Listkiewicz jest mądry po szkodzie

- Patrząc na korupcję w piłce, prezesem byłem o cztery lata za długo. Ze względu na Euro 2012 uważam, że jestem nim o cztery za krótko. Ale 14 września tego roku odchodzę definitywnie - mówi ?Gazecie Wyborczej? i portalowi Sport.pl prezes PZPN Michał Listkiewicz
Kto zmusił Listkiewicza do odejścia?

"Listkiewicz pokazał gest Kozakiewicza"

Robert Błoński: W ostatnich dwóch latach sześć razy obiecywał pan, że odchodzi z funkcji prezesa PZPN. I nigdy nie dotrzymał słowa.

Michał Listkiewicz: Bo nie było zjazdu wyborczego. Powiedziałem, że nie będę kandydował na najbliższym zjeździe. I 14 września kandydował nie będę.

To trzeba było zorganizować wybory wcześniej, skoro nie chciał pan już być prezesem.

- Nie można było. Są określone procedury prawne, które to regulują. Nowego prezesa musi zaakceptować m.in. UEFA i FIFA. Najpierw muszą być wybory w związkach regionalnych, później w PZPN.

W 2006 roku mówił pan: za trzy miesiące nie będę prezesem.

- Tak mówiłem, bo pan minister Lipiec i kurator Rusko wymyślili sobie, że kolejne wybory będą wiosną 2007. Z góry nierealne, bo naruszyłoby to statut.

Trzeba było wtedy tak mówić, a nie obiecywać odejście.

- Nie moja wina, że przekładano wybory. Ja bym odszedł wcześniej, choć nie wiadomo, czy w takiej sytuacji 18 kwietnia 2006 roku UEFA przyznałaby nam i Ukrainie organizację Euro w 2012 roku.

To trzeba było odejść dzień po wyborze. W chwale tego, który dał Polsce Euro.

- A dlaczego miałem to zrobić?

Korupcja w piłce, którą pan zarządzał nie jest wystarczającym powodem?

- A ile było aresztowań wśród celników czy policjantów albo lekarzy? Ministrowie odchodzili? Nie. I słusznie, bo nie ma powodów, by minister zdrowia podawał się do dymisji za nieuczciwych lekarzy. My nie jesteśmy od ścigania przestępców, od tego jest policja, prokuratura i sąd. Ja rezygnuję, bo jestem niesprawiedliwie wdeptany w ziemię, zaszczuty.

W poniedziałek w programie w TVP2 wystąpił sędzia piłkarski wyrzucony ponoć z organizacji, bo nie brał łapówek. Wiem, że wyrzucono go, bo okradał kolegów. Kiedy się kąpali, wyciągał im pieniądze z portfeli. Takie jest kreowanie "gwiazd" i ludzi uczciwych, którym karierę zniszczył PZPN. Ja wymieniłem czterech szefów sędziów.

Jak według pana wyglądała walka PZPN z korupcją?

- Zdegradowaliśmy kilka klubów. Zawiesiliśmy 48 osób - wszystkich sędziów, obserwatorów wzywanych do prokuratury we Wrocławiu. Nie mogą funkcjonować w futbolu do czasu wyroku sądowego. Półtora roku temu Andrzej Strejlau rozwiązał organizację sędziowską. Od tego czasu tysiąc sędziów na 9,5 tys. nie przeszło weryfikacji albo się jej nie poddało. Środowisko liczy 450 tysięcy piłkarzy, dziesięć tysięcy arbitrów. Nie wszystko, co zrobią, jest winą PZPN, choć media prześcigają się, kto nam mocniej przyłoży. Ja już to przeżyłem za ministra Lipca. Wszyscy mówili: "Odejdź". Zostałem, choćby po to, by przeżyć wspaniały dzień 18 kwietnia w Cardiff, gdzie dostaliśmy Euro 2012.

Ale 19 kwietnia można było powiedzieć "pas".

- Dlaczego?

Żeby pana nie zaszczuwali.

- Ale to mój wybór, moje życie.

Ale teraz żali się pan na to.

- Żalę się na niesprawiedliwość i kłamstwa. Ale będę z tym żył. Jak zamordowano moją mamę sześć lat temu, zadano jej 26 ciosów nożem. Zmarła przy 22. Ja dostałem już około dwudziestu ciosów, od dziennikarzy. Ale będę żył. Rana po nożu się goi, po słowie - nigdy.

