Artur Boruc: Boże, błogosław Boruca

Fani Celticu kochają go, bo w skrytości ducha każdy katolik tu marzy, żeby stanąć przed protestantem i przeżegnać się bez żadnych konsekwencji. Czy Artur Boruc będzie człowiekiem, który zatrzyma Niemcy?
W Glasgow polski papież nosi na sutannie koszulkę ze zdjęciem Artura Boruca, bramkarza Celticu. Na T-shircie Karola Wojtyły napis: "God bless Boruc". Fani Celticu nazywają Boruca "Holy Goalie" (Święty Bramkarz) i czczą jak bóstwo. Uszyli baner z jego nazwiskiem. Wywieszają go przed meczami z najwyższej trybuny. Kwadratowa płachta ma niemal 30 m kw. Na środku baneru stoi Artur, odwrócony tyłem, w koszulce z numerem 1 i rękami rozłożonymi na boki. Skojarzenie z Jezusem na krzyżu przychodzi samo. W pubach fani śpiewają piosenkę "Oh, Holy Goalie". Godzinami czekają pod stadionem, żeby zdobyć jego autograf. Tworzą na jego cześć filmy i wrzucają na YouTube. W Glasgow są też ludzie, którzy życzą mu nagłej śmierci. Gdyby mogli, przegryźliby mu tętnicę. To fani drużyny Rangers.

Relacji z meczu nie będzie

To był najkrótszy wywiad w moim życiu - 10 min i 28 s. Ale i tak wszyscy mi zazdrościli. - Zgodził się z tobą rozmawiać? Od razu? - dziwił się dwie godziny wcześniej Hugh MacDonald, szef działu sportowego dziennika "The Herald" z Glasgow. - Ja go prosiłem o rozmowę przez trzy miesiące. Staliśmy w pokoju - poczekalni dla dziennikarzy sportowych. Nad nami trybuny 60-tysięcznego stadionu Celticu Parkhead. Zza grubych murów dochodził pomruk piosenek śpiewanych przez kibiców. Otaczało mnie kilkunastu mężczyzn w krawatach i wypastowanych butach. A ja jak na piknik. Skąd mogłam wiedzieć, że dziennikarzy obowiązuje podczas meczów strój galowy?! - Chłopaki, ona będzie robić wywiad z Borucem! - Hugh zawołał w głąb sali. Pokiwali głową z uznaniem, kilku mężczyzn poklepało mnie po ramieniu, uścisnęli dłoń. - Dzień dobry! - zawołał jeden z nich po polsku.

Była niedziela 11 maja 2008 roku, zbliżała się godzina 12.30. Zaraz miał się rozpocząć mecz Scottish Premier League (ligi szkockiej) między Celtikiem a klubem Hibernian z Edynburga. Ruszyliśmy na trybunę dla dziennikarzy. Żeby było jasne, na piłce nożnej się nie znam. W telewizji przełączam kanał, gdy leci jakiś mecz. Na żywo oglądałam piłkę nożną raz - kilka lat temu mecz Lechii Gdańsk z Kaszubią Kościerzyna. I było to najnudniejsze 90 minut w moim życiu. Niech nikt więc nie oczekuje pełnej napięcia relacji z meczu.

Jak wkurza Artur Boruc?

Po co w ogóle pojechałam do Glasgow, skoro nie interesuje mnie futbol? Bo ciekawi mnie Artur Boruc, jeden z najlepszych bramkarzy świata. W ubiegłym roku zajął 16. miejsce w rankingu bramkarzy Międzynarodowej Federacji Piłkarskich Historyków i Statystyków (IFFHS). Ale inni stawiają go jeszcze wyżej. Zachwyca się nim Carlo Ancelotti, trener AC Milan, chwali go Gerd Müller, legendarny piłkarz Bayernu. Tommy Burns, zmarły w połowie maja były piłkarz Celticu i członek sztabu szkoleniowego tej drużyny, uważał, że Boruc jest wśród sześciu najlepszych na świecie.

