Jak sportowiec może protestować w Pekinie

Sportowcy chcą startować w Pekinie. Ale mogą pokazać sprzeciw wobec tego, co Chiny robią w Tybecie, z Ujgurami, z Falun Gong. I nie narazić się na dyskwalifikację - pisze Radosław Leniarski, dziennikarz ?Gazety? i Sport.pl akredytowany na igrzyska w Pekinie.
Sportowcy powinni być bohaterami w Pekinie. Harują, by zabłysnąć raz na cztery lata, a właśnie ich święto jest im obrzydzane. Tak to czują - do części nie dociera groza tego, co dzieje się w Chinach. Są na zgrupowaniach w Portugalii, RPA, na Florydzie, na mistrzostwach Europy w pływaniu. Koncentrują się tylko na tym, by jak najlepiej wypaść w Pekinie.

Otylia Jędrzejczak chce pokonać Jessikę Schipper, Marek Plawgo chce ścigać Feliksa Sancheza, Paweł Korzeniowski marzy, by wygrać z Michaelem Phelpsem. I na odwrót.

Zagraniczni dziennikarze mówią nam, że u nich jest podobnie. W Niemczech, Wielkiej Brytanii, Finlandii, Szwajcarii sportowcy chcą startować. Nie wyobrażają sobie bojkotu igrzysk. Srebrna medalistka z Aten w szpadzie Niemka Imke Duplitzer mówi wprost, że egzystencja sportowców zależy od występu na olimpiadzie.

Pamiętam, jak wspaniały sportowiec i nasz kolega z "Gazety" Zdzisław Ambroziak mówił mi o swoich odczuciach, gdy pisałem o masakrze Izraelczyków w Monachium w 1972 r. Tragedia była straszna, ale Zdzicha i jego kolegów z reprezentacji siatkarzy czekał mecz z Ruskimi. Policja ustawiła kordony w wiosce olimpijskiej, więc skakali przez płot, byle dostać się na trening. Nikomu, nawet takiemu humaniście jak Ambroziak, nie przyszło do głowy, że to koniec igrzysk.

Masakra w Monachium spadła na Zdzicha jak grom z jasnego nieba. Dziś sytuacja jest inna. Prawa człowieka Chiny łamią od lat. Zajścia w Tybecie, gdzie zginęło ok. 100 osób, opisały media całego świata, a do igrzysk pozostało 139 dni. Mamy więc czas zastanowić się, jak najlepiej zareagować. Niemiecka tyczkarka Anna Battke wzywa wszystkich niemieckich sportowców, by wystartowali w Pekinie z myślą, że nagrodą za zwycięstwo jest nie tylko medal, ale też możliwość sprzeciwu wobec niegodziwości chińskich władz.

MKOl grozi, że każda demonstracja lub gest propagandowy o charakterze politycznym, religijnym lub rasowym na obiektach sportowych będą ukarane dyskwalifikacją. Ale są sposoby, by okazać solidarność z Tybetańczykami, z represjonowanymi, i zarazem uniknąć szykan ze strony tych, którzy przygotowali ten pasztet, czyli MKOl.

Można nie iść na ceremonię otwarcia, która zapowiada się na propagandę sukcesu totalitarnego państwa.

Można ogolić sobie głowę "na mnicha tybetańskiego". To pomysł naszego faworyta na podium sztangisty Szymona Kołeckiego.

Można witać się i żegnać po tybetańsku. "Taszi delek" - dzień dobry, do widzenia, powodzenia, wszelkiej pomyślności. Przy każdej okazji.

Można wpiąć sobie w koszulkę umowny znak solidarności z Tybetem, np. emblemat ich świętej góry - Czomolungmy (Mt. Everest).

Można zdobyć zdjęcie Zheng Fanga, niepełnosprawnego sportowca. Stracił nogi, bo czołg przejechał mu po nich w 1989 r. na placu Tiananmen, gdy ratował koleżankę. I zrobić sobie T-shirt z Zheng Fangiem.

Płotkarz Felix Sanchez ma na ramieniu wytatuowanego Supermana i startuje tak od lat, słynny Mike Tyson boksował z tatuażem Mao... Może więc tatuaż Dalajlamy?

Nie mówmy więc o bojkocie. Ja się cieszę, że teraz będzie głośniej o Tybecie, Darfurze (gdzie Chiny zbroją rząd masakrujący ludność tej sudańskiej prowincji), Falun Gong, o egzekucjach, których jest w Chinach więcej niż na całym świecie. I o chorobach, które toczą współczesne Chiny, kraj o niesłychanej zdolności do kreacji i destrukcji.

Dla mnie będą to szóste igrzyska olimpijskie, jeszcze nie zdecydowałem, jaką widoczną formę wyrażenia opinii wybiorę. Ale przekonany jestem, że musimy pojechać do Pekinu, mieć oczy otwarte i zachować się godnie.

Godniej niż MKOl.