Fruwając pod koszem: KB24 vs CP3

Rok temu na nagrodę MVP nie zasłużył nikt. Dziś pretendentów jest aż czterech: Kevin Garnett, LeBron James, Kobe Bryant i Chris Paul. Łatwiej byłoby wskazać zwycięzcę, gdyby ktokolwiek wiedział, za co właściwie się tę nagrodę daje.
MVP (Most Valuable Player) to najbardziej prestiżowe wyróżnienie w NBA. To jasne. Znacznie mniej jasne jest, co ów termin właściwie oznacza.

Czy MVP to lider najlepszej drużyny?

Czy może zawodnik, którego indywidualne zdobycze są najbardziej imponujące?

Czy ten, który ma największy wpływ na wyniki swojego zespołu?

Czy ten, który najbardziej zadziwił?

Pewne jest, że MVP rzadko bywa nagrodą dla najlepszego zawodnika w NBA. Bo gdyby tak było, wszystkimi trofeami w tej dekadzie podzieliliby się Tim Duncan, Shaquille O'Neal i Kobe Bryant. Tymczasem Duncan wygrał dwukrotnie, a Shaq i Kobe ani razu (jedyne MVP O'Neala pochodzi z roku 2000).

Kryteria zmieniają się co roku wraz z nastrojami głosujących. W 2007 nagroda poszła z klucza "lider najlepszego zespołu" i przypadła Dirkowi Nowitzkiemu, który - bidulek - odbierał ją w grobowym nastroju, już po tym, jak jego Mavs odpadli w pierwszej rundzie play-off.

W tym roku pierwszym faworytem był Kevin Garnett , którego transfer do Bostonu przemienił Celtics z outsidera w potęgę NBA. Jednak, choć bostończycy zakończą sezon z najlepszym bilansem w lidze, szanse Garnetta zmalały niemal do zera. Nie byłoby sukcesu Celtów bez jego animuszu i talentów przywódczych, ale MVP to nagroda indywidualna. Czy można przyznać ją komuś, kto - jak KG - w rankingu najlepszych strzelców NBA z trudem mieści się w pierwszej czterdziestce, a własne statystyki ma najsłabsze od dziesięciu lat?

Z odwrotnych przyczyn skreślić trzeba LeBrona Jamesa . Jego indywidualne osiągnięcia są niesamowite: ze średnią 30,3 pkt stał się najlepszym strzelcem w NBA, do tego blisko 8 zbiórek na mecz i ponad 7 asyst. Tylko co z tego? Cavaliers grają gorzej niż przed rokiem, na słabiutkim Wschodzie zajmują dopiero czwarte miejsce. Gdyby los rzucił ich na Zachód - z takim bilansem (43 zwycięstwa, 36 porażek) nie awansowaliby nawet do play-off. Można LeBrona usprawiedliwiać kontuzjami współtowarzyszy i indolencją managementu, ale na MVP nie zasłużył.

Zostają więc Kobe Bryant (KB24) i Chris Paul (CP3).

Dla Bryanta tegoroczny sezon na pierwszy rzut oka wcale nie jest nadzwyczajny. Kobe rzuca mniej, niż przed rokiem (28,5 pkt vs 31,6) i duuużo mniej niż dwa lata temu, gdy dorobił się fenomenalnej średniej 35,4 pkt na mecz.

Wtedy jednak w głosowaniu na MVP poległ sromotnie. Czemu teraz miałoby być inaczej?

Ano temu, że Lakersi znów wygrywają. Z 55 zwycięstwami prowadzą (wspólnie z Nowym Orleanem) w tabeli Zachodu i są drużyną, której wszyscy się boją. Postęp jest równie spektakularny, co niespodziewany - przecież u progu sezonu krytycy nie dawali im szans, a sam Kobe żądał transferu "choćby na Plutona".

Sukcesy Lakers nie wynikają z jakiejś cudownej metamorfozy Bryanta. Podrosły rezerwy, przyszedł doświadczony Derek Fisher, świetnie spisywał się gołowąs Andrew Bynum, a po jego kontuzji Lakersom udało się ukraść z Memphis skrzydłowego Pau Gasola. Ale też Kobe - może dlatego, że wreszcie ma z kim grać - złapał równowagę między solowymi popisami a grą dla drużyny.

Gwiazda Kobego świeci swoim stałym blaskiem. Za to Chris Paul jest supernową. Jego Hornets też nikt nie wymieniał wśród faworytów na Zachodzie. To przecież drużyna, której jedynym zadaniem od lat było "robić tło". Jeszcze w połowie sezonu zwycięstwa Hornets traktowano z niedowierzaniem: wypalą się, połamią, czar pryśnie.

Wytrwali. Są rewelacją sezonu. Bezbłędne alley-oopy, którymi Paul wraz z centrem Tysonem Chandlerem katują swych rywali, przywołują pamięć innej firmowej zagrywki nie do zatrzymania: pick'n'rolla Stockton-Malone. A statystyki Paula - 21,1 pkt; 11,6 asyst - są lepsze, niż któregokolwiek rozgrywającego w tej dekadzie. Steve Nash podawał równie dobrze, rzucał o kilka punktów mniej - i na dwa tytuły MVP wystarczyło.

Czy CP3 też się powiedzie?

Chyba jednak nie. Nawet jeśli w końcowym bilansie Zachodu nowoorleańczycy wyprzedzą Lakersów, nagroda MVP należy się Bryantowi.

