Rok sportowego urodzaju

Agnieszka Radwańska ściga Roberta Kubicę, a nasz sport wreszcie ma szansę dochować się megagwiazd rozpoznawalnych na całej planecie. Ale to nie dzięki nim igrzyska w Pekinie mogą być najbardziej intrygującymi dla polskiego kibica od 30 lat.
Hierarchizowanie sportowców rywalizujących w różnych dyscyplinach bywa, delikatnie mówiąc, ryzykowne, bo precyzyjnych kryteriów porównawczych brakuje i łatwo czyjeś dokonania potraktować niesprawiedliwie. Dlatego z góry zastrzegam: ani myślę roztrząsać co lepsze - ustanowiony na nartach rekord skoczni czy przebijanie się rakietą przez kolejne rundy turnieju wielkoszlemowego.

Pewne wymierne wskaźniki jednak istnieją, a jeden z nich wskazał Wojciech Fibak, który w wywiadzie dla "Gazety" wyróżnił Radwańską i Kubicę jako jedynych polskich sportowców zauważalnych na świecie. Tenis i Formuła 1 oferują spektakl trwający niemal cały rok i na masową wyobraźnię oddziaływają z mocą, o jakiej skoczkom narciarskim czy chodziarzom się nie śniło. Adam Małysz i Robert Korzeniowski - multimedaliści, ikony naszego sportu na początku XXI wieku - zasłużenie osiągnęli status legend, lecz ich blask miał zasięg mimo wszystko lokalny. Skoki uprawia się właściwie wyłącznie w Europie Środkowej i Skandynawii, chodu nie rozgrywa się na największych mityngach, a kiedy nasz mistrz maszerował po złoto olimpijskie w Atenach, jego finisz oglądało z trybun zaledwie kilka osób. Tutaj właśnie pojawia się owo ryzyko zbagatelizowania osiągnięć atletów podziwianych przez cały naród: czy wypada bowiem w ogóle porównywać Kubicę i Radwańską, którzy nie wygrali jeszcze niczego, do Małysza i Korzeniowskiego, którzy wygrali niemal wszystko?

Owszem, wypada. Nawet gdyby nasza najlepsza tenisistka do końca kariery docierała "tylko" do półfinałów wielkoszlemowych turniejów, nawet gdyby nasz najlepszy kierowca dojeżdżał "tylko" do najniższego podium wyścigów Grand Prix. Oboje weszliby do elity elit, najściślejszej czołówki dyscyplin potwornie konkurencyjnych, wyselekcjonowanej spośród dziesiątek milionów ludzi grających w tenisa i ścigających się samochodami. Kubica już właściwie się do niej wdarł - bolidami Formuły 1 jeździ na całym świecie zaledwie kilkadziesiąt osób, biorąc pod uwagę także kierowców rezerwowych.

Z Małyszem i Korzeniowskim jest odwrotnie. Gdyby nie byli atletami zjawiskowymi, absolutnymi przez lata hegemonami w swoich konkurencjach, lecz wybitnymi - znów: "tylko" wybitnymi - zawodnikami i np. kolekcjonowali drugie miejsca, żywymi pomnikami by nie zostali.

Sportowca o rozpoznawalności oplatającej całą planetę mieliśmy po upadku komunizmu, czyli w erze postępującego rozkładu naszego sportu, jednego. Andrzeja Gołotę, który - choć czterokrotnie bił się o pas mistrza świata - też nigdy niczego nie wygrał. Jest bowiem kilka dyscyplin tak konkurencyjnych, o popularności tak wzmacnianej nieustającą, zmasowaną kampanią medialną, że zamieniają one w supergwiazdy nie tylko notorycznych zwycięzców. Piłka nożna, boks, kolarstwo czy tenis pozostają obojętne nawet na igrzyska olimpijskie, bo prawdziwą chwałę przynoszą mundiale, Liga Mistrzów, mistrzowskie bijatyki w zawodowym ringu, Tour de France i Giro d'Italia, turnieje Wielkiego Szlema.

Inni polscy idole dorównywali Gołocie rozpoznawalnością incydentalnie. Zenon Jaskuła - tocząc niezapomniany bój z Indurainem i Romingerem o triumf w Tour de France; Jerzy Dudek - tańcząc w bramce i broniąc rzuty karne w finale Ligi Mistrzów. Na tym chyba koniec. Nawet Otylia Jędrzejczak jest tylko jedną z wielu znakomitych pływaczek, bo z basenu musiałaby wyławiać na każdej imprezie stos medali, by wyróżnić się spośród tłumu gwiazdek rywalizujących w kilkudziesięciu konkurencjach.

Nie wiadomo, czy Gołota dostanie jeszcze jedną - oczywiście ostatnią, jak zawsze - szansę walki o mistrzostwo świata. Ale mamy pełne prawo przypuszczać, że Radwańska i Kubica będą w najbliższych latach rozsławiać ojczyznę, udzielając znacznie więcej wywiadów po angielsku niż po polsku. Po epoce niezwyciężonych gigantów w sportach niszowych nadchodzi być może epoka gigantów, którzy przegrają wielokrotnie, ale w mainstreamie, więc o ich porażkach usłyszą wszyscy.

Uderzające, że ani Radwańskiej, ani Kubicy do sukcesów nie przywiodła systemowa rewolucja, czyli skuteczna terapia uzdrawiająca polski sport. On wciąż tkwi w zapaści, co widać po jakości infrastruktury oraz klasie wykształconych u nas trenerów. Sukcesy wciąż zawdzięczamy raczej prywatnym inicjatywom niż pomysłowi na wyławianie i szkolenie wspaniałych talentów. Na powodzenie duetu naszych "światowców" zapracowała wręcz najbliższa rodzina - Radwańska wzięła do ręki rakietę w Niemczech, gdzie jej ojciec był trenerem, Kubica w chłopięcym wieku wyjechał z ojcem do Włoch. (I Małysz zresztą wzleciał z grupki rodaków zsuwających się ze skoczni, poprzedników nie miał, następców też nie widać).

Jeśli ten tandem nie wyhamuje, zagwarantuje nam wielkie emocje przez cały rok. A podczas najbliższych igrzysk wyręczą go siatkarki, siatkarze i piłkarze ręczni, dzięki którym będziemy mogli ostatecznie ponapawać się miłym uczuciem, że nasz sport jednak drgnął. Jeśli wszyscy polecą do Pekinu (będą faworytami turniejów kwalifikacyjnych), to Polska będzie tam codziennie grała jakiś mecz! Choćby dlatego igrzyska zapowiadałyby się dla kibica znad Wisły pasjonująco - trzy drużyny oglądaliśmy poprzednio w 1976 roku w Montrealu, w czasach gdy uważaliśmy się za sportowe mocarstwo.

W grach zespołowych jakiś przełom nastąpił - mentalny, nakazujący zatrudnianie selekcjonerów obcokrajowców bądź latami zbierających doświadczenia za granicą (Niemczyk, Bonitta, Lozano, Wenta, Beenhakker). Dzięki niemu każda wymieniona reprezentacja wystartuje na igrzyskach, mierząc - trochę nieśmiało lub całkiem otwarcie - w medal. A przecież wcześniej futboliści zadebiutują na mistrzostwach Europy. Tak, to może być rok w sporcie, jakiego wolna Polska jeszcze nie przeżyła.