Artur Boruc, chłopak z Siedlec, rocznik 1980, pierwszy raz stanął w bramce, gdy miał dziewięć lat. Jego ojciec uprawiał kiedyś hokej w siedleckiej Pogoni. Starszy brat Robert grał w piłkę nożną i to on zaciągnął Artura na pierwszy trening Pogoni.

- Marzyłem o ataku, o golach, a postawili mnie w bramce, bo akurat nie było nikogo innego. Więc łapię piłki do dziś - wspominał w jednym z wywiadów. Miał talent, więc szybko awansował. Najpierw był pierwszym bramkarzem w juniorach młodszych Pogoni Siedlce, w 1995 roku trafił do seniorów. Występował w tym czasie w kadrze młodzieżowej U-19. Stamtąd dostał zaproszenie do Legii Warszawa. Mama Artura bała się, że syn nie poradzi sobie w wielkim mieście, ale udało mu się ją przekonać.

Zadebiutował w Legii w 2002 roku. Był to szczęśliwy sezon nie tylko dla Artura. Legia po siedmiu latach wróciła na szczyt polskiej ekstraklasy, zdobyła mistrzostwo Polski i puchar Ligi. Trzy lata później Artur pożegnał się jednak z Legią. W 2005 roku został zawodnikiem Celticu Glasgow. Ale do dziś jest fanem warszawskiego klubu i kiedy tylko jest w Polsce, można go spotkać na trybunach stadionu na Łazienkowskiej.

Krzyż na Rangersów

Ma żonę Kasię, która w czerwcu, akurat podczas mistrzostw Europy, urodzi synka. Okazał się też bohaterem. W kwietniu odgonił bandytów, którzy w jednym z parków zaatakowali ciężarną Polkę i jej siostrę. Ale nie bawmy się w anegdoty. Bo w Borucu najciekawsze jest co innego: w jaki sposób ten wysoki niebieskooki przystojniak o nieco flegmatycznej naturze doprowadza do białej gorączki fanów Rangersów, a fanów Celticu do ekstazy, jak wkurza policję, jak zadziwia dziennikarzy.

Co takiego robi polski bramkarz?

Biega przed trybunami Rangersów z flagą swojej drużyny; nie podaje ręki piłkarzom "The Gears" (tak się mówi na Rangersów); mówi w wywiadach, że ich nie lubi; czyni demonstracyjny znak krzyża przed meczami z Rangers FC; błogosławi rozłożonymi jak u księdza rękoma swoich fanów; nosi na szyi drewniany różaniec z krzyżykiem sporej wielkości. W kwietniu pod koszulkę z barwami klubowymi założył T-shirt ze zdjęciem Jana Pawła II i napisem "God bless the Pope" ("Boże, błogosław papieża"). Pokazał ją po wygranym meczu.

W sumie nic wielkiego, gdyby nie to, że to wszystko dzieje się w Glasgow.

W ubiegłym roku policja z Glasgow upomniała Boruca, żeby nie prowokował kibiców Rangersów do schodzenia na boisko. Fani "The Gears" donieśli policji, że Boruc łamie prawo, robiąc znak krzyża. Gdy bramkarz pokazał koszulkę z papieżem, część brytyjskich parlamentarzystów domagała się od Celticu, aby ukarał Polaka za prowokację. Przepisy FIFA nie zezwalają na demonstrowanie na boisku przekonań religijnych. Kilka dni po występie bramkarza z papieżem na T-shircie piłkarz Celticu Aiden McGeady został zaatakowany w pubie przez kibiców Rangers, a jeden z fanów Celticu został zasztyletowany. Jednak Hugh MacDonald, dziennikarz z "The Herald", ostrzegł mnie, żebym nie łączyła tych wydarzeń z czynami Artura Boruca, bo były to raczej chuligańskie wybryki, a nie zemsta kibiców za prowokacje Polaka. - Zachowuje się tak, jakby nie wiedział, gdzie jest. Nikt mu nie powiedział, że jeszcze 25 lat temu takie demonstrowanie wiary skończyłoby się zamieszkami na ulicach - powiedział mi później pod Ibrox, stadionem Rangersów, Richard, fan tego klubu.

