Robert Kubica dla Sport.pl: Ferrari nie jest moim marzeniem

Chciałbym wygrywać, ale zdaję sobie sprawę, że nie jesteśmy jeszcze na to gotowi. Chociaż zawsze może zdarzyć się dziwny wyścig - np. nagle zacznie padać albo Ferrari będzie miało dwa defekty. Wtedy jest szansa - mówi polski kierowca przed Grand Prix Turcji.
GP Turcji: Hat-trick Massy, Kubica tuż za podium

Massa - turecki Maestro

Łukasz Cegliński: Czytelnicy "F1 Racing" z całego świata wybrali pana 50. najlepszym kierowcą w historii F1.

Robert Kubica: Jakoś mnie to specjalnie nie interesuje, choć oczywiście cieszy.

A gdyby pan miał wybrać swoją piątkę?

- Nie w kolejności: Juan Manuel Fangio, Ayrton Senna, Alain Prost, Michael Schumacher, Fernando Alonso.

Ferrari, Kubica, sezon 2010. Co pan na to?

- 2010? To już nie przyszły rok? To wyłącznie plotki.

Czy jazda w Ferrari jest dla pana spełnieniem marzeń?

- Niekoniecznie.

Większość kierowców chciałaby jeździć w Ferrari.

- Chciałaby, bo gwarantuje to walkę o tytuł. Ferrari w ostatniej dekadzie praktycznie zawsze było na topie. Jeśli jednak chodzi o mnie, to na dziś nie jest to moim marzeniem.

To co nim jest?

- Nie mam marzeń.

Wie pan już, w jakim zespole będzie jeździł w przyszłym sezonie?

- Nie.

W Hiszpanii mówił pan, że waszym bolidem najlepiej jeździ się na wolnych odcinkach toru, na wolnych zakrętach. Dlaczego?

- W tym roku zawsze byłem mocny na wolnych zakrętach - jeśli spojrzymy na ostatni sektor w Barcelonie albo na ostatni sektor w Malezji, to miałem najszybsze czasy ze wszystkich kierowców. To może się też brać z pewnych ustawień, które w tym roku nas promują i w tym elemencie jesteśmy lepsi niż konkurencja.

Ale w pierwszym, nie takim znowu wolnym sektorze w Hiszpanii miał pan drugi czas.

- Byłem drugi? Może w wyścigu, na pewno nie w kwalifikacjach. W wyścigu dużo zależy od tego, czy się jedzie za kimś. Ja jadąc za Lewisem Hamiltonem, przez całą prostą byłem dużo szybszy, ponieważ byłem w tunelu aerodynamicznym. Gdybym jechał sam, to prędkość byłaby mniejsza.

Zrzucił pan przed sezonem siedem kilo - nie tylko tłuszcz, ale i mięśnie. Nie jest pan tak silny jak w zeszłym roku. Jaki to ma wpływ na prowadzenie bolidu?

- Żadnego.

W czym lepszy jest pana obecny inżynier wyścigowy Antonio Cuquerella od poprzedniego Mehdiego Ahmadiego? Przed sezonem powiedział pan, że teraz nawet wyjazd z garażu jest łatwiejszy.

- Z tym garażem to była ironia. Ale jest parę kwestii, w których lepiej nam się współpracuje, i nie będę ukrywał, że jednym z moich problemów w zeszłym roku był właśnie inżynier. Teraz jakoś łatwiej dobrze ustawić bolid, lepiej mi się prowadzi, a to automatycznie wiąże się z lepszymi czasami i wynikami.

W przypadku Cuquerelli chodzi o doświadczenie, filozofię czy podobny sposób bycia?

- O doświadczenie i umiejętności.

Hamilton powiedział w czwartek, że tęskni za zwycięstwami. On ostatnio wygrał niecałe dwa miesiące temu w Australii, a pan ostatnie zwycięstwo odniósł w World Series by Renault w 2005 roku. To było 1007 dni temu. Tęskni pan za wygraną?

- Nie za bardzo. Oczywiście chciałbym wygrywać, ale zdaję sobie sprawę, że nie jesteśmy jeszcze na to gotowi. Chociaż zawsze może zdarzyć się jakiś dziwny wyścig - np. nagle zacznie padać albo może Ferrari będzie miało dwa defekty. Wtedy jest szansa.

