Sport.pl

Roger w kadrze: czy nie ryzykujemy podtrucia atmosfery?

Roger o Euro nie walczył, on odbierze nagrodę za wysiłek innych. Czy wpuszczając go do szatni pięć minut przed mistrzostwami, nie ryzykujemy podtrucia atmosfery? - pisze Rafał Stec.
Kwestionować, choćby hipotetycznie, prawdomówności szefa PZPN oczywiście nie wypada, więc przyjmuję, że znany gawędziarz Michał Listkiewicz nie konfabuluje, oznajmiając, iż to "Leo Beenhakker jest od początku do końca autorem pomysłu" na zainstalowanie w reprezentacji Polski Brazylijczyka Rogera Guerreiro. Ciekawi mnie tylko, czy prezes zdaje sobie sprawę z tego, że właśnie holenderskiego selekcjonera zdemaskował.

Beenhakker cierpliwie i żarliwie recytował: polscy piłkarze są utalentowani, rezerwy tkwią w głowach, trzeba ich tylko przeciągnąć z ciemnej na jasną stronę księżyca. Nigdy mu nie dowierzałem, sądziłem, że nie opisuje rzetelnie rzeczywistości, lecz wytrwale podnosi morale kadrowiczów. Nasi gracze mają milion powodów, by popaść w depresję - za granicą ślęczą na ławkach rezerwowych lub pobierają pensję za oglądanie kolegów z trybun, niezłe kluby nawet na nich nie spojrzą, słabe płacą za transfery haniebnie mało, epizody w europejskich pucharach dzielą ligowcy na honorowe porażki oraz zawstydzające klęski. Teraz selekcjoner moje przypuszczenia potwierdził. Nie wykorzystał mimochodem, rekrutując możliwie najlepszych reprezentantów, okazji pt. "błyskotliwy Brazylijczyk, który akurat posiada polski paszport", ale uznał, że Rogera należy niechybnie spolszczyć, bo jest niezbędny, bo z tubylców Brazylijczyków nie zrobi.



Z początku w całej historii widziałem kolejny rozdział medialnego wyścigu na najbzdurniejsze banialuki, które da się sprzedać jako arcyciekawy news, by potem, gdy się nie sprawdzą, fiasko skwapliwie przemilczeć i wymyślać następne dyrdymały. Roger ubiegający się o nasze obywatelstwo? OK, niech będzie, unijny paszport bywa bezcenny, ułatwia przeprowadzkę do mocnej ligi europejskiej. Ale dlaczego miałby go otrzymać już, jeśli nie mieszka u nas - czego wymagają przepisy - od pięciu lat? Dlaczego miałby go powoływać na Euro 2008 Beenhakker, skoro i bez niego zdołał wyprzedzić w eliminacjach piłkarskie mocarstwo - Portugalię - i uzyskać bezprecedensowy awans? Brrr, wolałem sobie tego w ogóle nie wyobrażać.

Zniesienie granic w futbolu generalnie lubię. Wspaniale, że trenerzy Wenger, Mancini czy Zico mogli przeobrazić Arsenal, Inter czy Fenerbahce w ekipy definitywnie nieangielskie, niewłoskie czy nietureckie, wspaniale, że w piłkarskim mikrokosmosie nie ma znaczenia, gdzie się urodziłeś, ile uciułali na koncie twoi rodzice, do jakiego kościoła chodzisz i jakiego koloru skórą jesteś pokryty. Liczą się talent, pracowitość i determinacja, nawet jak kopiesz na bosaka w kameruńskiej wiosce, to cię wysłannicy europejskich klubów przechwycą i wylansują.

Reprezentacje traktuję osobno. Pisałem już w blogu, że jeśli upodobnią się do klubów, werbując każdego zdolnego obcokrajowca, który nie jest graczem wystarczająco klasowym, by zagrać dla swojej ojczyzny, mundial straci sens. To na razie wizja baaardzo odległa, raczej z gatunku brawurowych spekulacji, ale globalna tendencja jednak popycha futbol w kierunku jej realizacji.



Fundamentalistą nie jestem, nie odmawiam zmiany barw wszystkim i w każdych okolicznościach. Jeśli prawo pozwala mieszkającemu u nas obcokrajowcowi uzyskać polski paszport, nie śmiałbym apelować o bardziej restrykcyjne przepisy wewnątrzfutbolowe i odbierać mu akurat tego jednego przywileju obywatela - gry dla reprezentacji. Respektuję też przewidziane przez przepisy okoliczności nadzwyczajne, które procedurę przyspieszają - kiedy Emmanuelowi Olisadebe oddaliśmy za żonę naszą Beatę, czułem, jakby i on stał się w pewnym sensie jakiś swojski, trochę bardziej nasz. W końcu niczego cenniejszego od kobiety oddać się nie da. Gdybyśmy mogli wtłoczyć do reprezentacyjnej linii pomocy legionistę Aleksandara Vukovicia, który paszport dostał po sześciu latach pobytu w Warszawie i nauczył się ładnie mówić po polsku, też bym nie oponował.