- Władze szkockiej ligi powinny go upomnieć, ale tego nie zrobią, bo rozwścieczyłyby katolików - powiedział mi Hugh MacDonald. - A tego nikt tu nie chce ryzykować.

Katolicy vs. protestanci

Powiedzieć, że w Glasgow sytuacja między katolikami i protestantami jest tak napięta jak w Belfaście, byłoby nadużyciem. Ale Glasgow jest jednak dalekim kuzynem Belfastu. W połowie XIX wieku do Szkocji przybyła wielka fala imigrantów z Irlandii, których wygnała z ojczyzny zaraza ziemniaczana. Katoliccy Irlandczycy nie jednoczyli się z protestanckimi Szkotami. Zresztą Szkoci też niezbyt się garnęli do przyjaźni z katolikami. Irlandczycy zakładali więc własne przedsiębiorstwa i szkoły, bo protestanci nie chcieli ich zatrudniać i uczyć ich dzieci. Protestanci to byli ci bogaci i wykształceni. Katolicy to ci biedni i analfabeci. Żaden katolik przez długi czas nie mógł zostać członkiem klubu golfowego.

Jeśli katolik z Glasgow chce wkurzyć protestanta, czyni znak krzyża. Jeśli protestant zamierza rozwścieczyć katolika, udaje, że gra na flecie poprzecznym. Na tym instrumencie grają oranżyści podczas corocznych przemarszów przez katolicką dzielnicę Belfastu. Borucem Rangersów był dziesięć lat temu Anglik Paul Gascoigne. Po każdym meczu biegł przed trybuny Celticu i udawał grę na flecie.

Piłka nożna w Glasgow jest mocno wpisana w konflikt między katolikami i protestantami. Obie drużyny, najmocniejsze w szkockiej lidze, powstały jeszcze w XIX wieku. Rangers Football Club (barwy niebieskie) został założony w 1873 roku. Piętnaście lat później twórcą Celtic Football Club (barwy biało-zielone) został katolicki ksiądz, ojciec Walfrid, przełożony zakonu marianów. Romantyczna wersja fanów Celticu mówi, że ojciec Walfrid założył drużynę dla katolików, bo - przejęty losem ubogich emigrantów - chciał zbierać podczas meczów pieniądze dla najuboższych. Realiści dodają, że klub Celtic miał jednoczyć katolicką młodzież, którą próbowali ewangelizować duchowni protestanccy. A poprzez zwycięstwa ukazywać wyższość katolicyzmu nad protestantyzmem. W pierwszym oficjalnym meczu z Rangersami wygrał Celtic - 5:2. Do tej pory w 376 spotkaniach 149 razy wygrywali Rangersi, a 135 Celtic. Szczyt sukcesów Celticu to rok 1967, gdy zdobył w Lizbonie Puchar Europy.

Podział religijny wśród obu drużyn i jej fanów utrzymywał się bardzo długo. Jeszcze do czasów I wojny światowej każdy pracujący dla klubu "The Gears", nawet stróż nocny, musiał być protestantem. Pierwszy piłkarz katolik, Amerykanin Hugh O'Neill, zagrał w barwach Rangersów dopiero w 1976 roku. O ile koledzy z drużyny zaakceptowali go bez problemu, o tyle nie spodobał się fanom. Po mieście mógł się poruszać tylko samochodem.

- Jak byłem mały, nie można było nosić po mieście nic w kolorze obu drużyn - dodał Richard z Ibrox, fan Rangersów, który w tym roku skończył

52 lata. - Można było za to zginąć. Kto położył coś niebieskiego lub zielonego na tylnej półce w samochodzie, mógł być pewien, że wybiją mu szybę. Chodziliśmy się bić na obrzeża miasta, stoczyliśmy dużo ciężkich walk, mnóstwo krwi spłynęło, bywały ofiary śmiertelne. Teraz jest o wiele lepiej. Katolicy kibicują Rangersom, są protestanccy fani Celticu. Można chodzić po mieście w koszulkach swoich klubów. No, poza niektórymi dzielnicami - śmiał się. - Tu, na Ibrox, raczej nikt nie przyjdzie ubrany w biało-zielone paski. Nastroje się wyciszyły, a wasz Boruc prowokuje, daje zły przykład kibicom. A tak naprawdę nie chodzi już nikomu o religię. To tylko pretekst dla chuliganów.

