Fruwając pod koszem: Wróćmy na jeziora

?Myślę, że mamy lepszy zespół niż przed rokiem. Jeśli będziemy zdrowi, stać nas na ponad 50 zwycięstw. Naprawdę? - mówił przed sezonem właściciel Lakers Jerry Buss. I wszyscy się z niego śmiali. Cóż, 74-letni playboy, deweloper i pokerzysta okazał się lepszym prognostą od ekspertów.
Lato było w Los Angeles upiorne. Lakersi przegrali wyścig o Kevina Garnetta, nie pozyskali żadnej gwiazdy, sfrustrowany Kobe Bryant żądał, by gdzieś go sprzedano. W internecie pojawiło się nagranie z parkingu przed supermarketem, w którym obrażony Kobe krytykuje nieudolność swych kolegów z drużyny i managementu. Powietrze gęste było od plotek o ewentualnym transferze Bryanta.

Tymczasem zamiast dramatu mamy sielankę. Lakers mają bilans 24-11, i są trzecią drużyną na Zachodzie. Wygrali 9 z ostatnich 10 meczów, ostatnich 5 ze średnią przewagą 19 punktów.

Jasne, do play-offów droga jeszcze daleka, sezon NBA nie dobrnął nawet do półmetka. Rok temu Lakers też zaczęli świetnie, a potem dopadły ich kontuzje, z trudem doczłapali się do końca sezonu, po czym bez walki odpadli w pierwszej rundzie play-offów.

Ale dziś to już inni Lakers

W 2006 i 2007 wszystko zależało od Bryanta. W tym sezonie Kobe gra znacznie krócej (36,5 min / mecz, rok temu prawie 41) i dużo mniej rzuca (26,7 pkt na mecz, przed rokiem 31,6 pkt., dwa lata temu - 35,4 pkt). I wreszcie ma z kim grać. Lakers stali się niespodziewanie jedną z najbardziej wyrównanych i najgłębszych drużyn w NBA.

Cichym bohaterem LA jest menedżer klubu Mitch Kupchak. Bezlitośnie krytykowany za to, że przez trzy lata po odejściu Shaqa właściwie nic nie zrobił, nie pozyskał żadnych wzmocnień, a jedyny jego głośny transfer (wymiana Carona Butlera za Kwame Browna) zakończył się katastrofalnie - dziś ma powody do satysfakcji.

Latem podpisał kontrakt z Derekiem Fisherem, który wrócił do Los Angeles z powodu choroby córeczki. Doświadczony Fisher, który zna na pamięć schematy taktyczne Phila Jacksona, nie tylko zapewnił stabilizację na newralgicznej pozycji rozgrywającego. Jest też autorytetem dla młodszych, liderem, duszą zespołu. "Jest darem niebios" - mówią o nim szefowie klubu.

Znajdziemy też w Lakers grupkę młodych walczaków, których Kupchak zatrudnił bez rozgłosu i często wbrew opiniom ekspertów: rozgrywający Jordan Farmar i Javaris Crittenton; niechciany w Orlando skrzydłowy Trevor Ariza; Luke Walton, któremu wypominano, iż nigdy nie dorówna ojcu, Billowi; Ronny Turiaf, który trafił do NBA po poważnej operacji serca. Coby Karl (syn trenera Denver Nuggets), mający za sobą walkę z nowotworem tarczycy. Wszyscy oni mają coś do udowodnienia i wielką motywację.

Ale największym źródłem nadziei dla Lakers jest ich 20-letni center Andrew Bynum - i nie tylko dlatego, że ma 213 cm wzrostu. Gdy Lakersi wybrali go z numerem 10 w drafcie 2005, był najmłodszym graczem w historii NBA. Od początku dobrze się zapowiadał, ale jak to u takich szczawików bywa, na jeden błysk wielkiego talentu przypadały dziesiątki prostych błędów i frustrujących niedojrzałości.

Gdyby to zależało od Kobe Bryanta, Bynuma dawno już by w Los Angeles nie było. Przecież rok temu Lakersi mogli dostać w zamian za niego Jasona Kidda. "Jasona Kidda, człowieku!" - mówił Kobe w niesławnym internetowym nagraniu.

Ale teraz nikt już nie oddałby Bynuma za Kidda. Młody center Lakers ma średnie 13 pkt i 10 zbiórek na mecz i zdaje się dojrzewać z dnia na dzień. "Mam nadzieję, że on się już więcej nie rozwinie" - powiedział trener Phoenix Mike D'Antoni, gdy Bynum w grudniowym meczu miał 28 pkt., 12 zbiórek i bez trudu rozbroił centra Suns Amare Stoudamire'a.

Czy Bynum mógł dorosnąć szybciej? Phil Jackson, zapytany o to przez dziennikarzy, długo milczał, po czym odparł: "Nie".

Lakersi bardzo uważają, by nie zepsuć swej młodej gwiazdki. Dawkują słowa pochwały i komplementy. Przypominają, że liczy się każdy mecz. "Jeśli na koniec sezonu Bynum dostanie tytuł MVP, to owszem, powiemy, że miał świetny rok" - mówi Jackson.

