Sport.pl

Zawracanie Tamizy kijem

Kobiety z całej Europy, od klasycznej włoskiej mammy po bohaterki tabloidów finansujące londyńskie butiki, przeżyją wstrząs... - o objęciu funkcji trenera reprezentacji Anglii przez Fabia Capella pisze Rafał Stec
Moje spokojne dni się skończyły - stwierdziła przytomnie mama Fabia Capella, gdy syn podpisał cyrograf z angielską federacją piłkarską, zobowiązując się do wydźwignięcia z dna reprezentacji kraju uchodzącego za ojczyznę futbolu.

Ona poczuła niepokój, żony/kochanki piłkarzy czeka czołowe zderzenie z niereformowalnym samcem, który nigdy nie przegrał. Na razie nie wiadomo, jak restrykcyjnie ograniczy ich swobodę ubierania, ale analiza jego dotychczasowych dokonań nakazuje się bać. W zaleceniach dotyczących garderoby wnoszonej na stadion bywa restrykcyjny, partnerkom gwiazdorów, których trenował, nie pozwalał nawet na wybujałe dekolty, by gwiazdorów nie rozpraszać.

A przecież teraz Capello zmierzy się z najsłynniejszymi przedstawicielkami gatunku, osławionymi WAG's ("Wives and Girlfriends of the England National Team"). Delikwentkami, dla których rezygnacja z nagości pół milimetra powyżej sutka może okazać się represją nie do zniesienia. Słowem, kobiety z całej Europy, od klasycznej włoskiej mammy po bohaterki tabloidów finansujące londyńskie butiki, przeżyją wstrząs.

W ogóle cała Anglia jest wstrząśnięta. Tamtejsi trenerzy zawyli, bo federację poprowadzi obcy przybłęda (skąd my to znamy?), dziennikarze wypominają, że zarobi rekordowe 4,8 mln funtów rocznie (skąd my to znamy?). Ponoć właśnie ze względu na histeryczną namolność prasy kilka lat temu ofertę wyspiarzy odrzucił Luiz Felipe Scolari - jeszcze selekcjonerem nie został, a jego dom w Portugalii już oblegał ciasny kordon koczujących tam dzień i noc dziennikarzy gotowych zjeść go za pierwsze mylne decyzje, których co prawda nie zdążył podjąć, ale przecież na pewno je planował.



Idźmy dalej - zdumieni wyborem Włocha mogą być wszyscy, którzy obserwują, jak konsekwentnie rywalizacja drużyn narodowych jest spychana na peryferie futbolu, a praca z nimi traci - w opinii samych szkoleniowców - na prestiżu. Reprezentacje przejęli młodzi zdolni z nikłym doświadczeniem lub kompletne żółtodzioby. Poprzednikiem Capella był Steve McClaren, który w skromniutkim CV miał jedynie posadę w przeciętnym Middlesborough; mistrzów świata Włochów prowadzi Roberto Donadoni, który ledwie liznął fachu w prowincjonalnych klubikach; Francuzów - fan astrologii Raymond Domenech, który przez ponad dekadę opiekował się kadrą juniorską; Niemców - Joachim Löw, który wcześniej robił karierkę w lidze austriackiej; Holendrów - Marco van Basten, który samodzielnie nie pracował w ogóle; wreszcie kadrą Brazylii kieruje Dunga, który w zawodzie debiutuje.

Nie podaję tu bynajmniej listy trenerskich laików. Od absolwentów reżyserskich szkółek, którym kazano by zaczynać karierę od kosztownej superprodukcji z plejadą aktorskich megagwiazd na planie, różni ich choćby to, że w większości sami byli wybitnymi zawodnikami, więc coś tam jednak wiedzą i głośne nazwiska ich nie onieśmielają. I wielu z nich to doskonali fachowcy lub kandydaci na doskonałych fachowców. Żaden nie należy jednak do elity elit, żaden nie jest żywym trenerskim pomnikiem, który reprezentacyjnym zaszczytem wieńczy długą, przepełnioną sukcesami karierę. Wszyscy giganci - sędziwi weterani czy utytułowane młode wilki - budują potęgę słynnych klubów. Ewentualnie cierpliwie czekają, aż słynny klub zechce ich wynająć. Wolą tymczasowe bezrobocie niż wikłanie się w misję tak niewdzięczną jak wzięcie odpowiedzialności za wyniki drużyny, której porażki dotykają dumę całego narodu (wyjątkiem jest przywoływany Scolari).

