Rafał Stec: Rooney i Ronaldo - najpiękniejsza para na świecie

Wayne Rooney to cichy bohater sezonu, niezwykły przypadek cudownego dziecka poświęcającego dla drużyny.Wkłada tak wiele energii w walkę i mrówczą pracę, że czasem zwyczajnie nie wystarcza mu tchu, by jeszcze czarować w polu karnym. Co jednak ostatecznie drużynie się opłaca. Fajerwerki odpala Ronaldo
Manchester prawie pewny mistrzowskiego tytułu

Nie chciałbym być posądzany o żadne perwersyjne popędy, więc z góry zaznaczam, że tytuł zapożyczyłem z języka włoskich dziennikarzy, którzy próbowali ładnie zapowiedzieć przyjazd do Rzymu na mecz Ligi Mistrzów Cristiano Ronaldo oraz Wayne'a Rooneya. Nie mam bladego pojęcia, czy ironizowali, czy rzeczywiście uwodzi ich ekscentryczny typ urody Rooneya, ale terminologię polubiłem. Trafili w mój czuły punkt - mam powyżej uszu serenad pisanych z miłości do Ronaldo, jeśli jego partnerowi z napadu Manchesteru United uczucia nie wyznaje nikt. Albo, jeśli o czymś nie wiem, prawie nikt.

Słowa "partnerowi z napadu" piszę ze specjalnym naciskiem, bo uparte podkreślanie, że portugalski czarodziej jest skrzydłowym, sensu ma niewiele, wynika raczej z naturalnej dla naszych czasów potrzeby codziennego konsumowania rekordów i wydarzeń historycznych. Gdyby uznać Ronaldo za klasycznego snajpera, jego 37 goli budziłoby ogromny szacunek, ale nie byłoby wyczynem bezprecedensowym. Gdy natomiast wciśniemy do kibicowskich głów, że ustawienie drużyny skazuje go na sterczenie w okolicach linii bocznej, piszemy materiał na szczyt listy przebojów. I właśnie obsesyjne polowanie na przeboje przesłania zdrowy rozsądek. Kto by tam czekał, aż wschodząca gwiazda rzeczywiście zdystansuje wszystkich znakomitych poprzedników, komu by wystarczyło wyliczanie małych rekordów i wróżenie wielkich w przyszłości. Ronaldo ma być graczem wszech czasów tu i teraz, Ronaldo musi dawać powody do obklejania go przedrostkami super, hiper i mega, a jeśli prawda będzie zupełnie inna, to tym gorzej dla prawdy.

W tych okolicznościach polowanie na megahit musiało zakończyć się pełnym sukcesem. I się zakończyło. Wybrzmiały werble, Big Ben się pokłonił, królowa zaczęła sprawdzać pod kanapami w pałacu Buckingham, czy nie zapodział się jeszcze jeden order Imperium Brytyjskiego. Wyspiarze obwieścili, że Ronaldo stał się najbardziej bramkostrzelnym skrzydłowym, jakiego kiedykolwiek oglądała Anglia, skuteczniejszym nawet - oto klucz do kreowania wizerunku - od legendarnego George'a Besta.

Tymczasem Portugalczyk specjalnego traktowania - naginania, wręcz zakłamywania faktów - wcale nie potrzebuje. Jest fantastycznym piłkarzem, który utrzymuje fantastyczną formę przez cały sezon, fantastycznie drybluje i strzela fantastyczne gole, nadając piłce rotację porównywalną z arcydziełami wykopanymi przez Davida Beckhama czy Andreę Pirlo.

Tyle że z klasycznym skrzydłowym ma niewiele wspólnego. Często uderza na bramkę z pola karnego lub sprzed pola karnego, często wypatruje precyzyjnego dośrodkowania Rooneya, teoretycznie środkowego napastnika. Teoretycznie, bowiem taktyczny plan Aleksa Fergusona tradycyjnie rozumianego środkowego napastnika w ogóle nie przewiduje. Trener Manchesteru United udoskonalił koncept, który wcześniej wykuł w Romie Luciano Spalletti - atak oparty na ciągłej wymianie pozycji i nieustającym ruchu wszystkich zawodników grających przed defensywą, będący kolejną wariacją futbolu totalnego. Ten styl nie toleruje klasycznego, zrośniętego z polem karnym snajpera, bo na połowie przeciwnika cały czas się kotłuje, by zdezorientować i zamęczyć jego obrońców. Potrzebuje natomiast piłkarza - zresztą nie tylko na tej pozycji - ruchliwego, wszechstronnego, niezmordowanego.