Jest pan masochistą?

- Może... Pochodzę z uczciwej rodziny Koszutskich herbu Leszczyc. Jestem 32. pokoleniem i jestem z tego dumny. Nie pozwolę się zaszczuć. Odejdę wtedy, kiedy ja o tym zdecyduję. A nie ktoś inny. Ta data to 14 września.

Zawsze można znaleźć jakieś wytłumaczenie, że się nie zdążyło i wybory trzeba przesunąć.

- Nie tym razem. W poniedziałek wysłałem pismo do wszystkich klubów i związków wojewódzkich, że zjazd wyborczy jest 14 września. Do 14 czerwca prosimy o podanie nazwisk delegatów. Licznik został włączony. Gdyby w Polsce słowo dymisja łączyło się z honorem, zasadami, poczuciem odpowiedzialności - złożyłbym ją dwa lata temu. W Polsce dymisja jednak znaczy: ma coś na sumieniu, bo ucieka. Dymisja została na mnie i zarządzie wymuszona, ale ja się na to zgodziłem.

A zostałby pan na kolejną kadencję?

- W normalnej sytuacji tak. Byłbym prezesem do 2012 roku. Radzili mi to m.in. szef UEFA Michel Platini i prezydent ukraińskiej federacji Hrihorij Surkis. Teraz płacę cenę za to, że wszyscy mieli wrażenie, iż w polskiej piłce wszystkim zajmuje się Listkiewicz. Sam jednak do tego doprowadziłem. Żaden prezes nigdzie nie tłumaczy się z tego, że aresztowano jakiegoś trenera albo na meczu III ligi pobili się chuligani. Ma od tego ludzi.

Może miał pan nieodpowiednich współpracowników?

- Nie. Moją głupotą wynikającą trochę z próżności, była dostępność dla mediów i wypowiedzi na każdy temat. Trzeba było powiedzieć, że od tego są w PZPN inni.

Po co był niedzielny zjazd?

- Żeby znaleźć rozwiązanie na kary za korupcję w polskiej piłce.

Znaleziono?

- Nie.

Więc był bez sensu?

- Muszę przyznać, że powinniśmy byli go odwołać. Wszystko posypało się w piątek, dwa dni przed zjazdem, kiedy minister Ćwiąkalski przysłał do nas pismo z informacją, że w korupcję zamieszanych może być nawet 29 klubów. Naszą propozycją była koncepcja ekstraklasy odczytana przez pana Masiotę. Czyli odstąpienie od degradacji i zastąpienie jej wysokimi, idącymi w miliony złotych grzywnami i ujemnymi punktami. W niedzielę ratowałem sytuację, nie dopuszczając do głosowania nad projektem okręgów, który zakładał sezon przejściowy, by wszystkie kluby grały razem w jednej lidze. Działacze okręgów intencje mają może i niezłe, ale ich propozycja jest sprzeczna ze statutem i zobowiązaniami wobec Ekstraklasy.

Istnieje opinia, że tzw. teren, czyli działacze z okręgów, spisali pana na straty. I teraz szukają nowego kandydata, który znowu będzie ich zakładnikiem.

- Byłem niewolnikiem złej struktury PZPN, którą odziedziczyłem po poprzedniku...

Miał pan dziewięć lat na zmiany.

- Nowy zarząd będzie zmniejszony z 35 do 18 osób. Nie będzie w ogóle prezydium. Zostanie komisja ds. nagłych. Delegatów przyjedzie trochę więcej niż stu, teraz było prawie dwustu. Kluby I ligi mają dwóch delegatów, II - po jednym. Województwa - w zależności od wielkości - od czterech do sześciu. Futsal i związek zawodowy piłkarzy po jednym, a piłka kobieca - dwa mandaty. Proporcje będą takie: 45 procent delegatów zawodowców, a 55 - amatorów. W PZPN, w Warszawie, zatrudniam w biurze młodych ludzi. Ale nie mam wpływu na to, co dzieje się w okręgach. Delegatów zgłaszają same. Nie wiem, czy osoby, które teraz były w zarządzie i złożyły dymisje, zdecydują się kandydować we wrześniu.

