Manchester United zdobywa Puchar Europy - korespondencja z Moskwy

Mijała godzina 1.34 czasu moskiewskiego, gdy van der Sar obronił rzut karny strzelany przez Nicolasa Anelkę. Manchester pokonał Chelsea i zdobył swój trzeci Puchar Europy
Lampard: To było okrutne

Cristiano Ronaldo: Już myślałem, że to będzie najgorszy dzień mojego życia

Najładniejsze bramki Ligi Mistrzów oglądaj na zczuba.tv

Piłkarze "Czerwonych Diabłów" zapomnieli, że mają w nogach 120 minut batalii toczonej na od godziny zalewanej deszczem murawie stadionu Łużniki. Wystrzelili ze środka boiska i zawiśli na barkach holenderskiego bramkarza. Wszyscy prócz jednego człowieka. Cristiano Ronaldo leżał i szlochał w trawę. Oto moment prywatności futbolowych półbogów - oglądają go na zbliżeniach setki miliony telewidzów.

To Ronaldo van der Sarowi zawdzięcza najwięcej. Najwybitniejszy piłkarz świata swojego rzutu karnego nie wykorzystał. Chelsea zyskała przewagę, jej los był w nogach Johna Terry'ego. Gdyby Didier Drogba nie dostał w dogrywce czerwonej kartki, kapitan londyńczyków nie strzelałby karnego, gdyby się nie pośliznął i nie chybił, puchar należałby do nich. On również wybuchnął płaczem i długo chował twarz w ramionach trenera Avrama Granta. Grał fantastycznie, najlepiej w drużynie, a zapamiętają mu jedną wpadkę. Bo kogo obchodzi, że van der Sar zatrzymał potem jeszcze uderzenie Anelki, skoro to piłkarz jakich wielu?

6:5 w rzutach karnych, cały stadion we łzach. Terry cierpiał, Ronaldo łkał tyleż ze szczęścia, co z ulgi, że jednak nie sprowadził na Manchester nieszczęścia. On też najpierw został bohaterem. Kiedy w 25. minucie kopnięta przez Wesa Browna piłka frunęła na jego głowę, stojący obok Michael Essien nawet na ułamek sekundy nie oderwał stóp od ziemi, jakby wbijał go w nią ciężar odpowiedzialności - miał zadbać, by Portugalczyk sprawiał tego wieczoru wrażenie przeciętniaka. Nie zadbał. Chyba nie zrobił nawet wszystkiego, co mógł. I było 1:0.

Bramka dała natchnienie

Gol uratował spektakl. Padł po pierwszym celnym strzale i blisko dwóch kwadransach gry stonowanej, pozbawionej ozdób, z natarciami w postaci co najwyżej szczątkowej. Kibiców - na trybunach były wolne miejsca, niektórzy wyspiarze rezygnowali z przylotu ze względu na moskiewską drożyznę - musiały cieszyć małe sukcesiki, bo szczytem marzeń dla obu drużyn zdawało się wepchnięcie piłki w pole karne. Potrafili ją dośrodkowywać głównie gracze Manchesteru - Ronaldo, Evra, Hargreaves - ale pod bramką padała łupem obrońców. Dopiero po kwadransie sędzia odgwizdał pierwszy rzut rożny, prawie się nie zdarzało, by ktoś tracił futbolówkę na własnej połowie.

Dopiero bramka dała natchnienie. Niedługo potem "Czerwone Diabły" wyczarowały najpiękniejszą akcję finału. Wayne Rooney przerzucił piłkę przez pół boiska, hen, na przeciwległe skrzydło; przejął ją Ronaldo, zwiódł rywala, idealnie dośrodkował; Tevez wywinął szczupaka o równie idealnej paraboli i uderzył głową; Petr Cech obronił, Terry wybił piłkę przed pole karne; dopadł jej Carrick i też strzelił; czeski bramkarz znów błysnął robinsonadą. Uff. To był jeden z tych epizodów, w których futbol staje się płynny, harmonijny, magiczny.

Ale gole rzadko powstają z poezji. Jeszcze przed przerwą z dystansu uderzył Essien. Ot, tak sobie. Gdyby piłka nie odbiła się rykoszetem od obu stoperów Manchesteru - Vidicia i Ferdinanda - po kilku sekundach nikt by o tym incydencie nie pamiętał. Odbiła się. Doskoczył do niej Frank Lampard. 1:1.

Po przerwie to Chelsea zaczęła przeciwników przyduszać do pola karnego. Wypracowała serię rzutów rożnych, a Didier Drogba, który zazwyczaj bił się o piłkę, stojąc - czy raczej skacząc - tyłem do bramki, wreszcie zobaczył przed sobą skrawek wolnej przestrzeni. Trafił w słupek.

Lało coraz intensywniej, piłkarze słaniali się na nogach, ale trenerzy byli bezlitośni. Żadnych zmian. Alex Ferguson dopiero w 87. minucie (!) zdjął 33-letniego Paula Scholesa i wprowadził 34-letniego Ryana Giggsa. Ci dwaj weterani wygrali z nim Ligę Mistrzów w 1999 roku. Avram Grant z roszadami czekał do dogrywki. Takiego finału LM jeszcze nie było. Trenerzy przeczuwali karne, chcieli wystawić specjalistów od "jedenastek"?

