Olimpijski znicz zapłonie za 165 dni. Igrzyska wagi państwowej

Chiny chcą kojarzyć się z fantastyczną gospodarką i kilku tysiącami lat wspaniałej historii, a nie z obozami pracy, krwawym zdławieniem protestu na placu Tiananmen i z karami śmierci, których wykonuje się tam więcej niż we wszystkich innych krajach razem wziętych. Odwrócenie uwagi świata od zmagań olimpijczyków i skierowanie jej na problemy polityczne będzie dla chińskich władz klęską
Radosław Leniarski: Kiedy w 2001 r. MKOL wybierał Pekin na miasto gospodarza, działacze olimpijscy argumentowali, że Chiny się zmienią, że dzięki igrzyskom zwiększy się nacisk na respektowanie praw człowieka i reguł demokracji.

Radosław Pyffel*: - Będzie dokładnie odwrotnie. Partia i rząd dają sygnał: "Jesteśmy potęgą, wszyscy się z nami liczą i na dodatek mamy igrzyska". Tak samo mówią i myślą setki milionów Chińczyków. Dzięki igrzyskom wzmacnia się idea Wielkich Chin. Nawet Hongkończycy przypominają sobie, że są Chińczykami, jak gwiazda filmów akcji Jackie Chan z Hongkongu, który od początku wspiera olimpiadę w Pekinie. Igrzyska wzbudziły wielką falę nacjonalizmu, który zapewne jeszcze wzrośnie po oświadczeniu Stevena Spielberga o wycofaniu się z doradzania organizatorom.

Chinom nie zależy, aby pokazać się jako kraj demokratyczny, lecz jako kraj nowoczesny. Jednak przeprowadzają makijaż - w 2004 r. wpisały do konstytucji poprawkę o prawach człowieka, udają, że wycofują się ze wspierania reżimu w Sudanie, bo pozwoliły na wprowadzenie wojsk ONZ, choć ze swoimi żołnierzami na czele.

Jaki wpływ na ten wizerunek będzie miało oświadczenie Spielberga?

- Pół roku temu Eric Reeves, działacz praw człowieka, zajmujący się Darfurem, powiedział, że jeśli Spielberg się wycofa, to jakby zrzucił na Chińczyków bombę atomową. Rzeczywiście, gdyby porównać to z walką bokserską, to po 10 rundach Pekin miał przewagę i całkowitą inicjatywę. Świat był pod wrażeniem rozwoju gospodarczego, rozmachu i tempa budowy obiektów. Aż tu w 11. rundzie Pekin otrzymał kombinację trzech ciosów: w światowych mediach wiele się mówi o wypadkach śmiertelnych przy budowie stadionu Ptasiego Gniazda, przetoczyła się fala protestów i oburzenia po próbie zakneblowania ust sportowcom przez brytyjski komitet olimpijski, i wreszcie Steven Spielberg wycofał się z doradzania organizatorom. Przeciwnicy igrzysk w Pekinie, zwolennicy praw człowieka i niepodległości Tybetu, dostali wiatru w żagle. Czeka nas fantastyczna i emocjonująca ostatnia 12. runda.

Choć igrzyska z założenia miały być apolityczne, od dawna tak nie jest.

- Igrzysk o takim politycznym wydźwięku nie było od zakończenia zimnej wojny. Chiny chcą zmienić swój wizerunek. Chcą kojarzyć się z fantastyczną gospodarką i kilku tysiącami lat wspaniałej historii, a nie z obozami pracy, krwawym zdławieniem protestu na placu Tiananmen w czerwcu 1989 r. - od tego czasu utrzymuje się embargo na broń z Unii Europejskiej i USA - z karami śmierci, których wykonuje się tam więcej niż we wszystkich innych krajach razem wziętych.

Cel ten będzie osiągnięty tylko wtedy gdy igrzyska będą świętem sportu. Odwrócenie uwagi świata od zmagań olimpijczyków i skierowanie jej na problemy polityczne będzie dla chińskich władz klęską.

Do obsługi igrzysk zgłasza się mnóstwo młodzieży, także z Tajwanu, Hongkongu i olbrzymiej chińskiej diaspory na Zachodzie.

- Liczba chętnych kilkakrotnie przewyższyła liczbę miejsc. Ci wolontariusze kochają Chiny. Nie te komunistyczne, kochają wielkie Chiny, ich obraz wyniesiony z domu, które Ang Lee tak wspaniale pokazał w filmie "Ostrożnie - pożądanie!". Zrobią wszystko, by pokazać dziennikarzom jak najlepszy obraz swojego kraju; wspaniałe zabytki, świetną kuchnię, będą minimalizować problemy, z jakimi boryka się dziś Państwo Środka.