A czy teren mnie poświęcił? Nie musiał. Sam rezygnuję.

Ale nad ofertą Ekstraklasy nawet się nie pochylili.

- Jesteśmy niewolnikami struktury. Chciałem nawet dziewięcioosobowego zarządu. Nie było zgody. Żeby zmienić zarząd, trzeba było zmienić statut. Do tego potrzeba było specjalnego zjazdu PZPN, a potem czekaliśmy na rejestrację w sądzie. Sąd odrzucił statut i kazał wprowadzić poprawki. Zrobiliśmy to, więc znowu czekamy na rejestrację. Nie można mieć pretensji do sądu, my nie gramy na czas. Przestrzegamy procedur.

A co zdarzy się na zjeździe 11 maja?

- Musi zapaść decyzja w sprawie kar dla klubów za korupcję. A dotąd PZPN nie miał własnej propozycji jak karać. To był błąd.

A jak pan by karał?

- Nie wiem, jestem zagubiony. Zostałbym przy wielkich karach finansowych i ujemnych punktach. Niech kluby płacą tyle, ile dostaną z Canal+. Wszystkie pieniądze.

Kto będzie kandydatem na pana następcę?

- Z mediów wiem o Tomaszu Jagodzińskim, Ryszardzie Czarneckim, Grzegorzu Lacie oraz Kazimierzu Marcinkiewiczu i Janie Krzysztofie Bieleckim. Jurek Engel chce zostać w Wydziale Szkolenia.

Prezesem może zostać ktoś, kto nie jest delegatem na Zjazd?

- Tak, ale musi mieć poparcie minimum piętnastu podmiotów, czyli np. wszystkich klubów I ligi albo II albo okręgów. Każdy podmiot może zgłosić jedną, dwie lub trzy kandydatury. Nie będę się angażował w poparcie dla kogokolwiek. To mógłby być dla niego "pocałunek śmierci". Kandydaci będą i ze środowiska, i spoza. Wszystkich lubię. Nie umiem nienawidzić. Nowy prezes będzie musiał usprawnić system zarządzania, zmienić struktury, wprowadzić dyrektora generalnego i dział marketingu oraz PR. Mój następca nie może mieć na głowie tyle, co ja sam sobie wziąłem. Od razu musi podzielić zadania i jasno powiedzieć, kto i za co odpowiada. To powinna być osoba, która reprezentuje nasz futbol w kraju i za granicą, której nazwisko otwiera wiele drzwi.

A co pan będzie robił po 14 września?

- Jestem pełnomocnikiem UEFA ds. Euro 2012 w Polsce. Będę miał biuro w PZPN razem z Adamem Olkowiczem i kilkoma młodymi wykształconymi, znającymi języki chłopakami. Będę reprezentował polski futbol wobec władz UEFA w sprawach Euro. Z tej funkcji odwołać mnie może tylko Michel Platini. A w 2009 roku może wystartuję w wyborach do komitetu wykonawczego UEFA. W ogóle nie będę się nawet interesował tym, co dzieje się w sprawach dyscyplinarnych, sędziowskich. Będę miał więcej czasu dla rodziny, bo strasznie ją zaniedbałem.

Już panu mówiłem, mógł Pan zrezygnować wcześniej.

- Gdyby minister Lipiec rozegrał wszystko na zasadzie dialogu, wspólnego znalezienia wyjścia z sytuacji, a nie pistoletu przystawionego do głowy, może bym odszedł dwa lata temu. Zareagowałem obronnie, zawziąłem się. I zostałem. Dziewięć lat byłem prezesem.

O ile za długo?

- Gdyby nie było Euro 2012 w Polsce powiedziałbym, że nawet o cztery, że w 2004 nie powinienem startować na drugą kadencję. Ze względu na Euro prezesem będę jednak o cztery lata za krótko. Mam nadzieję, że na moje miejsce przyjdzie człowiek, który wszystko, co było złe, usprawni, ale i nie zepsuje tego, co dobre. Dajcie mi teraz odetchnąć. Przyznałem się do błędów i zaniechań, przeprosiłem. Pewnie za późno, ale czasu nie cofnę. Listkiewicz jest mądry po szkodzie.

Marcinkiewicz szefem PZPN?