Dodatkowe pół godziny batalii też płonęło od emocji. Wersalu nie było od początku, teraz napięcie jeszcze wzrosło. Nawet przemoknięty Ferguson, który na ten wieczór założył garnitur galowy jak nigdy, paradował już w dresie.

Chelsea znów niewiele zabrakło, by zadać decydujący cios. Na samym początku dogrywki wymieniła kilka ładnych, szybkich podań w polu karnym rywala, zanim strzał oddał Lampard. Trafił w poprzeczkę.

Przyćmił go kolega z drużyny, Drogba. Stracił głowę, zapomniał, że na boisku nie trzeba zrobić przeciwnikowi krzywdy, by z niego wylecieć. Wystarczy jeden nieprzemyślany gest za dużo. I Drogba na dobrą sprawę nie uderzył Vidicia, lecz delikatnie klepnął go w twarz. Arbiter musiał wyciągnąć czerwoną kartkę.

25 sezonów to cała wieczność

Aż doczekaliśmy dreszczowca rzutów karnych. Obaj bramkarze obronili po jednym strzale. Znów wypracowali identyczny bilans - znów, bo mecz skończył się remisem 1:1. I zadecydował nieszczęśliwy wypadek Terry'ego. Gdyby nie deszcz, gdyby kapitan Chelsea się nie pośliznął... O wyniku miał przesądzić szczególik i szczególik przesądził. Niezawodnego sposobu na deszcz nie wymyśli najwybitniejszy trener świata. Nawet Alex Ferguson. Tyle że to akurat jemu sprzyjało tej nocy niebo.

Wielu fanów "Czerwonych Diabłów" wspominało przed finałem właśnie o czynnikach pozaracjonalnych. O przeznaczeniu. Nadeszła przecież 50. rocznica katastrofy lotniczej, w której zginęło ośmiu piłkarzy Manchesteru, 40. rocznica triumfu legendarnej drużyny Matta Busby'ego, 25. rocznica inauguracyjnego międzynarodowego trofeum Fergusona - Pucharu Zdobywców Pucharów zgarniętego przez przeciętne Aberdeen. Tym ostatnim ćwierćwieczem można zmierzyć klasę i nieśmiertelność szkockiego szkoleniowca - żaden jego kolega po fachu, który sięgał po europejskie zaszczyty, nie dokonał tego na zbliżonym choćby dystansie czasowym (tytuły dotychczasowego rekordzisty Svena Görana Erikssona dzieliło 17 lat). 25 sezonów to cała wieczność. Rodziły się i umierały futbolowe epoki, powstawały i upadały supermocarstwa, trenerscy prekursorzy wynajdywali taktyczne unowocześnienia, by ich następcy odrzucili je jako anachroniczne, działacze inicjowali przewroty w przepisach gry. A Ferguson wciąż żywy. I wielki.

On również z lubością powtarzał w czwartkową noc - spod stadionu odjeżdżał, gawędząc w autokarze z manchesterskim bohaterem lat 60. Bobbym Charltonem, grubo po trzeciej na ranem - słowo "przeznaczenie". - Pierwszy raz w życiu wygrałem ważną serię rzutów karnych - wspominał. - Trzy razy próbowałem z Aberdeen, trzy raz z Manchesterem. Zawsze bez skutku. Do teraz. A po kiksie Ronaldo pomyślałem, że to koniec. Naprawdę sądzę, że pech Terry'ego sprowokowało przeznaczenie.

Dziś 66-letni Ferguson jest już o jeden Puchar Europy dalej od swego wielkiego poprzednika Busby'ego, manchesterskiej ikony wspierającej całą legendę klubu. I zaraz po finale oświadczył, że wcale nie ma dość. - U mnie działanie narkotyku finałowych chwil szybko znika. Rano spojrzę piłkarzom w oczy i sprawdzę, czy wciąż widać w nich głód - mówił.

Wyzwań mu nie zabraknie. Jedno powtarzamy co sezon: w Lidze Mistrzów trofeum nie obronił jeszcze nikt.

Tak Manchester Untied Puchar zdobywał - relacja Z czuba

Tomasz Kuszczak: Cały zespół zasłużył na wielkie Glory

LOTTO Ekstraklasa 2018/19

lp. Drużyna M Pkt Br. Zw. R Por.
1 Lechia Gdańsk 22 46 36-18 13 7 2
2 Legia Warszawa 22 42 35-22 12 6 4
3 Jagiellonia Białystok 22 39 38-29 11 6 5
4 Korona Kielce 22 35 27-24 9 8 5
5 Piast Gliwice 22 34 32-25 9 7 6
6 Pogoń Szczecin 22 34 32-27 10 4 8
7 Lech Poznań 22 33 33-29 10 3 9
8 Cracovia Kraków 22 33 24-22 9 6 7
9 Zagłębie Lubin 22 30 36-33 9 3 10
10 Wisła Kraków 21 29 33-31 8 5 8
11 Arka Gdynia 22 25 33-33 6 7 9
12 Śląsk Wrocław 21 21 29-30 5 6 10
13 Miedź Legnica 22 21 21-41 5 6 11
14 Górnik Zabrze 22 20 26-40 4 8 10
15 Wisła Płock 22 20 30-39 4 8 10
16 Zagłębie Sosnowiec 22 15 27-49 3 6 13

  • Grupa mistrzowska
  • Grupa spadkowa