Prawdziwy prestiż daje dziś praca w Lidze Mistrzów i najbardziej konkurencyjnych rozgrywkach krajowych. I to nie dlatego, że medale zdobywane przez reprezentacje nie przynoszą chwały. Przynoszą, mundial wciąż pozostaje turniejem nad turniejami. Winien jest raczej system, który rozgrywane co dwa lata mistrzostwa - świata bądź Europy - czyni wyłomem w dość leniwej, niespektakularnej młócce eliminacyjnej.

Gdyby propozycję Anglików przyjął José Mourinho, dobrowolnie skazałby się na banicję z epicentrum współczesnej piłki do czerwca 2010 r., kiedy zacznie się mundial w RPA. Kadra narodowa zbiera się ledwie kilka razy do roku, rozgrywa co najwyżej jeden, dwa hity w sezonie, między którymi odbębnia mało zajmujące nudziarstwa z Andorami i Estoniami. Gwiazdy coraz częściej się od nich wymigują, a w sparingach ostrożnie stąpają po boisku, byle nie zrobić sobie krzywdy i wrócić w zdrowiu do klubów. Czy zmaganie się z podobnymi problemami może być wymarzoną perspektywą dla pełnego wigoru, będącego u szczytu mocy witalnych trenera, którego uzależnienie od futbolu pcha do pracoholizmu w tempie XXI wieku, czyli 24 godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu?



Capello skończył 61 lat, więc niewykluczone, że chciałby czasem odsapnąć. O rozmyślanie nad decyzją o emeryturze lub podjęciu nieciężkiej, pozbawionej presji robótki przedemerytalnej posądzałem go już kilka miesięcy temu, gdy przyznał, że serio zastanawia się, czy nie przyjąć posady w amerykańskiej MLS. Dziś się swych podejrzeń wstydzę, bo Don Fabio podjął się istnej misji niemożliwej.

Zrobić z Anglików mistrzów świata?

Łatwiej byłoby chyba przepłynąć La Manche z plecakiem, w którym upchnęli się wszyscy angielscy dziennikarze i każdy wściekle wrzeszczy ci do ucha, że mizernie wachlujesz ramionami (a na ich plecach wiszą żony i wrzeszczą, że chcą do butiku).

O tak, zostanie Capello wielokrotnie pouczony. Będzie w końcu gościem nacji święcie przekonanej, że pozjadała wszystkie futbolowe rozumy i że cała planeta uznaje za niebywałą sensację każdy turniej, w którym Anglia nie sięga po złoto. Oni sami - wyspiarze - są przecież zszokowani od 41 lat. W całym tym zamieszaniu nie zauważyli nawet, że dawno rozstali się z logiką: z jednej strony sławią ponoć najlepszych na świecie stoperów (Ferdinand, Terry), ponoć najlepszych pomocników (Lampard, Gerrard) i ponoć najlepszych napastników (Rooney), a z drugiej lamentują, że napływ obcokrajowców nie pozwala im wychowywać własnych gwiazd. Chcą nawet ograniczać zagraniczny zaciąg limitami, co w naszych czasach przypominałoby trochę zawracanie Tamizy kijem (już sobie wyobrażam ten nagły odruch miłości do królowej Elżbiety pośród piłkarzy spoza Unii Europejskiej, którzy masowo zamarzyliby o zostaniu jej poddanymi).



Z tych wszystkich powodów Capello zdaje się dziś właściwym facetem na właściwym miejscu. Ze zjawiskiem wokółboiskowego gwiazdorstwa borykał się przez całą trenerską karierę, bo nigdy nie pracował w klubie małym lub średnim. Jeśli zdołał posprzątać w szatni Realu Madryt po orgii ery galaktycznej, sięgając przy okazji po mistrzostwo Hiszpanii, to ma też szansę dać sobie radę z angielskimi bożyszczami.

Nade wszystko jest jednak Capello arcymistrzem wygrywania. Sukcesy odnosił w Milanie, Romie, Juventusie i wspomnianym Realu, czyli wszędzie, gdzie próbował. Skłonni do przesady wyspiarze wreszcie będą mieli rację, kiedy wykrzyczą, że mają w kadrze kogoś najlepszego na świecie. Mają. Trenera. Przynajmniej pośród tych, którym chce się pracować z reprezentacją.