Za kilkanaście dni GP Monako. To właśnie ten wyścig - oprócz Węgier - wymienił pan jako możliwy do wygrania. Jest na to szansa?

- Zobaczymy. Monako to specyficzny wyścig - niektóre zespoły przygotowują się akurat na ten wyścig, niektóre nie. Z tego, co wiem, to my nie będziemy robić specjalnych przygotowań. W kontekście naszych szans wymieniłem wolne tory, ale to się może zmienić, bo jakieś zespoły mogą się specjalnie szykować właśnie na Monako czy Węgry. Ale gdybyśmy na tych torach pojechali tymi bolidami, którymi ścigaliśmy się w Barcelonie, to w Monako byłaby szansa powalczyć o wygraną.

Słychać opinie, że Hamilton i McLaren tracą w tym sezonie więcej do Ferrari, bo brakuje im Alonso, który znakomicie ustawiał bolid. To możliwe, że Hiszpan miał tak duży wpływ na formę McLarena?

- I tak, i nie. W ubiegłym roku Hamiltonowi na pewno pomogło to, że Alonso był jego partnerem z zespołu, zresztą raz czy dwa razy sam przyznał, że ustawił bolid inaczej niż Alonso i było dużo gorzej. Ale bolid konstruują inżynierowie i to od nich zależy, jak jest szybki. Choć na moim przykładzie można łatwo zobaczyć, że dobrymi ustawieniami można go jednak trochę przyspieszyć.

O ile kierowca ze swoim inżynierem może zwiększyć potencjał bolidu podczas testów i piątkowych treningów?

- Całkiem sporo. W trakcie GP bardzo ważne są ustawienia bazowe, z którymi się przyjeżdża - one oczywiście nie są z powietrza, tylko wynikają z długich analiz i charakterystyki toru. Ale jest dużo niuansów, które zależą od inżyniera, bo przecież w całym sezonie nie ma dwóch torów, gdzie używałoby się identycznego ustawienia. Można mało zyskać, ale dużo stracić. Nawet pół sekundy na okrążeniu.

Czy po pole position i dwóch miejscach na podium na początku sezonu czuje się pan większą gwiazdą?

- Nie. Ale jak się startuje z pierwszego pola - co moim zdaniem daje tylko to, że zaczyna się wyścig z przodu - to dziennikarze nagle się bardziej interesują. Tak samo jest oczywiście w przypadku miejsca na podium. Czy to jest plus, czy to minus - to zależy od kierowcy. W moim przypadku zmieniło się to, że ludzie nagle sobie przypomnieli, że jestem w Formule 1, bo po dobrym debiucie w 2006 roku poprzedni sezon był słaby. Obecny zapowiada się dużo lepiej.

Mówi pan, że zwycięstwo w kwalifikacjach daje tylko start z przodu stawki. Ale to przecież dużo, bo ostatnie GP Hiszpanii, a także Turcji wygrywali właśnie ci, którzy zdobywali pole position.

- No, nie jest to takie "tylko", ale trzeba też wiedzieć, dlaczego zdobyło się pierwsze pole. W Bahrajnie miałem mniej paliwa - Felipe Massa nawet ze swoim bardziej zatankowanym bakiem powinien być przede mną, ale popełnił błąd. W wyścigu nie miałem z nim szans. W Hiszpanii, gdybym miał tyle paliwa ile Kimi Räikkönen, czyli na dwa okrążenia mniej, to w kwalifikacjach byłbym drugi. Startowałbym z pierwszej linii i prawdopodobnie skończyłbym na trzecim miejscu.

Hamilton w czwartek zagrał w tureckim teatrze - w swoim wyścigowym stroju zagrał boga Apollo, który zstępuje między walczących Greków i Trojan. Pan by się na coś takiego zdecydował?

- Jeśli zależałoby to ode mnie, to nie. Ale czasem niestety nie wszystko zależy ode mnie.

Rubens Barichello pobije w niedzielę rekord startów w wyścigach. Chciałby pan kiedyś mu dorównać?

- Nie zależy mi na tym i nie wydaje mi się, żebym zagościł w Formule 1 na 257 Grand Prix. To kupa czasu. Byłoby to duże wyzwanie, jeśli chodzi o mobilizację. Sądzę, że z wiekiem F1 bardziej traktuje się jak pracę niż sport. A ja nie chciałbym, żeby tak było w moim przypadku.