Sylwia Gruchała: Lubię luksus. Lubię się bawić. Ale w Pekinie nie pęknę

- Straciłam motywację. Kiedyś liczyła się tylko szermierka, nagle inne rzeczy zaczęły być ważne. Ale to już za mną. Igrzyska w Pekinie dają mi kopa - zapewnia Sylwia Gruchała
- Szermierka zaczyna się od...

- Szyi w górę.

- Szermierki można nauczyć...

- Nawet szympansa. Nauczę go poruszania się po planszy, szermierczego abecadła. Choć walczyć już go nie nauczę.

- Floret trzeba trzymać jak...

- Ptaszka. Żeby go nie udusić, ale żeby też nie uciekł. Maksymę XVIII-wiecznego włoskiego fechmistrza Agrippy przypominam zawodniczkom - mówi Tadeusz Pagiński, trener kadry florecistek. - Kiedyś myślałem, że o szermierce mógłbym napisać kilkutomową książkę. Dziś wiem, że całą wiedzę można zawrzeć w tych kilku zdaniach.

Na treningu też najlepsza

Wtorek, godz. 9.20. Gruchała wbiega po wąskich schodach do hali nr VII Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu w Gdańsku. Za 10 minut zacznie się trening.

Na ścianach mnóstwo zdjęć z ubiegłych lat. Pełna demokracja - medaliści olimpijscy wiszą w towarzystwie juniorów. Na największym zdjęciu - Ryszard Sobczak, medalista z Barcelony i Atlanty.

Pagiński rozpoczyna w końcu sali trening z Magdaleną Knop. Pozostałe zawodniczki truchtają wokół sali, rozciągają się. Sylwia ubrana w czarny dres i żółtą koszulkę ćwiczy z Magdaleną Mroczkiewicz. Biegną obok siebie, żartują.

Godz. 9.50. Atmosfera zmienia się, gdy Pagiński kończy zajęcia z Knop. Rozmowy milkną, dziewczyny ustawiają się na planszach. Rozpoczynają walkę z cieniem. Ćwiczą trzy razy po trzy minuty, bo tyle trwają turniejowe walki. Gruchała porusza się po planszy szybciej od koleżanek.

- To mało przyjemna część treningu - przyznaje później. - Męcząca i monotonna. Po tylu latach można się znudzić.

10.07. Florecistki przebierają się w stroje szermiercze.

- Pracujemy nad celnością trafień i umiejętnością koncentracji - tłumaczy nam Pagiński.

Ćwiczy sześć zawodniczek. Oprócz Gruchały - Mroczkiewicz, Karolina Chlewińska, Knop, Aurelia Has i Agnieszka Kulczycka. Dziewczyny na zmianę walczą ze sobą, jedna zawsze sędziuje.

Najlepsza jest Gruchała - na dziesięć pojedynków wygrywa osiem. Trening kończy się kilka minut po 11.

Szczęście do ludzi

Gruchała: - Kiedy miałam 15 lat, życie zmusiło mnie, bym wydoroślała. Zmarł ojciec, mama od wielu lat mieszkała w USA. Sama musiałam decydować, co jest dla mnie dobre, a co złe. Miałam szczęście, że trafiłam na szermierkę. Była odskocznią, szansą na spełnienie marzeń. Miałam też szczęście do ludzi, którzy potrafili mną pokierować. Moją pierwszą trenerką była Ania Sobczak, później trafiłam do Longina Szmita. Dużo mu zawdzięczam. Miał świetne podejście. Byłam dzieckiem trudnym, zbuntowanym. Lubiłam trenować i dawałam z siebie wszystko, ale brakowało mi systematyczności - opuszczałam treningi, wagarowałam. Trener mi nie odpuszczał, często karał. Był surowy, zasadniczy. I miał rację. Od 2000 r. trenuję w grupie Pagińskiego. I znów miałam szczęście.

Shopping - nie, clubbing - tak

Czy hobby Gruchały to nadal zakupy? - Ludzie się zmieniają - uśmiecha się. - Wciąż lubię ciuchy, ale już nie łażenie po sklepach. Wciąż lubię się stroić, ładnie wyglądać. Lubię luksus. Ten, kto twierdzi, że go nie lubi, pewnie go nie dotknął. Ale od luksusu nie jestem uzależniona. Gdyby życie mnie zmusiło, z wielu rzeczy mogłabym zrezygnować.