Będą jednak podczas igrzysk protesty. Co stanie się, gdy akredytowany przez MKOl dziennikarz będzie paradował w świetle jupiterów w koszulce z napisem "Free Tibet"?

Pewnie go wyrzucą, może zamkną na dwa tygodnie. Próbkę tego mieliśmy już 8 sierpnia 2007 r., gdy kanadyjscy studenci wywiesili płachtę "Free Tibet" na ścianie Wielkiego Muru. Wkrótce ich deportowano, ale zdjęcia obiegły świat. Ostatnio powstał tzw. Darfur Team. Zapisują się do niego sportowcy, którzy chcą manifestować podczas igrzysk sprzeciw wobec działań Chin w Sudanie. I jeśli dotrzymają słowa, będzie to wielki problem MKOL-u.

Jeśli piłkarz po zdobyciu gola ściągnie koszulkę z hasłem "Wolny Tybet", to realizator przerzuci widok na inną kamerę, bo ma zagwarantowane 1-2 sekundy opóźnienia. Natomiast jeśli kilka, kilkanaście incydentów skupi się w jednej chwili, to nie sposób ich wszystkich ukryć. Jak hasło nie znajdzie się w transmisji telewizyjnej, to i tak trafi do gazet na całym świecie.

Festiwal takich manifestacji oznaczałby dla władz chińskich klęskę marketingową w walce o nowy wizerunek. Byłaby to także klęska MKOL-u który zaryzykował i przyznał igrzyska Pekinowi.

Darfur Team to inicjatywa zagranicy. Ale w Chinach działa wielki, zdelegalizowany przez rząd, mistyczny ruch Falun Gong, ma zresztą sekcje również w Polsce.

- Falun Gong może doprowadzić do wielkiego kryzysu podczas igrzysk. W 1999 r. zamkniętą dzielnicę rządową Zhongnanhai w Pekinie otoczyło 10 tys. demonstrantów, którzy siedli, milcząc w pozie medytacyjnej. Upominali się o zalegalizowanie ich ruchu. Ponoć ówczesny przywódca Jiang Zemin wsiadł do samochodu o zakrytych oknach i przejechał, patrząc na tych ludzi zza firanek.

Przez ostatnie 10 lat liczba masowych protestów wzrosła w Chinach 10-krotnie. Nie mają wielkiej skali i nie są antysystemowe, ale świadczą o rosnących frustracjach.

Władze walczą z Falun Gong najostrzej, najbrutalniej - ruch bokserów i tajpingów pokazał, że mistyczne grupy mają w Chinach dużą moc destrukcji władzy.

Falun Gong to najgroźniejszy przeciwnik władzy, skupia, chłopów, robotników, biznesmenów, intelektualistów, a nawet członków partii praktykujących ćwiczenia Falun Dafa. Nie ma formalnych struktur, przywódca - mistrz Li HongZhi - przebywa od 1999 roku w USA. Nikt nie wie, gdzie są członkowie Falun Gong, jaką reprezentują siłę i co planują. Być może uda im się jakaś akcja na igrzyskach, zwłaszcza że partia komunistyczna traci zęby. Kierują nią ludzie starsi, którzy się wzbogacili i już im się nie chce.

MKOl od lat dopuszcza drużynę Tajwanu do igrzysk pod flagą olimpijską, jako "Chiński Taipej". Podczas dekoracji Tajwańczyka grany jest hymn olimpijski. Ale delegacja sportowców tybetańskich została odesłana z kwitkiem z Lozanny - siedziby Komitetu.

- Tybet jest już częścią Chin, Dalajlama od 1959 roku przebywa na uchodźstwie, zaś sami Tybetańczycy stanowią w Tybecie mniejszość. Wiele państw z nimi sympatyzuje, lecz żadne ich nie uznaje. W tych realiach nie mają szans.

Co innego Tajwan. Choć w świetle prawa międzynarodowego Tajwan to część Chin, to de facto funkcjonuje on jak niepodległe państwo.

Tajwan i Tybet to tematy tabu w chińskiej polityce, na które rząd jest nieprawdopodobnie wrażliwy. Z tego względu społeczność międzynarodowa, by nie psuć stosunków z Pekinem, zrezygnowała z nacisków w tych sprawach. Rządy, prezydenci naciskani przez organizacje pozarządowe apelują o prawa człowieka, ale niezbyt natarczywie, bo naciska też biznes. Przedstawiciele chińskiego rządu mówią, że to skomplikowany problem i że dołożą wszelkich starań, żeby go rozwiązać. Prezydenci i premierzy spotykają się w Chinach z dysydentem albo biskupem, na co władze łaskawie przyzwalają. Angela Merkel pytała o Dalajlamę i odjechała z kwitkiem. Za to Nicolas Sarkozy nie powiedział nic niestosownego i przywiózł z Chin kontrakty na 30 mld euro.