W imię zasad. Jest bowiem czymś groteskowym, że gracz uznawany przez swoich rywali za absolutny numer jeden w NBA, jeszcze ani razu tego najważniejszego wyróżnienia nie dostał. Najpierw dlatego, że grał u boku Shaqa, więc głosujący uznawali, że ma z górki. Później, bo miał kiepskich partnerów, więc wybitne statystyki nie przekładały się na bilans zwycięstw. Teraz zaś miałby zostać ukarany, bo ktoś wygrał o mecz więcej?

MVP, podobnie jak Oscary, nie jest nagrodą za całokształt osiągnięć. Ale przecież członkom Akademii Filmowej co pewien czas przypomina się, że w przeszłości kogoś pokrzywdzili, i starają się to poniewczasie wynagrodzić. Martina Scorsese pominięto przy "Taksówkarzu" i "Wściekłym Byku" a "Chłopcy z ferajny" przegrali z łzawym westernem "Tańczący z Wilkami". Scorsese doczekał się w końcu Oscara w 2006 r. za "Infiltrację", która nie jest filmem złym, ale do historii kina raczej nie przejdzie. Al Pacino nie dostał Oscara za wybitne role Franka Serpico, Michaela Corleone czy Sonny'ego w "Pieskim popołudniu". Został więc wyróżniony za uroczą, ale nie przełomową rolę niewidomego pułkownika w "Zapachu kobiety".

Lepiej późno, niż wcale.

Z tych samych przyczyn MVP NBA w roku 2008 zostanie Kobe Bryant.

Kronika towarzyska

Treningi z Dwightem Howardem nie należą do delikatnych. W tym sezonie Dwightowi udało się uszkodzić już trzech kolegów z drużyny - zwichnął nadgarstek Tony'emu Battie, znokautował łokciem Jameera Nelsona, a Brianowi Cookowi złamał rękę. Kolegów z drużyny pomścił nasz rodak Marcin Gortat, który łokciem rozbił Howardowi wargę. Trzeba było nałożyć sześć szwów, a Dwight stwierdził: - To może się źle odbić na mojej karierze modela.

Amare Stoudemire z Phoenix znowu starł się z Bruce'em Bowenem (San Antonio) - tym razem Bowen brutalnie potraktował łokciem żebra Amare. Stoudemire odgraża się, że podając się za nastolatkę, zaprosi Bowena do znajomych na serwisie społecznościowym MySpace - tylko po to, żeby wejść w posiadanie jego adresu domowego. - A potem go odwiedzę - grozi.

W czwartej kwarcie meczu z Cleveland New Jersey Nets trafili pierwszy rzut, po czym spudłowali 19 następnych. - Trzeba przyznać, że kilka akcji nam nie wyszło - przyznał potem Bostjan Nachbar.

Tako rzecze Shaq

- Dwight Howard Supermanem? Każdy może wygrać konkurs wsadów. Prawdziwy Superman nie żyje. Został zamordowany przez Pata Riley'ego. Jestem Wielki Kaktus. Dlaczego tak? Bo jestem stary i nikt nie ma pojęcia, co ze mnie za kaktus. Ale możecie być pewni, że jeśli ktoś mnie niewłaściwie dotknie, to zdrowo ukłuję w tyłek.

- Wciąż jestem najstraszniejszym 36-latkiem, jakiego kiedykolwiek stworzono - po wyjazdowym meczu z San Antonio.

Ciekawostki

Serwis www.nba.comodnotował w marcu ponad 191 mln odwiedzin, bijąc swój własny rekord wszech czasów. Dziennie nba.com zalicza ponad 5 mln wejść i blisko 24 mln odsłon. Tymczasem zapraszamy na nasz blog Supergigant - my też jesteśmy ambitni.

Najchętniej klikanymi zawodnikami są Kobe Bryant (2,5 mln odsłon), LeBron James (2,2 mln) i Allen Iverson (1,4 mln). Czwarty jest najlepszy wśród obcokrajowców Pau Gasol (1,3 mln). Piąty Shaq (1,2 mln), dalej Kevin Garnett, Dwight Howard, Tracy McGrady, Steve Nash i Dwyane Wade.

Wśród obcokrajowców za Gasolem i Nashem jest nieoczekiwanie Hiszpan José Calderon, dalej Chińczycy Yao Ming i Yi Jianlian. Dopiero szósty jest Dirk Nowitzki, tuż przed Juanem Carlosem Navarro, Hedo Turkoglu, Andreą Bargnanim i Manu Ginobilim. Nie wiemy, niestety, jak często klikano w Marcina Gortata.

Najchętniej klikanymi drużynami są w tym sezonie Los Angeles Lakers (50 mln odsłon), Phoenix Suns (34 mln) i Boston Celtics (33 mln). Dalej Miami Heat i Cleveland Cavaliers. San Antonio Spurs nie ma w pierwszej dziesiątce. Ciekawe, prawda?

Złota myśl

- Usiądę w hotelu, włączę telewizor i obejrzę mecz, wypijając kilka drinków. Bo co niby miałbym robić? Siedzieć i obgryzać paznokcie? Już dawno ich nie mam - Don Nelson o meczu Denver Nuggets - Houston Rockets. Zwycięstwo Rakiet może przywrócić Golden State Warriors szansę na awans do play off.

Kto z tej dwójki powinien Twoim zdaniem dostać nagrodę MVP?