Jego słowa potwierdził Graeme MacPherson, dziennikarz "The Herald" piszący o piłce nożnej.

- W Glasgow jest 15 proc. katolików - tłumaczył mi. - Ale większość miasta to fani Celticu. Ostatnio robiliśmy badania wśród szkockich celebrities, jakiej drużynie kibicują. Nikt nie chciał się przyznać do Rangersów. Dziś bycie fanem tej drużyny to obciach, a Celtic ma w sobie jakiś romantyzm. Katolicyzm czy protestantyzm zeszły na plan dalszy, są ważne dla kibiców, którym wszystko jedno, jakiego wyznania jest fan przeciwnej drużyny, byle się mogli z nim bić. Ale mimo to byłoby lepiej, gdyby Boruc nie rozdrapywał zaschniętych ran.

- Fani Celticu kochają go, bo w skrytości ducha każdy katolik tu marzy, żeby stanąć przed protestantem, przeżegnać się i nie ponieść żadnych konsekwencji - dodał Hugh MacDonald.

Bramkarz rzuca rękawicę

Czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Stadion wypełniony po brzegi, biało-zielono wszędzie (Hibernians, z którymi grał Celtic, też mają zielone barwy). Na trybunach matki z dziećmi, dziadkowie o lasce, młode małżeństwa, grubi faceci i ich żony, które nie mieściły się na jednym wąskim krzesełku. Widziałam kilku ludzi z zespołem Downa, kilkunastu fanów na wózkach , był też jeden niewidomy staruszek w zielonej czapce Celticu, którego prowadził syn. Na szyjach szaliki, w rękach flagi. Większość szalików z nazwiskiem "Artur Boruc - Holy Goalie" i wydrukowanym portretem bramkarza (5 funtów za sztukę pod stadionem). Hitem tego meczu były koszulki ze zdjęciem Jana Pawła II ubranego w T-shirt z Borucem i z napisem "God bless the Boruc" (5 funtów za sztukę).

Wszyscy śpiewali pieśń "You'll never walk alone". I jak mówię wszyscy, to mam też na myśli szkockich dziennikarzy i japońskich reporterów, którzy zostali oddelegowani tylko po to, żeby relacjonować grę japońskiego piłkarza Celticu Shunsuke Nakamury.

Na murawie szalał pluszowy pies wielkości konia, maskotka drużyny. Fani na trybunach rozwinęli banery. Kilkanaście mniejszych, w tym jeden z cytatami z ojca Walfrida i trzy gigantyczne, po 30 metrów kwadratowych każdy - jeden z harfą celtycką, drugi z koniczynką, symbolem Celticu, i trzeci z sylwetką polskiego bramkarza. Banerów z innymi piłkarzami nie zauważyłam.

Mecz był niezły, jak mi powiedział potem Hugh MacDonald. Piłkarze Celticu strzelili dwa gole, Hibernians żadnego. Boruc trochę się nudził, bo większą część czasu zawodnicy spędzali pod bramką Hibernians, ale kilka razy wykonał piękne parady i obronił swoją bramkę. Wtedy mecz na chwilę przerywano, fani wrzeszczeli opętańczo, a polski bramkarz podnosił ręce i zachęcał ich do aplauzu.

- Tego nie ma nigdzie, żeby bramkarz przerywał mecz, bo fani chcą mu podziękować - mówił mi MacDonald.

Po meczu drużyna przemaszerowała wokół stadionu. Wszyscy razem, Artur trochę z boku. W pewnym momencie rzucił kibicom rękawicę. Zakłębiło się na trybunie, jakby ktoś rzucił rekinom kawał krwistego mięsa.

Po meczu pobiegłam przed stadion, pod pomnik Ojca Walfrida. Umówiłam się z Arturem Borucem, że wyjdzie po mnie pod pomnik.

