Czy Warszawa nie lubi tenisa?

Średnio po 400 osób dziennie oglądało na kortach Warszawianki turniej pokazowy Suzuki Warsaw Masters z udziałem światowych gwiazd kobiecego tenisa. To bardzo mało, biorąc pod uwagę, że do Polski przyjechała m.in. Lindsay Davenport, jedna z najlepszych tenisistek świata ostatniej dekady i Swietłana Kuzniecowa, czwarta rakieta globu, która we wspaniałym stylu wygrała wczoraj w finale z Marią Kirilenko. Frekwencji nie uratowały też Jelena Dementiewa, Agnieszka Radwańska i Marta Domachowska. Poza niedzielą, gdy zapełniła się niemal cała trybuna VIP-owska, kibiców było jak na lekarstwo.
Dyrektor turnieju Stefan Makarczyk wykonał kawał dobrej roboty, ratując turniej tenisowy w Warszawie, gdy po zmianach w kalendarzu federacji WTA i wycofaniu się sponsora, zlikwidowano J&S Cup. Do zainwestowania w pokazową imprezę 2 mln dol. przekonał prywatnych sponsorów i urząd miasta. I chwała mu za to, bo jego rolą jest organizowanie takich imprez i propagowanie tenisa. Jako dziennikarz piszący o tym sporcie jestem mu wdzięczny, bo cztery dni z gwiazdami to nie był dla mnie czas stracony.

Dlaczego na największą imprezę sportową w stolicy nie przyszli kibice? Nie będę po raz kolejny powtarzał, że bilety po 100 zł były za drogie, bo skutecznie przekonano mnie, że to nieprawda. Wejściówki na Rolling Stonesów są droższe, a fani walą na ich koncerty drzwiami i oknami. Racja. Cena nie gra więc roli.

Do niskiej frekwencji trzy grosze musiał więc dołożyć długi weekend, nienajlepsza pogoda, choroba Agnieszki Radwańskiej, transmisje w telewizji i fakt, że to była pokazówka, a nie walka na punkty. Innej możliwości po prostu nie widzę. W to, że Warszawa nie lubi tenisa, najzwyczajniej nie wierzę.