Sport.pl

Siatkarze walczą o igrzyska. Zanosi się na dreszczowiec

Miała być formalność, są nastroje bliskie paniki. Przynajmniej wśród kibiców. A przecież polscy siatkarze grają o olimpijski awans ze średniakami. W piątek z Portoryko (godz. 22), w sobotę z Indonezją, w niedzielę z Portugalią
Stec: Czarna lista polskich siatkarzy

Iwańczyk: Espinho - nie ma nic ważniejszego dla siatkarzy

O formalności - z pewną dozą przesady, w zawodowym sporcie niczego nie dostaje się za darmo - mówilibyśmy oczywiście z perspektywy reprezentacji, która nawet nie tyle zdobyła wicemistrzostwo świata, co nauczyła się regularnie wygrywać ze słabeuszami, przeciętniakami i rywalami mocnymi, lecz nie najlepszymi w świecie. Za kadencji Raula Lozano długo unikała przykrych wpadek w meczach z zespołami, które pozostawały w jej zasięgu.

Aż przyszła druga połowa roku 2007. Poprzednia Liga Światowa wypadła jeszcze okazale, na sierpniowym Memoriale Wagnera i wrześniowych mistrzostwach Europy oglądaliśmy już głównie porażki i klęski. Ostateczny upadek nastąpił tydzień temu, podczas preeliminacji ME w Tallinie. Lista reprezentacji, które pokonały Polaków w minionych 10 miesiącach, wygląda wstrząsająco: Holandia, Niemcy, Francja, Belgia, Rosja, Finlandia, Bułgaria, Włochy, Hiszpania, znów Holandia, Czarnogóra, Estonia. Znajdziemy tutaj przeciwników wszelkiego autoramentu: potęgi; mocne zespoły, z którymi biało-czerwoni zawsze mieli kłopoty; mocne lub nienadzwyczajne zespoły, z którymi zazwyczaj wygrywali; wreszcie zespoły bez tradycji i potencjału, z którymi przegrywać Polsce - pozującej na kraj ścisłej siatkarskiej czołówki - zwyczajnie nie wypada.

Wątpliwości można mnożyć

Dlatego teraz nie sposób wyczekiwać bez niepokoju nawet turnieju z Portoryko, Indonezją i Portugalią. O ile Azjaci przywiozą drużynę nierozpoznaną, wręcz anonimową, o tyle pozostali uczestnicy kwalifikacji w Espinho od dawna usiłują dobić do wyższej klasy średniej w siatkarskiej hierarchii i okazjonalnie sprawiają niemiłe niespodzianki faworytom. Nieobliczalni Portorykańczycy - ze swoim głównym ogniowym Hectorem Soto, najlepiej punktującym zawodnikiem mundialu - potrafili pokonać na Pucharze Świata Amerykanów. Teraz ich gwiazdor powtarza, że jego i kolegów inspiruje świadomość, że ewentualny awans na turniej w Pekinie uczyniłby z nich bohaterów narodowych. Niewykluczone, że Portoryko okaże się najgroźniejszym przeciwnikiem w Espinho.

Tymczasem dyspozycja polskich siatkarzy pozostaje zagadką. Dwa weekendy preeliminacji do ME przypominały niespieszny, traktowany treningowo trucht, który znienacka, z niewyjaśnionych przyczyn, zmienił się torturę. Drużyna Lozano wygrała 14 setów z rzędu, by ulec w tie-breaku najpierw Czarnogórze, a potem Estonii. Rezerwowy rozgrywający Paweł Woicki skuteczniej sterował jej grą niż Paweł Zagumny, choć pierwszy wciąż jest w reprezentacji nowicjuszem, a drugi spędził w niej ponad dekadę. Kontuzja go tłumaczy, ale nie rozwikła dylematu - jeśli Polacy w Espinho znów wpadną w kryzys, to za wszelką cenę stawiać na niego, czy ryzykować z jego niedoświadczonym zmiennikiem?

Wątpliwości można mnożyć, bo nawet mistrz Włoch Michał Winiarski płaci spadkiem formy za skończony przed chwilą ligowy sezon, a kadra zaczęła się ostatnio dynamicznie zmieniać. Rezygnację z Grzegorza Szymańskiego trener Lozano ogłosił wcześniej, ostatnio wziął też nowego środkowego Piotra Nowakowskiego (znów pytanie: on czy Kadziewicz?), przesunął grającego w klubie na pozycji przyjmującego Piotra Gruszkę na atak. Z dwunastki srebrnych medalistów mundialu ostało się już tylko siedmiu graczy. Wszystko to jednak nie wystarczy, by pojąć traumatyczne wydarzenia sprzed tygodnia i uciec od wątpliwości, czy problem nie tkwi głębiej, czy w grupie coś nie pękło i czy będzie ona w stanie kolejny raz pozbierać się po niepowodzeniu.

Czy Lozano wierzy w swoje słowa?

W okolicznościach tak dramatycznych turniej w Espinho rozpocznie się w atmosferze niepewności i podejrzeń, czy aby za kulisami lub w głowach ludzi tworzących reprezentację nie dzieje się coś złego. Nawet Lozano nie brzmi już wiarygodnie jak kiedyś, gdy przekonuje, że wszystko pozostaje pod kontrolą. Nie wiadomo, czy wierzy w swoje słowa, czy wypowiada je z konieczności, by dodatkowo nie dołować graczy. Do podobnej refleksji prowokuje Zagumny, który uspokaja, że najważniejsze zawody czekają kadrę dopiero w Pekinie. Niezachwiana wpadkami w Tallinie pewność siebie czy ładne słówka przykrywające prawdę o drużynie z utraconym zaufaniem do samej siebie?

Dlatego zanosi się na dreszczowiec. Znów. Jeśli Polacy kwalifikowali się w ostatnich latach na igrzyska olimpijskie, to właśnie dzięki turniejom ostatniej szansy - interkontynentalnym jak ten w Espinho - oraz po wywołujących u kibiców palpitacje przejściach. 12 lat temu w greckim Patras odrobili cztery punkty straty w tie-breaku meczu z gospodarzami i pojechali do Atlanty, cztery lata temu w Matosinhos też wygrali piąty set z gospodarzami, choć Portugalczycy prowadzili już 12:9 i przy tym wyniku z boiska zniesiono kontuzjowanego Dawida Murka. Oba turnieje przedzielił jeszcze jeden - w katowickim Spodku z 2002 roku - również pasjonujący, choć przegrany.

Słowem, walczący o igrzyska siatkarze zawsze serwują nam widowiska głęboko zapadające w pamięć. Choć tym razem bezpieczniej byłoby tie-breaków uniknąć. Ostatnich sześć - z Bułgarią, Włochami, Hiszpanią, Holandią, Czarnogórą i Estonią - Polacy przegrali.

Skowrońska-Dolata: Z całego serducha kibicuję chłopakom