Sport.pl

Inter walczy z Liverpoolem i legendą

Nikt nigdy nie awansował do następnej rundy Ligi Mistrzów, jeśli dwumecz rozpoczął od porażki 0:2. Pierwszy chce być dziś Inter Mediolan
W niedzielę nerazzuri obchodzili stulecie klubu, które prezes Massimo Moratti zamierzał uświetnić długo wyczekiwanym powrotem na europejski szczyt - najcenniejsze klubowe trofeum Inter zdobył ostatnio w 1965 roku, kiedy należał do ojca obecnego właściciela Angelo. Wówczas również zmierzył się - w półfinale - z Liverpoolem, również ponosząc wyjazdową porażkę (1:3). Moratti był z ojcem na stadionie i do dziś wspomina spokojne, wypowiedziane z przekonaniem w szatni słowa słynnego trenera Helenio Herrery: "Awansujemy".

Rewanż uchodzi za jeden z najwspanialszych triumfów w dziejach klubu. Gospodarze wygrali 3:0. - Giacinto Facchetti [strzelił wtedy gola, zmarł dwa lata temu] opowiadał mi o tamtych legendarnych meczach bez końca - mówi Javier Zanetti, obecny kapitan drużyny, który w wieku blisko 35 lat przeżywa drugą młodość.

I on, i wszyscy inni piłkarze zdają sobie sprawę, że powtórka cudu tak odległego w czasie, że wręcz nierzeczywistego, zdaje się misją niemożliwą. Cztery dekady temu Inter bronił tytułu i był zaprawionym w europejskich bojach futbolowym supermocarstwem, a Liverpool nie marzył jeszcze o międzynarodowych triumfach. Niektórzy uczestnicy tamtego dwumeczu żartują, że mediolańczycy przegrali celowo, by rozpalić przed rewanżem San Siro. Teraz Inter, choć zdominował ostatnio ligę włoską, za granicą ponosi notoryczne klęski. Rywale natomiast rozczarowują we własnym kraju, specjalizując się w sprawianiu przykrych niespodzianek faworytom Ligi Mistrzów - trzy lata temu ją wygrali, rok temu grali w finale.

Pierwszy mecz wyglądał tak, jakby został wyjęty z przewodnika definiującego czołowe europejskie drużyny. Gospodarze jak zwykle zapomnieli o wpadkach z ligi angielskiej i zagrali niemal bezbłędnie, by zwycięskie gole strzelić w końcówce i potwierdzić reputację walczących do upadłego. Goście jak zwykle szybko potracili głowy, z czerwoną kartką wyleciał z boiska przywódca ich defensywy Marco Materazzi, kompletnie rozczarował najbardziej spektakularny piłkarz Serie A Zlatan Ibrahimović. W dodatku kontuzja wyeliminowała Ivana Cordobę (drugi filar obrony), a ponieważ leczy się również Walter Samuel, Inter przystąpi do rewanżu w wybitnie prowizorycznym zestawieniu na tyłach.

Co więcej, tamten mecz zwiastował, jak się okazało, odmianę losu obu przeciwników. Liverpool rozpędził się w lidze angielskiej, drugi oddech złapał kapitan Steven Gerrard, fenomenalną snajperską skuteczność osiągnął Fernando Torres. Mediolańczycy natomiast pozwolili się zbliżyć wiceliderowi mistrzostw Włoch - Romie - na sześć punktów, ponosząc w Neapolu pierwszą porażkę w sezonie i przestali uchodzić za grupę nietykalnych mistrzów. W niedzielę po raz kolejny pomógł im sędzia, dyktując "jedenastkę" za faul popełniony przez piłkarza Regginy ładnych parę metrów od pola karnego. Gazety znów przypominają zmodyfikowane tabelki dowodzące, że przy uczciwym gwizdaniu liderem byłby Juventus, a rywale i komentatorzy przywołują czasy Luciano Moggiego, który bezprawnym wpływaniem na arbitrów zamienił rozgrywki w farsę. Pomocnik Romy Daniele de Rossi oświadcza wprost: "Mediolańczycy są pierwsi, ale to nie ich zasługa".

I w ten sposób Inter walczy z całymi Włochami, niekiedy broniąc się przed zmasowanym atakiem medialną ciszą i ucieczką przed resztą świata. Paradoks polega na tym, że pojedynczy wróg z zagranicy - tym razem Liverpool - znów może się okazać znacznie mocniejszy niż wszyscy okoliczni rywale razem wzięci.

Transmisja w nsport. Studio od godz. 20, początek meczu o godz. 20.45.

Kto wyjdzie zwycięzko z rywalizacji?