Ma 27 lat, ale jest już zabezpieczona finansowo. Nie tylko dlatego, że medal olimpijski zapewnił jej emeryturę - wysokości średniej krajowej - którą sportowiec dostaje po ukończeniu 35 lat.

Niedawno kupiła mieszkanie nad morzem w Gdańsku, kilkaset metrów od plaży.

- Sama wymyślałam wnętrze, architekt był przerażony. Ale chcę się czuć dobrze we własnym domu. Mam ogromne łóżko, wielką wannę... Ostatnio kąpałam się z siostrą i koleżanką. Zmieściłyśmy się!

Gruchała nie ukrywa, że lubi się bawić. Kiedy ma wolny weekend, odwiedza knajpy w Sopocie. - Nie uważam, że sportowiec musi siedzieć w domu. Uwielbiam tańczyć, to mnie odstresowuje. Lubię wypady z przyjaciółkami. Kocham kobiecą energię, dziewczyny dodają mi sił.

W 2004 r. w plebiscycie "Wysokich Obcasów" na Polkę Idolkę III Rzeczypospolitej Gruchała zajęła 24. miejsce. Przed Hanną Suchocką, Joanną Brodzik czy Renatą Beger. Sama przyznaje, że teraz byłaby niżej.

Tymczasem...

W ubiegłym roku miała odważną sesję dla magazynu "CKM".

- Jestem kobietą i nie wstydzę się swojego ciała. Już wcześniej miałam podobne propozycje, ale byłam dzieckiem. Teraz dojrzałam. I jestem zadowolona z tej sesji.

Wkrótce Gruchałę będzie też można zobaczyć w teledysku grupy Feel do piosenki "Jak anioła głos".

- Z propozycją zwrócił się menedżer zespołu. Zgodziłam się bez wahania, zawsze chciałam wystąpić w teledysku. Tym bardziej, że lubię Feel. Przed startami słucham "Pokaż na co się stać". To bardzo sportowa piosenka...

Bez liderki ani rusz

W reprezentacji trwa rywalizacja o miejsce w drużynie olimpijskiej, która może zdobyć złoto w Pekinie. W zespole będą cztery florecistki, aby mieć szansę do niego trafić, trzeba zdobyć odpowiednią liczbę punktów w zawodach międzynarodowych. Na razie warunek spełniły: Gruchała, Małgorzata Wojtkowiak, Knop, Chlewińska i Martyna Synoradzka. Z drużyny, która przed rokiem zdobyła mistrzostwo świata w Rosji, o minimum nie musi martwić się więc tylko Gruchała. Mroczkiewicz, Katarzyna Kryczało i Anna Rybicka mają coraz mniej czasu. Pierwszym dwóm została ostatnia szansa - na zawodach Pucharu Świata w Hawanie w czerwcu Mroczkiewicz musi być w szesnastce, a Kryczało w "32". Rybicka, ponieważ z powodu kontuzji później zaczęła sezon, ma trzy szanse - na zawodach w Seulu, Tokio i Hawanie. By zdobyć minimum olimpijskie, wystarczy, że w każdym z turniejów będzie w "32".

W drużynie na Pekin na pewno będą dwie pierwsze florecistki z rankingu. Pozostałe dwie wybierze Pagiński.

- Drużyna to niekoniecznie cztery najlepsze zawodniczki. Liczy się też chemia. Ważne jednak, aby drużyna miała lidera, bez niego nie istnieje. Jeśli Włoszki nie miałyby Valentiny Vezzali, to - choć jej rodaczki to także wielokrotne mistrzynie świata - nie weszłyby do czwórki. U nas liderem jest Sylwia.

W turnieju drużynowym wystartuje osiem zespołów. Od razu rozegrane zostaną ćwierćfinały. Jedno zwycięstwo i drużyna jest w strefie medalowej. O rozstawieniu przed turniejem zdecyduje ranking. Na razie Polska jest na drugim miejscu, za Rosją. Warto powalczyć o lidera, bo na igrzyskach trafi się wtedy na Egipt - najsłabszą drużynę.

Skład polskiej drużyny trener poda po 12 czerwca, po zawodach w Hawanie.

