Sport.pl

Fruwając pod koszem: Pokaz brawury i kozactwa w NBA

Takiego popisu brawury i kozactwa, jaki zafundowali nam w ostatnich tygodniach menedżerowie NBA, w historii ligi nie było chyba nigdy.
No Balls Association. Stowarzyszenie bez Jaj. Tak rok temu felietonista ESPN Bill Simmons obśmiewał menedżerów NBA, którzy - strwożeni perspektywą kompromitacji - przed handlowym deadline'em nie wykonali żadnego transferu. Nie zrobili nic, by choć w najdrobniejszym stopniu poprawić szanse swych drużyn.

Rezultaty tego mentalnego paraliżu były żałosne. Wyjątkowo nudne (pomijając zwycięstwa kopciuszka z Golden State) play-offy. Jednostronne finały. Rekordowo niska oglądalność. Łatwe do przewidzenia zwycięstwo San Antonio Spurs, drużyny, której triumfom - słusznie czy nie - towarzyszy dostojne ziewanie większości fanów.

Wydawało się, iż NBA sama związała sobie ręce. Przepisy ograniczające transfery i zniechęcające do podwyższania budżetów płacowych zaskutkowały szerzeniem się przeciętności. Wielkie gwiazdy NBA - Kobe Bryant, Kevin Garnett - spędzały lata w słabych klubach, bo zgromadzenie kilku tuzów w jednej drużynie było albo niewykonalne, albo finansowo nieopłacalne.

Wystarczył rok, by wszystko się odmieniło.

Pierwsza jaskółka pojawiła się już latem. Była zielona. Danny Ainge wyrzucił do kosza wątpliwy plan oddolnej odbudowy potęgi Celtics i w ciągu kilku tygodni kupił dwie gwiazdy w kwiecie wieku - najpierw Raya Allena, a potem Kevina Garnetta.

Celtów stać było na taki ruch. A Ainge najprawdopodobniej uznał, że wygrywać trzeba już, bo cierpliwość kibiców - a także właścicieli decydujących o jego posadzie - ma swe granice.

Druga jaskółka przyfrunęła w lutym. I była purpurowo-złota. Lakersi skradli z Memphis Pau Gasola, nie oddając w zamian nic wartościowego.

Musieli tylko pogodzić się z tym, że w najbliższych latach - przy budżecie płacowym ponad 80 mln dol. - będą płacić znienawidzony przez właścicieli NBA podatek od luksusu.

"Pieniądze? Swoje zarobiłem" - mówi w wywiadzie dla Los Angeles Times 75-letni właściciel Lakers Jerry Buss. "Robię to dla tablicy rejestracyjnej. Tej na moim aucie, na której jest napisane 9XWCHMP [dziewięć razy mistrzowie świata]. Chcę zmienić to na 10".

Jaskółki nie mają tego w zwyczaju, ale ta z Los Angeles spowodowała prawdziwe trzęsienie ziemi. Lakers już wcześniej radzili sobie nad podziw dobrze, a teraz dodali jednego z najlepszych skrzydłowych w NBA. Dla innych menedżerów wniosek był prosty: albo zrobią coś natychmiast, za wszelką cenę, albo przez najbliższe pięć lat podziwiać będą plecy Kobe Bryanta i jego kolegów.

"Każdy, kto wyobrazi sobie trójkę Andrew Bynum - Pau Gasol - Lamar Odom, zaczyna drapać się po głowie. Może nie wpadnie od razu w panikę, ale drapie się po głowie" - mówił Reggie Miller, komentator telewizyjny.

Efektem tego drapania się jest seria najbardziej desperackich transferów tuż przed handlowym deadline'em. Shaquille O'Neal do Phoenix. Jason Kidd do Dallas. Ben Wallace i Wally Szczerbiak do Cleveland. Nawet broniący tytułu Spurs zdecydowali się na handel, choć nikt przy zdrowych zmysłach nie nazwie ściągniętego z Seattle Kurta Thomasa supergwiazdą.

Wszyscy ryzykują. Nie tylko pieniądze (Mark Cuban z Dallas tak bardzo pragnął Kidda, że gdy pierwszy wariant transferu nie wypalił, zgodził się na inną wersję, do której tylko w tym sezonie dopłaci 11 mln dol.). Shaq ma 36 lat. Kidd - 35. Big Ben - 34. Jeśli nie uda się wygrać teraz, za rok, dwa lata wspinaczkę trzeba będzie zaczynać z samego dołu.

Na razie udaje się tylko Lakersom, którzy w ostatnich 10 meczach przegrali tylko raz. Suns z Shaqiem mają cztery porażki. Bilans Dallas z Kiddem jest lepszy (4-2), ale jak wytłumaczyć to, że w decydujących sekundach najważniejszego meczu ze Spurs trener Avery Johnson posadził swojego drogocennego rozgrywającego na ławie?