Zatroskany ksiądz z brązu siedzi tyłem do wejścia, na niewygodnym krześle i wpatruje się we fruwające na parkingu śmieci. Dzielnica Parkhead jest nieciekawa. Smutne szeregi domków wielorodzinnych ciągną się kilometrami. Co się dało, zalano betonem i asfaltem. Wszędzie walają się tony śmieci, puszek po piwie (dużo po naszym Lechu), butelek po alkoholu, papierów.

Katolik, to ma prawo

Razem ze mną na swojego idola czekało kilkuset fanów.

- On jest wielki, świetny, cudowny! - ekscytował się 25-letni Damian Smith, pracownik zakładów lotniczych. - Wszyscy go kochamy.

- A co sądzisz o jego prowokacjach wobec Rangersów?

- Wspaniale jest na to patrzeć, życzymy Rangersom śmierci. On jest katolikiem i ma prawo wyznawać swoją wiarę. A wiesz, że polski papież też był w młodości bramkarzem? No. A jak będzie po polsku "Holy Goalie"? "Szwenty Bramkasz"? Super! Czy to prawda, że on latem opuszcza nasz klub? O, to będzie katastrofa!

Finola, 21-letnia opiekunka starszych ludzi, przyjechała ze swoim chłopakiem Lee, lat 29, pielęgniarzem spod Glasgow. Miała na sobie koszulkę z papieżem. - Boruc to niezwykła osobowość i jest świetnym bramkarzem. Dzięki niemu Celtic gra tak dobrze - mówiła.

- Poszłabyś w tej koszulce do Glasgow?

- Nie, nigdy, to zbyt niebezpieczne. Zaraz ją zdejmę, wsiadamy do auta i wracamy do domu. Tylko poczekamy, aż Artur wyjdzie, żeby go zobaczyć z bliska.

Shereen McCrindle, 16 lat, właśnie rzuciła szkołę i, jak przyznała, nudzi się całymi dniami w domu. Owinęła szalik z nazwiskiem Boruca wokół szyi i razem ze swoją 11-letnią piegowatą i rudą kuzynką Shalaną czekały przy barierkach na bramkarza.

- Mimo że on jest Polakiem, to go uwielbiam - powiedziała Shereen. - Jest dla mnie jak Szkot. Mogłabym zostać jego żoną. I co z tego, że się żegna przed meczem? Katolikiem jest, to mu wolno!

Niedaleko ode mnie stanął ksiądz katolicki w koloratce i mężczyzna w garniturze.

- Czy zdaniem księdza Artur Boruc powinien tak demonstrować swoją wiarę na stadionie? - zapytałam.

- No nie wiem - uśmiechnął się dyplomatycznie i odszedł.

Facet w garniturze miał na szyi krawat Celticu, na palcu złoty sygnet z rubinem i powiedział, że jest działaczem klubu, biznesmenem wspierającym klub swoimi pieniędzmi.

- Boruc jest głupi, głupi, głupi - powiedział dość cicho, żeby nikt go nie usłyszał. - Może spowodować zamieszki na ulicach. Kibice tylko czekają na znak.

- Czy trener albo ktoś z działaczy kazał mu się uspokoić?

- Nie słyszałem o tym. Może w szatni, po cichu. Jest najlepszym zawodnikiem naszej drużyny, to gwiazda, jemu nie wolno nic powiedzieć, bo się obrazi. Ale gdyby nie grał tak dobrze, nie uszłoby mu to na sucho. On się tak zachowuje, bo za wszelką cenę chce zwrócić na siebie uwagę.

Przed wejściem do biur stadionu stanął Artur Boruc. Elvis Presley nie miałby lepszego przyjęcia. Dziewczęta łkały i piszczały, mężczyźni pozdrawiali, dzieci wrzeszczały. Artur Boruc przyłożył komórkę do ucha. Zadzwonił mój telefon.

- Gdzie pani jest? - zapytał jeden z najlepszych bramkarzy świata.

- Tutaj - machnęłam do niego ręką, a ze mną zaczęły machać setki fanów.

- Proszę podejść do wejścia.

