Fruwając pod koszem: San Antonio Spurs, czyli wańki-wstańki

Najmniej musi ich lubić komisarz NBA David Stern, bo eliminowanie przez nich jednego ulubieńca publiczności za drugim to zabójstwo dla popularności NBA...
Czy poniedziałkowy, siódmy mecz półfinałów Konferencji Zachodniej zakończy wreszcie erę supremacji San Antonio Spurs? Nie liczcie na to.

Historia powtarza się właściwie co roku. Przed sezonem Spurs są wymieniani jako faworyt dyżurny, ale nieprzesadnie modny. Potem, w ferworze trwającego sezonu, eksperci o nich zapominają i skłaniają się ku takim, którzy są bardziej trendy. W tym sezonie oczy wszystkich były skierowane najpierw na Boston, a po kilku transferach przeniosły się na Zachód, do Los Angeles i Phoenix. No i do Nowego Orleanu, gdzie rewelacyjnie poczynali sobie młodzi Hornets.

Tymczasem Spurs przegrywali z kim popadnie (w sumie w sezonie zasadniczym 26 porażek - w tym przegrane praktycznie z każdą drużyną z czołówki), doskonale wiedząc, że - parafrazując klasyka - prawdziwego mistrza nie poznaje się po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy. To już dziesiąty z rzędu sezon, w którym Spurs są na topie, ale ani razu (choć w międzyczasie sięgnęli po cztery tytuły mistrzowskie) nie mieli najlepszego bilansu w lidze. I tylko dwukrotnie udało im się przekroczyć 60 zwycięstw.

- To nie jest tak, że czekamy na play-off. Po prostu tak nam to wychodzi. Dopiero teraz umiemy skoncentrować się na tym, co należy zrobić - tłumaczy filar defensywy Spurs, stary cwaniak Bruce Bowen.

- Nie da się wygrać wszystkiego. Nie da się codziennie grać na najwyższym poziomie po czterdzieści kilka minut. Jesteśmy tylko ludźmi. Jedne mecze są mniej ważne, inne ważniejsze - dodaje Tim Duncan.

O Spurs przypomniano sobie, kiedy w pierwszej rundzie play-off los skojarzył ich z Phoenix Suns. Przecież "Słońca" sprowadziły Shaqa po to właśnie, żeby z San Antonio w play-off wygrywać, a w sezonie zasadniczym trzykrotnie ich ograły (w tym dwukrotnie po przyjściu O'Neala). Tymczasem ani się obejrzeliśmy, a Spurs wygrali pierwsze trzy mecze (w tym szaloną końcówkę meczu nr 1) i chwilę potem całą serię.

Chyba żadna inna drużyna w NBA nie ma równie silnego elektoratu negatywnego jak San Antonio. Najmniej musi ich lubić komisarz NBA David Stern, bo eliminowanie przez nich jednego ulubieńca publiczności za drugim to zabójstwo dla popularności NBA (zeszłoroczne finały Spurs - Cavaliers były najgorzej oglądanymi w historii ligi). Przypina im się łatki sztywniaków i nudziarzy. Są (słusznie czy niesłusznie) uważani za największych cwaniaków w NBA. Tu kogoś umyślnie sfaulują, sprowokują, wyprowadzą z równowagi, tam wymuszą na sędzi błędną decyzję. No i mają głośnych i antypatycznych kibiców, którzy owacjami nagradzają co brutalniejsze zagrania swoich ulubieńców.

W drugiej rundzie play-off Spurs znów walczą z ulubieńcami publiczności - New Orleans Hornets. Lord Voldemort potyka się z Harrym Potterem. Lord Vader z Lukiem Skywalkerem. Macocha z Królewną Śnieżką. Decydujący mecz nr 7 odbędzie się w poniedziałek w nocy w Nowym Orleanie. Hornets w tegorocznym play-off wygrali na razie u siebie wszystkie mecze, a San Antonio rozbijali średnio prawie 20 punktami, ale przed decydującym spotkaniem nie ma to większego znaczenia. Młodzi Chris Paul (23 lata), Tyson Chandler (25) i David West (27) w takiej sytuacji znajdą się po raz pierwszy w karierze. Nie wiedzą, co to znaczy grać mecz nr 7, co to znaczy grać ze świadomością, że porażka eliminuje cię z gry.

