Sport.pl

Kibole chcieli pobić reprezentanta Polski

Radosław Michalski, były reprezentant Polski, a obecnie dyrektor sportowy Lechii Gdańsk oraz były piłkarz Wisły Kraków Jacek Paszulewicz zostali napadnięci przez chuliganów Arki Gdynia
Po meczu Legia-Wisła: sąd nad kibolami

Legia bez kibiców w Pucharze UEFA

Michalski i Paszulewicz pojawili się we wtorek na stadionie GOSiR w Gdyni, gdzie oglądali spotkanie regionalnego Pucharu Polski pomiędzy Bałtykiem i rezerwami Lechii.

Michalski: - Oglądaliśmy mecz stojąc przy ławce rezerwowych. W pewnym momencie po drugiej stronie boiska pojawiła się ok. 30-osobowa grupa kibiców Arki. Powiedziałem do Jacka: "lepiej chodźmy, bo będzie zadyma, a na stadionie nie ma ochrony ani policji". Spokojnym krokiem poszliśmy w stronę bramy wyjściowej. Kiedy się obróciłem, chuligani biegli już w naszym kierunku. Zaczęliśmy uciekać, każdy do swojego auta. Moje stało bliżej, udało mi się odpalić i wyjechać na ulicę. Jacek nie miał tyle szczęścia. Wsiadł, ale nie zdążył ruszyć i chuligani na niego napadli.

Paszulewicz: - Uciekłem do samochodu, zamknąłem się w nim. Ale chuligani chcieli wejść do środka, kopali w szyby i drzwi. Mogłem wrzucić wsteczny i przejechać im po nogach, to może czegoś by się bandyci nauczyli. Mam nadzieję, że nie jest to początek czegoś bardzo złego, bo nie spotkałem się jeszcze z tym, żeby bito piłkarzy - tłumaczy były piłkarz nielubianej w Gdyni Wisły.

O zdarzeniu wie policja. - Dostaliśmy informację o tym, że ok. 30-osobowa grupa chuliganów wtargnęła na boisko, a potem zdemolowała samochód - mówi rzecznik policji w Gdyni Hanna Kaszubowska. - Funkcjonariusze pojechali na miejsce, ale żadna z osób nie chciała złożyć oficjalnego zgłoszenia. Właściciel uszkodzonego samochodu powiedział, że najpierw musi pojechać do serwisu, aby ocenić zniszczenia i dopiero potem zgłosi się na policję - tłumaczy Kaszubowska.

Paszulewicz: - W środę wieczorem złożę zawiadomienie o napaści. Nie ma usprawiedliwienia dla takich bandytów. Tych ludzi nie można nazwać kibicami. To dzicz.

Kibice Arki zaprzeczają, że to oni napadli piłkarzy. - Nic nie wiem o tym zdarzeniu - powiedział Mariusz Jędrzejewski, pseudonim "Megafon", prowadzący doping na Arce. - Bez względu na to, kto to zrobił, było to złe zachowanie. Nie sądzę jednak, żeby była to jedna z oficjalnych grup Arki - dodał Jędrzejewski. Niedługo potem sam zadzwonił do "Gazety": - Rozmawiałem już z kolegami i wiem na pewno, że nie byli to kibice Arki - dodał Jędrzejewski.

Organizatorzy tłumaczą, że podczas meczu nie było ochrony, bo spotkanie oglądało zaledwie kilkadziesiąt osób, głównie rodziny piłkarzy.

Z relacji świadków wynika, że część chuliganów tuż po zajściu "rozpłynęła się" po obiekcie GOSiR.

- Niektórzy z nich są członkami młodzieżowych drużyn Arki, piłkarskich i rugby - mówi jeden ze świadków. - Zresztą chuligani Arki to pełnowartościowi goście na obiektach GOSiR. Tutaj trenują i czują się bezkarni. Dopiero jak dojdzie do skrajnej sytuacji i ktoś zginie, to niektórzy się obudzą.

Do zdarzenia doszło ok. godz. 18.45. Kwadrans później na boisku obok rozpoczynał się trening rugbistów Arki, drużyny młodzieżowej.

- Nie wierzę, że w napaści uczestniczyli rugbiści. Przecież Arka i Lechia, przynajmniej w rugby, mocno się szanują, zawodnicy chodzą ze sobą na piwo i do kościoła - przekonuje Jerzy Zając, prezes Rugby Club Arka Gdynia. - Kiedy dowiedziałem się o zajściu, poprosiłem dyrektora obiektu, aby zrobił rozeznanie, czy wśród chuliganów nie było rugbistów. Powiedział, że nikt ze świadków ich nie rozpoznał.

Próbowaliśmy ustalić, jak policja walczy z kibolami z Gdyni. Ile osób ma zakaz stadionowy i jak jest egzekwowany. Usłyszeliśmy, że aby uzyskać takie informacje, trzeba się zgłosić z jednodniowym wyprzedzeniem.

Roger obrażany przez kiboli