnie od tułowia.

Kakę natura obdarowała hojnie, jego korpus pozostaje w trakcie dryblingów niemal nieruchomy, nie zakłócając płynności biegu. Swobodnie też - i błyskawicznie - Brazylijczyk wyhamowuje, nawet będąc w fazie sprintu, co dla piłkarzy lubujących się w kilkudziesięciometrowych rajdach również bywa zaletą bezcenną, pozwalając na nagłe i ostre zmiany kierunku. W Milanie żartują np., że Serginho jest szybszy, ale nie powinien zanadto się rozpędzać, bo do dziś, choć dobiega schyłku kariery, nie opanował biegle sztuki hamowania.

Unikalne predyspozycje idola z San Siro sprawiają, że wielbiciele zwracają zazwyczaj uwagę na elegancję i oszczędność jego ruchów, wachlując tymi samymi epitetami, którymi inni opiewają Kakę przechadzającego się po wybiegu w spodniach od Armaniego. I zupełnie odmiennymi od przypisywanych jednemu z najtrwalszych futbolowych archetypów - archetypowi boiskowego geniusza z Brazylii. Klasyczny półbóg znad Amazonki preferuje styl gry daleki od powściągliwości, prawie zawsze kunsztownie udekorowany, niekiedy, w przypadkach ekstremalnych, barokowo rozpasany. Kaka tymczasem nawet drybluje dyskretnie, nie epatując wywijaniem stopą nad piłką. I na boisku, i poza nim zachowuje się, jakby chciał ów brazylijski mit nieodwracalnie zdemontować.

Wywodzi się z klasy średniej, mama jest nauczycielką matematyki, a ojciec inżynierem, chodził do prywatnych szkół. Znaczy nie każdy brazylijski gwiazdor w dzieciństwie nie dojada, nie każdy zaczyna od kopania piłki bosą stopą, nie każdy dorasta w fawelach?

Interesuje się Kaka historią sztuki, chodzi do teatru, kiedy przyjechał do Mediolanu, wyglądał w okularach trochę jak dorosły Harry Potter, a trochę jak subtelny intelektualista. Znaczy nie każdy brazylijski gwiazdor musi być kulturalnym abnegatem w typie Ronaldo, który zeznawał, że owszem, zaczął pewnego wieczoru czytać książkę, ale rozbolała go głowa, więc przestał?

Ożenił się Kaka z córką przyjaciół rodziców, którą zna od głębokiego dzieciństwa, i do nocy poślubnej oboje - o czym chętnie mówili - seksem się nie interesowali. Znaczy nie każdy brazylijski gwiazdor musi słynąć z erotycznych podbojów i nie o każdym muszą tabloidom opowiadać - z zachwytem dla goli strzelanych przez niego niekoniecznie na boisku - modelki ze wszystkich stron świata?

Prowadzi się Kaka nienagannie, od zawsze był prymusem i najgrzeczniejszym chłopcem pod słońcem, nikt nigdy nie nakrył go nad ranem w dyskotece, jego ulubioną lekturą jest Biblia, po zakończeniu kariery chce przeprowadzić się do Nowego Jorku i zostać pastorem. Znaczy nie każdy brazylijski gwiazdor stawia na hulaszczą zabawę do bladego świtu, niekoniecznie tylko taneczną, za to podlewaną wysokoprocentowymi drinkami?

Inność Brazylijczyka widać jednak przede wszystkim na boisku. Mówią, że w sposobie gry łączy tradycję z nowoczesnością, latynoską wenę wygładzają u niego europejski pragmatyzm, zdyscyplinowanie i poszanowanie dla pracy zespołowej, od natury dostał nie tylko zdolność perfekcyjnej kontroli nad własnym ciałem, ale i inteligencję pozwalającą mu daru nie zmarnować. Gdy dopada piłki, koniecznie bardzo daleko od bramki przeciwnika, początkowe 30 metrów pokonuje w 3,7 s, czyli ledwie dwie setne wolniej niż czołowi sprinterzy. I już do końca zrywu przyspiesza, rozpędza się z każdym metrem, co również czyni go osobliwością pośród piłkarzy.