Ponieważ wielcy uzbroili się po zęby, o zwycięstwo - przynajmniej na Zachodzie - będzie w tym roku trudniej niż kiedykolwiek. Tylko pięć wygranych dzieli lidera Konferencji (dziś San Antonio) od dziewiątego miejsca, które zajmują Denver Nuggets. Jeśli cała czołówka na Zachodzie utrzyma dotychczasowe tempo, to i 50 zwycięstw może nie wystarczyć do awansu do play-offów.

Na Wschodzie jest dużo łatwiej, ale i tu jest trzech poważnych pretendentów: Celtics, Pistons i wzmocnieni Cavaliers.

Zanosi się więc na rewelacyjne play-offy.

"Jeśli to się powiedzie, będę geniuszem. Jeśli nie - kretynem" - mówił po sprowadzeniu Shaqa menedżer Suns. Zwycięzca, a więc i geniusz, będzie tylko jeden. Kretynów będzie kilku. Ale przynajmniej żadnego z nich nie nazwiemy tchórzem.

Kronika towarzyska

Yao Minga bolała noga. Badania wykazały, że potrzebna jest operacja i center Rockets nie zagra do końca sezonu. Przerwa potrwa cztery miesiące. Nie wiadomo, czy Yao zdoła się wykurować na olimpiadę w Pekinie. Chińczycy i władze Rockets nawzajem obwiniają się o zbytnie eksploatowanie wielkiego centra. W poprzednim sezonie Yao z powodu kontuzji opuścił 32 mecze, ale godnie zastępował go Dikembe Mutombo i Rockets 20 z tych 32 meczów wygrali. Teraz wygrali dwa, a w meczu z Memphis 42-letni Mutombo zebrał 13 piłek w 17 minut. Stary człowiek wciąż może.



Stephon Marbury rozegrał już chyba swój ostatni mecz w barwach New York Knicks. Leczy kontuzję, ale trener Isiah Thomas zabronił mu już w ogóle przychodzić na mecze, nawet w roli kibica. A kiedy rozmawiał z dziennikarzami o obsadzie pozycji rozgrywającego Knicks w przyszłym sezonie, nawet się o Marburym nie zająknął. Knicks pewnie wynegocjują wykupienie kontraktu Stephona (21 mln dol. w przyszłym roku). I może przed zakończeniem kariery Marbury znowu znajdzie się w jednym klubie z Kevinem Garnettem.

Ale czarne chmury zbierają się chyba wreszcie nad samym Isiah Thomasem. Plotkuje się, że po zakończeniu sezonu właściciel Knicks Jim Dolan w końcu podziękuje mu za współpracę. Nowym menedżerem miałby zostać Kiki Vandeweghe (były menedżer Denver Nuggets, obecnie w New Jersey), a wśród kandydatów na nowego trenera są Mark Jackson, no i sam Patrick Ewing (obecnie asystent w Orlando). A co na te plotki Isiah? "Zostaję. Nigdzie się nie wybieram. Mój kontrakt mi to gwarantuje".



Do Grega Odena zadzwonił kandydat na prezydenta Stanów Zjednoczonych Barack Obama. Tak zadzwonił - żeby pogadać. "Byłem taki podenerwowany. Okazuje się, że on jest prawdziwym kibicem i świetnie zna Blazers. Pytał o moje kolano i mówił, że trochę nie czuje mojej nowej fryzury" - opowiadał potem podniecony Greg. Czyli Obama swój cel osiągnął.



Antoine Walker nie poleciał z drużyną Minnesoty na mecz z Toronto. Oficjalne tłumaczenie: "Kłopoty z paszportem". Potem nie poleciał również na mecz z Cleveland. Oficjalnego tłumaczenia brak.



Marcin Gortat zadebiutował w NBA - zagrał dwie minuty w meczu z Knicks, zebrał jedną piłkę i trafił jeden rzut. Można to obejrzeć na naszym blogu Supergigant.blox.pl

Ciekawostki

Kobe Bryant jest liderem NBA pod względem liczby przewinień technicznych. Uzbierał ich już 11, o dwa więcej niż Rasheed Wallace. Jeszcze cztery i zostanie karnie odsunięty od jednego meczu.



Półtora tygodnia temu San Antonio Spurs oddali Brenta Barry'ego do Seattle za Kurta Thomasa. Sonics czym prędzej zwolnili Barry'ego, a my przez tydzień byliśmy świadkami farsy - Barry niby wahał się pomiędzy Rockets, Suns, Celtics i Mavericks, by wreszcie zrobić to, co dla wszystkich było oczywiste - ponownie podpisać kontrakt z San Antonio. Menedżer Sonics Sam Presti pracował wcześniej jako asystent w San Antonio. Ciekawe, prawda?

Tako rzecze Shaq



"To jakby pojmać dzikiego tygrysa i zamknąć go w domu. Możesz go tam przetrzymać przez cały dzień, ale koniec końców i tak wszystkich rozszarpie" - o swoich trudnych początkach w Phoenix.

Złota myśl



"Czuję się jak komar na plaży nudystów. Wiem, co mam robić, ale nie wiem, gdzie zacząć" - Pat Riley o sytuacji w Miami Heat. Heat przegrali 25 z ostatnich 28 meczów.