Czy kibice tajwańscy przyjadą na igrzyska?

- Oczywiście. Dziś blisko dwa miliony Tajwańczyków mieszka w Chinach kontynentalnych. Problem może wystąpić, gdy jakiś Tajwańczyk wygra i kibice tajwańscy zaczną śpiewać hymn swojej Republiki Chińskiej albo machać flagami Tajwanu.

Rok po igrzyskach w Atenach chińska telewizja zrobiła program wspomnieniowy, gdzie traktowała Tajwańczyków jak swoich. Komentator wzruszał się, gdy Tajwańczyk pokonał w finale Koreańczyka w taekwondo, krzyczał o złocie dla Chin. W Chinach uważa się, że Tajwan jest częścią Chin i Tajwańczyków się dopinguje. Wielu Tajwańczyków tego nie rozumie, a nawet śmieje się z tego.

Czy w Pekinie może dojść do takich afer jak na turnieju bokserskim w Seulu, gdy Koreańczycy przekupywali sędziów, aby przepchnąć swoich?

- Niebezpieczeństwo nacisku na sędziów jest nawet większe niż w Seulu. Dla Chin zwycięstwo w igrzyskach to sprawa najwyższej wagi państwowej. Ale prawda jest taka, że i bez pomocy sędziów zdobędą prawdopodobnie najwięcej złotych medali. Już w Atenach byli blisko.

Przygotowują się od wielu lat, zbudowali fantastyczną infrastrukturę, ściągnęli najlepszych trenerów z zagranicy, w proces selekcji przyszłych mistrzów wciągnęli dziesiątki milionów ludzi, często w wieku przedszkolnym. Zwycięstwo im się po prostu należy.

Chińczycy kochają sport. Państwo wybudowało wspaniałe stadiony, a rano w parkach można zobaczyć tłumy ćwiczących emerytów, w niedzielę dziadków grających w ping-ponga z wnukami, a na kampusach studentów całymi popołudniami rozgrywających mecze siatkówki, koszykówki i piłki nożnej.

Pekinowi pomogą kibice, ale inaczej niż w Moskwie. Oni potrafią gorąco kibicować. Gdy byłem w Chinach z piłkarzami amatorami, jedna ze szkół powitała nas biało-czerwonymi flagami i okrzykami "Polska Gola!". Tego wymaga chińska gościnność - każdy musi poczuć się jak u siebie w domu.

Jeśli zawodnik maleńkiego afrykańskiego kraju będzie pozbawiony wsparcia kibiców, władze - żeby nie było mu przykro - wydelegują wolontariuszy, a jeśli trzeba, to nawet ich pomalują na czarno i przebiorą za Afrykańczyków.

Organizatorzy prowadzą specjalne szkolenia dla wolontariuszy, jak się zachować w stosunkach z cudzoziemcami. Sam prowadziłem takie zajęcia. 80 procent studentów elitarnego Uniwersytetu Pekińskiego nie było nigdy za granicą, stąd ich obawy.

Jak będą czuć się członkowie MKOl po igrzyskach, ze swoimi pomysłami o wsączeniu idei praw człowieka do Chin za pomocą idei olimpijskich? Pomysł nie wypalił.

- Nie będą mieli specjalnych wyrzutów. Igrzyska to wielki biznes dla MKOl, rządów wielu krajów i dla Chin.

Pan krąży wokół wolności. W Chinach jest 210 milionów internautów i jest kontrola internetu. Myśli pan, że gdyby te 200 milionów nie myślały wyłącznie o robieniu kasy, to byłaby możliwa pełna ich kontrola? Brak wolności politycznej doskwiera nielicznym, a otwarcie jest dozowane od 1978 roku, kiedy zaczęto wprowadzać elementy rynkowe. Czasem bardziej radykalnie niż w Polsce - w Chinach jest np. odpłatna edukacja, choć wprowadzono ostatnio refundację dla najbiedniejszych dzieci wiejskich, jest odpłatna służba zdrowia.

O braku wolności (politycznych) pisze się za granicą więcej niż o konsekwencjach fantastycznego wzrostu gospodarczego ostatnich trzech dekad, o problemach socjalnych i gigantycznych nierównościach, które znacznie bardziej doskwierają Chińczykom. Obraz Chin, jaki do nas dociera, jest mocno zniekształcony. To złości wielu zwykłych Chińczyków, którzy popierają rząd. Upłynie wiele wody w Wiśle i Jangcy, zanim Chińczycy i Zachód zaczną się wzajemnie rozumieć. 



*Radosław Pyffel, socjolog z WSB-National Louis University w Nowym Sączu. Spędził w Chinach ponad cztery lata. Autor książki "Chiny w Roku Olimpiady - Państwo Środka od środka"