Kiedy przemierzy połowę boiska, a stadionowy zegar wybija 90. minutę, wciąż wypada nam oczekiwać strzału mierzonego, precyzyjnego, mocnego. Kaka nigdy nie finiszuje na wpół omdlały i na miękkich nogach, bowiem - by jeszcze raz przywołać opowiadającego o nim jak o zjawisku nadprzyrodzonym Tognacciniego - jego mięśnie napędza niebywale wysoka tolerancja na kwas mlekowy, a wysiłek dodatkowo je pobudza. Dzięki czemu szybkość sprintera łączy Kaka z wytrzymałością długodystansowca. Dla magików od przygotowania atletycznego jest niemal tym, czym perpetuum mobile dla fizyków utopistów - ziszczeniem się projektu podważającego kanoniczne odkrycia nauki, wynalazkiem skończonym i doskonałym, absolutnym spełnieniem.

Bywa lider Milanu i typowym Brazylijczykiem. Jak niemal wszyscy sławni dzięki piłce rodacy manifestuje żarliwą religijność (i on akurat nie razi hipokryzją, uwiarygadniając własne słowa wyciszonym życiem prywatnym), jak wszyscy co rusz zaprasza do Europy cały rodzinny klan. I chętnie wozi bliskich po kontynencie - na mecz Ligi Mistrzów z Szachtarem do Doniecka zabrał, mimo śniegów i mrozów, nawet babcię.

To właśnie bliżsi i dalsi krewni powodują, że spadkobiercy Pelego zapracowali w swej masie na reputację nielojalnych, nad wyraz chętnie zmieniających kluby w pościgu za atrakcyjnymi kontraktami. Brazylijczycy uwielbiają kopać piłkę, ale w wielkiej karierze widzą ponad wszystko drogę do wyrwania z nędzy nie tyle siebie, co całej rodziny. Z niedługiego okresu grania na najwyższym poziomie chcą wycisnąć, ile się da, nawet kosztem wędrówek po Europie i wysłuchiwania kibicowskich złorzeczeń o zdradzie. Wystarczy przypomnieć najsławniejszych w ostatnich latach poprzedników Kaki. Ronaldo bez skrupułów zostawił kiedyś prezesa Massimo Morattiego, który w ciężkich czasach traktował go jak syna, i jest chyba jedynym piłkarzem z przeszłością w Barcelonie, Realu Madryt, Interze i Milanie. A Ronaldinho zręcznie manewrował między Manchesterem United i Realem Madryt, by wymościć sobie mięciutkie lądowanie na czerwieńszym od canneńskiego dywanie w Barcelonie. Gdzie zresztą konsekwentnie wyszarpywał kolejne podwyżki.

Kaka nie przyleciał ze slumsów, ale też ma głowę do interesów. Co sezon wynegocjowuje dorodniejszy kontrakt* z Milanem, a spekulacje wokół transferu do ligi hiszpańskiej wprawnie podsyca niedookreślonymi półsłówkami. Ma gadane, zdaniem wielu świetnie by się sprawdził w roli rzecznika prasowego, choć czasem się zagalopowuje - kiedy po chuligańskich zadymach wokół włoskich stadionów przestrzegał, że wkrótce z Serie A uciekną wszystkie gwiazdy, cały kraj odebrał jego deklarację jako kolejny sygnał dla szefów Milanu, by planując budżet płacowy, pamiętali, iż tylko jego, Kakę, chciałoby zatrudnić każde futbolowe supermocarstwo.

I gdyby pewnego dnia opuścił Mediolan, zyskałby wreszcie ludzkie cechy. Kibic, który pośród cnót najwyżej ceni sobie bezwarunkową wierność, przekonałby się, że nawet prymus z Sao Paulo nosi jednak w sobie jakąś skazę.

*Z ostatniej chwili: japońska prasa właśnie podała, że przebywający z klubem w Tokio Kaka przekonał działaczy, by podnieśli mu gażę z sześciu do dziewięciu milionów euro netto rocznie.