Sport.pl

"Wkraczam do świata, o którym Klimkowi Murańce się nie śniło"

Wizyta w chińskiej szkole mistrzostwa sportowego uczy: ZSRR żyje i ma się dobrze! - pisze z Pekinu specjalny wysłannik Sport.pl i "Gazety Wyborczej" Radosław Leniarski
Po minięciu szlabanów, posterunku mundurowych ochroniarzy i zameldowaniu się w recepcji wkraczam do świata, o którym Klimkowi Murańce nawet się nie śniło. W Shi Cha Hai, najsłynniejszej szkole sportowej w Chinach, sportowy wycisk zaczyna się na całego od szóstego roku życia. Nieliczna część szczęśliwców robi kariery i awansuje w drabinie miliardowego społeczeństwa. Na igrzyskach w Atenach wychowankowie podstawówki i gimnazjum zdobyli cztery złote medale i jeden brązowy - w gimnastyce, taekwondo, tenisie stołowym i siatkówce.

Aby dojść do olimpijskiego podium, zaczynają od piętrowych łóżek z ceratą pod prześcieradłem i niań, bo są często o tysiąc kilometrów od domu. Pobudka o siódmej, potem szkoła i trening. Posiłki w wyznaczonym miejscu i czasie. - Przyjeżdżają tu sześciolatki silne psychicznie, więc nie ma problemów z płaczem przed zaśnięciem. Pozwalam im na trzymanie do trzech przytulanek na łóżku. I czasem czytam im do snu, zwykle to, co same napiszą - mówi wychowawczyni najmłodszych, pani Wu, uśmiechnięta, energiczna, lat około 50. Piorą sobie sami, w oknach suszą się dziesiątki strojów sportowych.

W pokojach mieszkają po sześć, pani Wu ma pod opieką trzy sale, które są przykładem beznadziejnej walki o upodobnienie internatu do rodzinnego domu. Na biurkach leżą plecaki z naklejkami barbie, pluszaki na kolorowych poduszkach, kapcie frotte na podłodze.

Chiny wdrożyły system szkół sportowych w latach 50., od samego początku zmierzając - tak jak w ZSRR, NRD i po trosze w Polsce - do wyhodowania w sztucznych warunkach krótko kwitnących, rzadkich kwiatów. Aby uczyć się w takiej szkole, należało przejść złożone i wyczerpujące testy. Teraz w Chinach - jak mówi mi profesor uniwersytetu w Pekinie - selekcja wyszła naprzeciw wyzwaniom świata i unowocześniła się. Do tego stopnia, że Shi Cha Hai już w marcu i kwietniu przeprowadza egzaminy, a nawet wysyła swoich skautów w głęboki teren, niczym Arsenal na plaże Wybrzeża Kości Słoniowej.

Nie ma co być świętym - system działa nie tylko w Pekinie i Szanghaju, ale miał się świetnie również w Polsce, choć dawno temu. Sam byłem jego ofiarą/beneficjentem (niepotrzebne skreślić) w latach 70., choć z mojej warszawskiej szkoły sportowej nr 175 ani jeden uczeń nie zrobił kariery olimpijskiej. Być może zaczynaliśmy za późno, być może polskie władze nie szły wtedy do celu tak bezkompromisowo jak teraz chińskie, które młodych sportowców żywią, poją, ubierają, trenują. I wymagają.

Zhao Geng, trener z 17-letnim stażem, uważa jednak, że dzieci trzeba przede wszystkim zaciekawiać ćwiczeniami, tak by się nimi nie przestraszyły, a potem nie znudziły i nie przemęczyły. Kiedy to mówił, w zatłoczonej gimnastykami hali kilka ponad wiek poważnych sześciolatek założyło kilogramowe obciążenia na stopy i wykonywało na planszy złożone ćwiczenia. - Granica sportu się obniża. Jeśli czegoś nie nauczymy w tym wieku, to potem nie sposób wyćwiczyć, bo najlepszy czas minął - tłumaczy trener Zhao.

Sun Haiping, członek Komunistycznej Partii Chin i delegat na jej zeszłoroczny zjazd w Pekinie, jest pewien, że system szkół sportowych zaczerpnięty z NRD i ZSRR daje wielką przewagę nad sportowcami z Zachodu. Sun jest trenerem megagwiazdy chińskiego sportu Liu Xianga, mistrza olimpijskiego i rekordzisty świata w biegu na 110 m ppł. - Sportowcy u nas nie muszą się martwić o cokolwiek, tak długo jak tylko wykonują swój trening - argumentował niedawno Sun pochodzący, podobnie jak jego wychowanek, z Szanghaju. Liu przeniósł się do szkoły sportowej w wieku 12 lat, najpierw jako początkujący koszykarz, a później - po spotkaniu Suna - zmienił specjalizację na bieg przez płotki.

- Wszystko, co Liu ma, wszystko, czego potrzebował, dało mu państwo - twierdzi Sun. - Dzięki temu sportowcy mogą się skupić na swoich kluczowych funkcjach - mówi Sun, któremu jest nawet szkoda Amerykanów i Europejczyków. - Widzę na zawodach, jak muszą rezerwować sami hotel, samolot, mityngi. Nasi nie mają takich zmartwień.

Profesor z Pekinu, z którym o szkole i całym systemie rozmawiałem, potwierdza kategorycznie: - Tak, u nas panuje w sporcie system sowiecki. Nie da się temu zaprzeczyć.

W jego ustach jest to niezaprzeczalna zaleta.