Chciałbym mieć bowiem powody sądzić, że przyszywany reprezentant jakoś się z Polską rzeczywiście związał. Specjalne traktowanie zostawić dla przypadków naprawdę specjalnych. Błaganiem prezydenta, by za okoliczności nadzwyczajne uznał niesatysfakcjonującą nas - tudzież Beenhakkera - siłę reprezentacji, nie naprawiać lat zaniedbań, przez które selekcjoner przebiera między piłkarzami wyszkolonymi słabo lub beznadziejnie. W przeciwnym razie powinniśmy rozesłać ankiety po wszystkich zatrudnionych nieopodal obcokrajowcach, często gwiazdach ligi, by namierzyć chętnych do wyjazdu na Euro 2008 i spolszczyć napływowy talent hurtowo.

Sztywna definicja rodaka w moim światopoglądzie nie istnieje, uważam, że jest tylko jeden sposób, by sprawdzić, czy ktoś jest jednym z nas - zapytać go, kim się czuje. Dlatego o dylemacie "brać Rogera do kadry czy nie brać" piszę z trudem i obawą o każde słowo, nigdy nie odważyłbym się zaapelować wprost, by akurat jemu odbierać szansę, którą kilka lat temu dostał Olisadebe. Ich przypadki są jednak kompletnie odmienne. Nigeryjczyk był wychowankiem ówczesnego selekcjonera Jerzego Engela, jego talent eksplodował w polskiej lidze, a do kadry dołączył na starcie eliminacji do mundialu i wspaniale się zasłużył (o żonie wspominałem).

Roger o Euro nie walczył, on odbierze nagrodę za wysiłek innych. Co, nawiasem mówiąc, budzi obawy, czy wpuszczając go do szatni pięć minut przed mistrzostwami, nie ryzykujemy podtrucia atmosfery. Brazylijczyk może się okazać jedynym uczestnikiem czerwcowego turnieju, który niemal debiutuje w reprezentacji, w dodatku natychmiast włamując się do podstawowej jedenastki. Beenhakker nie inicjowałby przecież skomplikowanej operacji, wymagającej zaangażowania ministra Drzewieckiego i prezydenta Kaczyńskiego (PO i PiS potrafią współpracować?!), gdyby szukał 23. zawodnika w kadrze. Szuka raczej gwiazdy. I niewykluczone, iż ustawi Rogera za wysuniętym napastnikiem, zamiast... kapitana Żurawskiego albo Krzynówka. To byłoby małe trzęsienie ziemi, więc szczęście w nieszczęściu, że selekcjoner zapracował na opinię wytrawnego psychologa i charyzmatycznego przywódcy stada.



Mojej emocjonalnej więzi z reprezentacją ta zmiana nie zerwie, nie dokonam też uroczystego samospalenia przed domem Beenhakkera. Intryguje mnie natomiast, jak zareagują kibice - np. na zwycięskiego gola importowanego Brazylijczyka w meczu z Austrią, która grała lepiej, miała przewagę, ale bramki nie zdobyła i przegrała z nami wyścig o ćwierćfinał, bo zapomniała poszukać klasowych najemników z zagranicy. Ja mimo wszystko pewnie oszaleję z radości, do czego szczerze się przyznaję, by nie zgorszyć nikogo świętym oburzeniem, zza którego straszy hipokryzja. Mój prywatny plan na poradzenie sobie z casusem Rogera wygląda tak: najpierw nadzieja, że powołany nie zostanie, a potem pełna akceptacja i nadzieja, że jego zauroczenie polskim żurkiem okaże się uczuciem trwałym.

Felietonowy opór duchowi naszych czasów stawiam bez złudzeń, że zatrzymam bieg historii i reszta globu porzuci naturalizowanie rodaków Pelego. Zasoby zdają się niewyczerpane, od 2002 r. Brazylia wysłała do obcych lig ponad pięć tysięcy piłkarzy, a do wypożyczenia sobie na Euro jednego z nich - napastnika Amauriego - przymierzają się nawet Włosi. Skoro mogą mistrzowie świata, to czy w ogóle mamy alternatywę? Czy kibice nie winni raczej zgłaszać pretensji, że wobec wyzwania najwyższej rangi - czerwcowego szlagieru z Niemcami - poprzestajemy na adoptowaniu jednego marnego Rogera?



Czy chciałbyś, aby Roger dostał polskie obywatelstwo i grał w kadrze Beenhakkera?