Bo przecież ten sezon nie jest najważniejszy. Wprawdzie potęgi na Zachodzie - Spurs, Suns, Mavericks - zaczynają się chwiać, ale w play-offach niedoświadczeni Lakers jeszcze tym razem zbiorą pewnie cięgi. Liczy się co innego: z najlepszym strzelcem ligi, jednym z najzdolniejszych centrów, najlepszym trenerem, z doświadczeniem Lamara Odoma i Fishera, i grupką młodych zdolnych - Lakers mają plan na najbliższych pięć lat.

Przyszłość jest jasna. Przyszłość jest niebiesko-złota.

Kronika towarzyska

Czterdziestoletni Glen Rice, były mistrz NBA z Los Angeles Lakers, ex-MVP Meczu Gwiazd, znalazł w szafie swojej żony Christine kochanka. Pobił go, zaczął dusić, po czym wywlókł z domu na ulicę. Kochanek ma ranę na czole, założono mu dziewięć szwów. Zawsze myśleliśmy, że takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach.

Jeśli zaś chodzi o Christinę Rice, to kiedy podczas finałów w 2000 roku jej ukochany Glen sporo czasu spędzał na ławce, Christina zaczęła publicznie krytykować trenera Lakers Phila Jacksona. Mówiła wtedy: "Gdybym to ja była na miejscu Glena, zobaczylibyście Latrella Sprewella II" (Sprewell podczas kłótni z trenerem zaczął go dusić). Po ośmiu latach Latrella Sprewella II doświadczył na własnej skórze kochanek pani Rice. Zdjęcie Christiny można zobaczyć na naszym blogu.

Dwight Howard ma synka. W listopadzie na świat przyszedł Braylon Howard, a szczęśliwą mamą jest była cheerleaderka Magic Royce Reed. Bogobojny Dwight przez dwa miesiące utrzymywał narodziny potomka w tajemnicy - pewnie bał się, że wizerunek przykładnego chrześcijanina może trochę ucierpieć.

W meczu Toronto - Cleveland LeBron James rzucił 24 pkt w czwartej kwarcie, poprowadził Cavs do zwycięstwa, a po meczu powiedział, że dostał skrzydeł dzięki naśmiewającym się z niego dwóm kibickom Raptors. Kibickami okazały się: dziewczyna lidera Toronto Chrisa Bosha oraz jego kuzynka.

W grudniowym meczu Atlanta - Miami sędziowie omyłkowo zaliczyli Shaquille'owi O'Nealowi faul popełniony przez Udonisa Haslema, przez co na 51 sek przed końcem Shaq po szóstym przewinieniu musiał opuścić parkiet. Heat złożyli protest, NBA go uwzględniło i w marcu, przed rozpoczęciem kolejnego meczu Hawks - Heat, feralne 51 sekund zostanie dograne raz jeszcze (ostatni raz taka sytuacja miała miejsce w 1982).

Najbardziej absurdalna powtórka końcówki meczu miała miejsce w 1978 roku, kiedy Philadelphia po pięciu miesiącach kończyła mecz z New Jersey. Eric Money, Harvey Catchings i Ralph Simpson zostali wtedy jedynymi koszykarzami w historii NBA, którzy z jednym meczu grali dla obu drużyn - bo w połowie sezonu kluby wymieniły się graczami. Money zdobył wtedy 23 punkty dla New Jersey, a w końcówce - 4 dla Philadelphii. Aby zapobiec takim absurdom, NBA zapowiada, że zawodnicy pozyskani z transferach nie będą mogli w tym meczu wystąpić, podobnie jak zawodnicy, którzy w grudniu byli kontuzjowani. Ciekawe, co zrobią, jeśli w marcu znowu kontuzjowany będzie sprawca całego zamieszania - Shaq.

Ciekawostki

W meczu New Orleans Hornets - Miami Heat trzej rozgrywający Hornets trafili swoje wszystkie rzuty (w sumie 20). Chris Paul zdobył 16 pkt, trafiając 7 rzutów z gry, w tym obie trójki. Bobby Jackson (25 pkt) trafił 9 rzutów z gry, w tym aż siedem razy za trzy (rekord Hornets). Jannero Pargo (9 pkt) nie spudłował ani razu przy 4 próbach. Gratulacje dla strzelców oraz dla rozgrywających Miami (Jason Williams i Chris Quinn), którzy do tego dopuścili.

Center Golden State, Andris Biedrins, trafiał co najmniej 50 proc. rzutów w 35 meczach z rzędu. Ostatni raz taką serię miał Shaq w 2001 roku. Seria zakończyła się w meczu z Memphis - Biedrins trafił tylko 4 z 13 rzutów, ale i tak jest najskuteczniejszym zawodnikiem NBA w tym sezonie (63,8 proc.). Ciekawe, prawda?

Złota myśl

"Kiedy wprowadzamy się do domu, nie myślimy o człowieku, który go wymurował i który nigdy nie będzie miał szansy zamieszkać w pięknym domu, który wybudował" - Isiah Thomas o swojej przyszłości w Knicks. Piękny dom przegrał 9 z ostatnich 10 meczów.