Ideałowi na imię Wayne Rooney. To stachanowiec zdolny zaorać murawę na całej szerokości i długości boiska, co rusz zapuszczający się pod linie boczne, stale naciskający i przyduszający rywali, którzy żyją pod presją od pierwszego po ostatni gwizdek. Cichy bohater sezonu, niezwykły przypadek cudownego dziecka nie tyle nawet dla drużyny harującego, co się dla niej poświęcającego. Czasem, kiedy Rooney w sprzyjających mu okolicznościach pudłuje lub oddaje strzał niespecjalnie groźny dla bramkarza, odnoszę wrażenie, że zwyczajnie nie wystarcza mu tchu. Że wkłada zbyt wiele energii w walkę i mrówczą pracę, by jeszcze czarować w polu karnym i bezlitośnie wykorzystywać każdą dogodną okazję na bramkę. Co jednak ostatecznie drużynie się opłaca. Fajerwerki odpala Ronaldo.

Obwołuję Rooneya przypadkiem niezwykłym, bo tacy jak on - domniemani geniusze o wcześnie rozpoznanym talencie, rozpieszczani od czasów szczenięcych przez skorą do przesady angielską prasę - mają prawo być zepsuci. Dorastają w przeświadczeniu, że są nadzwyczajni, rozanieleni komentatorzy przepowiadają im rolę mistrzów ceremonii, naród czeka z zapartym tchem, kiedy powalą na kolana resztę świata.

22-latek z Old Trafford nie zachorował na manię wielkości. Na boisku lubi umierać za kolegów i nie ma pretensji, jeśli skradną mu show. Czy jest, podobnie jak Ronaldo, piłkarzem dla Manchesteru niezbędnym? Kim Ronaldo byłby bez niego?

Potwierdzenia nękających mnie od dawna podejrzeń, że reprezentant Anglii jest graczem wprost skandalicznie niedocenianym, postanowiłem poszukać w nagich faktach. Odkrycia nawet mnie - bezkrytycznego wielbiciela jego talentu - wprawiły w zdumienie. Otóż wszystkie cztery porażki poniesione w ligowym sezonie 2007/08 przez drużynę MU łączy jedno: nie dołożył do nich nogi Rooney. Nie zagrał on w derbach Manchesteru (dwukrotnie), z West Hamem, z Boltonem. Jego drużyna strzeliła w tych meczach ledwie jednego gola.

Pozostałe sześć ligowych spotkań, które opuścił Rooney, również nie wypadło, jak na standardy "Czerwonych Diabłów", okazale. Tylko Blackburn udało się wbić dwa gole i tylko wówczas do siatki trafiał Ronaldo (Jego też, zaznaczmy gwoli ścisłości i sprawiedliwości, w kilku z wymienionych słabszych występów brakowało. Ale absencje Portugalczyka nie wiążą się z porażkami drużyny tak ściśle).

Statystyk nie absolutyzuję, w liczbach poszperałem dla potwierdzenia własnych obserwacji, a nie wiedziony chęcią udowodnienia za wszelką cenę, że Rooney jest lepszym piłkarzem niż Ronaldo. Nie jest. Wcale nie zamierzam wywracać hierarchii wyznaczanej przez medialny rozgłos, one przecież wynikają z fenomenalnej formy sportowej Portugalczyka, a nie dlatego, że przy koledze z drużyny wygląda jak piękny przy bestii.

Znalezione dane oddaję tylko pod rozwagę wszystkim, którzy nałogowo objadają się statystykami najbardziej elementarnymi, mierząc wartość piłkarzy nominalnie ofensywnych wyłącznie liczbą zdobytych bramek. Którzy zawierzą kuriozalnym nominacjom na gracza sezonu w Premier League (mój bohater jej nie dostał, przegrał z Ronaldo, Gerrardem, Jamesem, Torresem, Fabregasem i Adebayorem) i młodego gracza sezonu w Premier League (niebywałe, ale też przegrał! - z Ronaldo, Torresem, Fabregasem, Richardsem, Ashleyem Youngiem i Agbonlahorem). Którzy namolnie zrzędzą, że Rooney, owszem, wielkim piłkarzem jest, ale strzela trochę mało, oj wstyd, przecież nie wypada, jak taki z niego świetny snajper, to powinien gole dostarczać pękatymi worami.

Gdyby dostarczał, byłby skończoną doskonałością. A w futbolu doskonałość wykuwa się żmudną pracą grupową. Zazwyczaj - żmudną. Czasem, jak w pięknej parze młodych z Manchesteru, urzekającą.

Zajrzyj na blog Rafała Steca