Sport.pl

Piotr Cetnarowicz: Czas realizować kolejne marzenia

- Sami siebie napędzaliśmy, mówiliśmy sobie, że musimy awansować bez względu na okoliczności. Zwyciężyliśmy konsekwencją - mówi napastnik Lechii Piotr Cetnarowicz
Łukasz Pałucha: W niedzielę Lechia wywalczyła awans do ekstraklasy, a dzień później odchodził pan 35. urodziny. Lepszy prezent trudno chyba sobie wymarzyć?

Piotr Cetnarowicz: Faktycznie, to najlepszy prezent, jaki mogłem sobie sprawić i jaki mogli mi zrobić koledzy z drużyny. Wcześniej dostałem już piłkarskie podarunki: strzeliłem gola w urodziny, zostałem wybrany graczem meczu, ale ten sportowy prezent jest najpiękniejszy.



Jakie życzenia na poniedziałkowym treningu składali panu koledzy z drużyny?

- Przede wszystkim zdrowia i wielu bramek w ekstraklasie. Fajnie, że takie życzenia mogli już składać, bo awans wywalczyliśmy na dwie kolejki przed końcem sezonu. Mam nadzieję, że te życzenia się spełnią.



Na razie ma pan za sobą 13 meczów w ekstraklasie i dwa strzelone gole. Czas poprawić ten bilans.

- Zdaję sobie z tego sprawę i uważam, że mnie na to stać. Perspektywa gry w ekstraklasie jest bardzo mobilizująca, to dodatkowy bodziec do dalszej, ciężkiej pracy. Spodziewam się, że do drużyny dołączą nowi zawodnicy i jeszcze ciężej będzie wywalczyć sobie miejsce w podstawowym składzie, ale nie boję się rywalizacji. Uważam, że tylko ona może zagwarantować zespołowi dobry wynik. Rywalizacji nigdy nie za dużo.



Wiele osób uważa, że w tym składzie poradzilibyście sobie w I lidze, przynajmniej się w niej utrzymali.

- Myślę, że tak by było, ale na pewno spróbujemy zagrać o coś więcej niż tylko utrzymanie, więc pewnie pojawią się nowe twarze w drużynie. Na razie nie myślę o tym, tylko skupiam się na tym, aby jak najlepiej zakończyć obecny sezon.



Spodziewał się pan, że z awansu cieszyć się będziecie już na dwie kolejki przed końcem sezonu? Szczególnie po wpadce z Piastem na inaugurację wiosny?

- Zwykle coś, co się źle zaczyna, dobrze się kończy. Tak było w naszym przypadku. Przegrana 0:3 w Gliwicach była zimnym prysznicem, który postawił nas na nogi. Choć inauguracja to zawsze wielka niewiadoma. Jesienią Piast przegrał w Gdańsku 0:3, a potem grał skutecznie i zdobywał punkty, teraz historia się powtórzyła i to my zaczęliśmy wygrywać. Nie załamaliśmy się, górę wzięła konsekwencja, z jaką rozgrywaliśmy następne mecze.



W tej konsekwencji przypominaliście "niemiecką machinę" z najważniejszych turniejów mistrzowskich, grającą niezbyt pięknie, ale skutecznie punktującą.

- Jest takie powiedzenie, że "w piłkę gra 22 facetów, a wygrywają zawsze Niemcy", teraz pasowało ono trochę do naszej gry. Piłka składa się z wielu elementów, nie zawsze piękna gra daje zwycięstwo. Jeszcze raz podkreślę, że awans to głównie zasługa naszej konsekwencji. Sami siebie napędzaliśmy, mówiliśmy sobie, że musimy awansować bez względu na okoliczności. Chcieliśmy też coś udowodnić niedowiarkom. Przed rokiem pojawiły się głosy, że nie zależało nam na awansie. To bzdura, której teraz zadaliśmy kłam.



Może w ekstraklasie, gdzie poziom jest wyższy, ale gra bardziej techniczna, mniej siłowa, pokażecie ładniejszy futbol? Daliście zresztą próbkę tego, na co was stać w meczu przeciwko Górnikowi Zabrze w Pucharze Polski.

- W II lidze jest dużo walki, ale to nie oznacza, że nie ma jej w ekstraklasie. Na razie za wcześnie jest, by dywagować, jak będziemy grać w I lidze.



Z kim chciałby pan zagrać na inaugurację w ekstraklasie?

- Nie ma to dla mnie znaczenia. Mam natomiast nadzieję, że bez względu na rywala, uda mi się rozpocząć ten mecz w wyjściowej jedenastce. Jedno marzenie się ziściło, teraz czas realizować kolejne.