Spurs to uczucie znają. - Moi zawodnicy uwielbiają presję. Presja to nie przeszkoda. Presja to paliwo - mówi ich trener Gregg Popovich.

I jeśli Spurs rzeczywiście wygrają z Hornets, to pomyślmy o nich ciepło. Przecież z Manu Ginobilim i Tonym Parkerem zdarza im się grać naprawdę fajną koszykówkę. Przecież Tim Duncan zaczął na starość okazywać jakieś emocje. Przecież Robert Horry bije rekordy liczby meczów w play-off. I czyż to nie urocze, że ci panowie po trzydziestce (Robert Horry 38 lat, Bruce Bowen 37, Brent Barry 37, Kurt Thomas 36, Michael Finley 35, Fabricio Oberto 33, Jacque Vaughn 33, Tim Duncan 32, Manu Ginobili 31, Ime Udoka 31) wciąż mogą?

PS: Zapraszamy na nasz blog Supergigant.blox.pl, gdzie skomentujemy i siódmy mecz Hornets - Spurs, i wcześniejszy siódmy mecz Celtics - Cavaliers.

Kronika towarzyska

Robert Horry zyskał przydomek "Big Shot" dzięki celnym rzutom w decydujących momentach. Latka lecą, celności brak, Horry znalazł więc sobie inną niszę - brudne chwyty. Rok temu znokautował Steve'a Nasha, co spowodowało małą zadymę i odsunięcie od gry kluczowych graczy Suns. A teraz, w spotkaniu nr 6, rąbnął Davida Westa w jego chore plecy. Spurs wygrali, West musiał zejść z boiska, ale w meczu nr 7 raczej zagra.

Popisała się też publiczność z San Antonio, która po faulu na Weście zaczęła chóralnie skandować: "Horry, Horry".



W kategorii "ludzie bez klasy" nikt jednak nie dorówna kibolom z Salt Lake City. Rok temu Derek Fisher był ich bohaterem - gdy po operacji chorej na raka maleńkiej córeczki wrócił na mecz play-off i rzucił ważną trójkę. Po sezonie Fisher rozwiązał kontrakt z Utah i wrócił do Los Angeles, gdzie jego rodzina ma w pobliżu specjalistyczną opiekę medyczną. W związku z tym kibice Utah postanowili go wybuczeć i wygwizdać. Podobno krzyczeli mu do ucha: "Cancer, cancer". A jednego bałwana przyłapano na tym, że zasłaniał sobie oko w symulowanym grymasie bólu (córeczka Fishera ma nowotwór oka).



Za to w Nowym Orleanie jakiś kibic przytargał na mecz wielką, wyciętą z kartonu fotokopię Evy Longorii i pokazywał ją mężowi aktorki Tony'emu Parkerowi, gdy ten rzucał wolne. Zadziałało, Parker dwukrotnie przestrzelił.



Niezłe numery

W drugiej rundzie play-off na 23 mecze aż 21 zakończyło się zwycięstwem gospodarzy. - Wygraliśmy swój serwis, potem oni wygrywali swój, teraz nasza kolej, żeby wygrać serwis. Tylko o to chodzi - tłumaczył Phil Jackson. Jego Lakers byli jednymi ze zwycięzców wyjazdowych: wygrali szósty mecz w Utah i całą serię.

Ciekawostki

Robert Horry rozegrał swój 239. mecz w play-off, wyprzedzając w klasyfikacji wszech czasów dotychczasowego lidera Kareema Abdul Jabbara (237 meczów).



Pokonując Utah Jazz, Phil Jackson wygrał swoją 46. serię w play-off. Drugi w tym rankingu jest Pat Riley z 40 wygranymi seriami.



Boston Celtics są pierwszą drużyną w historii, która po wywalczeniu najlepszego bilansu w sezonie zasadniczym, w play-off przegrała pierwsze sześć meczów na wyjeździe. Nikt jeszcze nie zdobył tytułu, nie wygrywając ani razu na wyjeździe.



W rywalizacji Hornets ze Spurs po raz pierwszy w historii NBA zdarzyło się, że gospodarze wygrali wszystkie sześć meczów różnicą ponad dziesięciu punktów. Ciekawe, prawda?

Złota myśl

- Drużyna LeBrona Jamesa nigdy nie wpada w panikę - LeBron James o drużynie LeBrona Jamesa.