Nie ma to, jak dowcip Agaty

W Sydney Gruchała startowała jako 19-latka, zdobyła srebro w drużynie. Ożywia się na pytanie o wspomnienia.

- Pamiętam uczucie, gdy wchodziłam na stadion podczas ceremonii rozpoczęcia. Pomyślałam - co ja tu robię, taki młody oszołom. W wiosce olimpijskiej mieszkałam z Agatą Wróbel [brązowa medalistka w podnoszeniu ciężarów]. Niesamowita dziewczyna - ma tyle pozytywnej energii. Do dziś pamiętam dowcipy, którymi sypała. Nie będę ich powtarzać, dużo przeklinała. Pamiętam też pojedynek o wejście do czwórki z Chinkami. Kończyłam rywalizację. Przegrywałyśmy 36:38, ale udało mi się wyciągnąć wynik i wygrałyśmy dwoma punktami.

W Atenach nie rozgrywano drużynowego turnieju florecistek. Gruchała startowała w turnieju indywidualnym. Liczyła na złoto, skończyło się na brązie.

- Wtedy byłam zawiedziona, ale dziś inaczej na to patrzę. To był sukces.

Chińscy taksówkarze

Gruchała denerwuje się, gdy pytamy ją o postulaty, aby sportowcy manifestowali podczas igrzysk sprzeciw wobec sytuacji w Tybecie.

- Dlaczego miesza się w to politykę? Igrzyska to zawody sportowe, marzenie i cel wszystkich sportowców. To nie my zdecydowaliśmy przed sześciu laty, że igrzyska odbędą się właśnie w Chinach, nie mieliśmy na to wpływu. A Tybet jest przecież okupowany od lat. Dlaczego nikomu z ludzi decydujących o miejscu igrzysk, to nie przeszkadzało? Dlaczego teraz mają za to odpowiadać sportowcy?

Florecistka przyznaje jednak, że nie przepada za Chinami. - Nie podoba mi się tam. Kiedy jestem w Chinach, czuję niepokój - zdradza. - Przed kilku laty w Pekinie, podczas zawodów PŚ, zgubiłam się na pchlim targu. Dziewczyny z reprezentacji odjechały już do hotelu, ja zostałam dłużej. Gdy chciałam wracać, okazało się, że żaden z kilkunastu taksówkarzy nie rozumiał mnie, gdy podawałam nazwę hotelu. Poryczałam się. Na szczęście w pobliżu była ambasada amerykańska. Tam mi pomogli. Zamówili taksówkę, wytłumaczyli, gdzie ma mnie zawieść.

W Pekinie nie pęknę

Przez kontuzję ścięgna Achillesa Gruchała zamiast w listopadzie treningi zaczęła dopiero pod koniec stycznia.

- Achilles daje mi się we znaki od dwóch lat - mówi. - Na planszach walczę już od 15, wyeksploatowałam organizm. Zimą nie obyło się bez zastrzyków. Teraz już o tym nie myślę. Mam wrażenie, że nadrobiłam zaległości.

Ostatnie wyniki są jednak słabe.

- Mam obniżkę formy - przyznaje Gruchała. - Przed Atenami wygrywałam z najlepszymi, nie schodziłam z podium. Teraz tak nie jest, ale mam za to większe doświadczenie. Walczyłam już na dwóch igrzyskach, wiem, z jakim stresem wiąże się taki start. W Pekinie raczej nie będzie niespodzianek - zdecyduje doświadczenie, odporność na stres. Tam trwa wojna psychologiczna, a ja nie pęknę. O czym będę myśleć przed walką? Sztuką jest nie myśleć.

Na co Gruchała liczy w Pekinie? - Nie powiem, że jadę po medal - odpowiada po chwili wahania. - Jadę, aby się sprawdzić. Igrzyska to wyzwanie. Na pewno nie odpuszczę.

Z przekonaniem mówi, że jej najgroźniejszymi rywalkami będą Włoszki: Vezzali (34 lata) i Giovanna Trillini (37).

- Mimo upływu lat, są niesamowite. Każda zawodniczka ma swój styl, trzeba pamiętać o jej dobrych stronach. Ale najważniejsze jest w nas. Liczy się koncentracja, świadomość własnych mocnych stron, wiara w siebie. A ja wierzę.