Przez chwilę było jak w starym dowcipie, gdy klienci sklepu czekają w długiej kolejce na otwarcie. Nie chcą wpuścić kobiety, która się bardzo pcha do wejścia. "A to wam nie otworzę" - mówi zdenerwowana. Mnie fani Celticu wzięli za niebywale nachalną wielbicielkę Boruca, która pcha się bez kolejki po autograf. Trzy minuty walczyłam, żeby się przepchnąć przez tłum.

Wszystko poszło w złą stronę

Artur Boruc obiecał mi pół godziny rozmowy. Znaleźliśmy mały pokój. Włączyłam dyktafon i już miałam zadać pierwsze pytanie, gdy wszedł jakiś działacz (poznałam po krawacie) po autograf. Potem drugi. Potem trzeci.

- Gratuluję panu odwagi, uratował pan dwie Polki przed bandytami - zaczęłam w końcu.

- Nie ma o czym mówić - odpowiedział cicho, poważnie i skromnie. - Każdy by tak postąpił na moim miejscu.

- Czytałam w jakimś wywiadzie, że podobno pan się tu już nudzi.

- To prawda, Glasgow to małe miasto, fani na każdym kroku. Nie mogę się nigdzie ruszyć, żeby mnie nie prosili o autograf.

- Fani Rangersów też?

- Oni rzucają w moją stronę docinki, ale nie wulgarne. Czasem im odpowiadam.

Przerwa na autograf.

- Widział pan u fanów koszulki z papieżem i napisem "God bless Boruc"?

- To już wszystko przebrało miarę. Poszło w złą stronę. Oni myślą, że ja chcę zdenerwować Rangersów, a ja chcę tylko pokazać, że każdy ma prawo do własnej wiary.

- Znał pan sytuację w Glasgow przed przyjazdem tutaj?

- Dochodziły mnie słuchy. Ktoś mi przed pierwszym meczem derbowym powiedział, że tu jest zupełnie inna piłka. I miał rację. Bo tu futbol schodzi na drugi plan. Liczą się kibice. Obok naszego stadionu jest dzielnica, gdzie rządzą fani Rangersów. Po pierwszym meczu derbowym, kiedy nie miałem jeszcze samochodu, poszedłem z przyjaciółmi z Polski w stronę tej dzielnicy, żeby złapać taksówkę. Nagle podjechały dwa minibusy, wyskoczyli ochroniarze Celticu i krzyczeli jak oparzeni, że mamy zawracać, że tam nie wolno, bo grozi nam niebezpieczeństwo. Wydało mi się to dziwne, ale słyszałem potem, że w Glasgow jest najwięcej w Europie zajść z użyciem noża.

Przerwa na autograf.

- A pan ich jeszcze prowokuje.

- Może odrobinę - uśmiechnął się po raz pierwszy. - Ale chcę pokazać ludziom, że można wierzyć, w co się chce, i żadne przepisy mi tego nie zabronią.- A nie jest tak, że chce pan po prostu zabłysnąć, wyróżnić się z tłumu?

- Nie. Żegnam się przed meczem jak wielu piłkarzy na całym świecie. To moja wiara.

Rozmowa trwała już 10 minut i 28 sekund, Artur na dowód przywiązania do katolicyzmu wyciągnął spod koszulki zawieszony na szyi duży drewniany różaniec. Miałam właśnie zadać następne pytanie, gdy znów wszedł działacz w garniturze i zapytał, czy to długo jeszcze potrwa. Uznaliśmy, że taka rozmowa jest bez sensu, i umówiliśmy się na następny dzień, na 10 rano, godzinę przed treningiem.

To miły gość poza boiskiem

- Naprawdę się pani tam wybiera? Sama? - policjant z komendy głównej w Glasgow był dość zdziwiony, gdy mu powiedziałam, że jadę pod stadion Ibrox, żeby porozmawiać o Borucu z fanami Rangersów. Odwiedziłam policję, żeby się dowiedzieć, czy dużo skarg wpłynęło od Rangersów na bramkarza Celticu, czy toczy się w tej sprawie jakieś postępowanie, czy policja jakoś ukarała Polaka. Nie dowiedziałam się niczego, bo w bazie komputerowej rzecznika prasowego policji nie było danych na ten temat. Ale zostałam ostrzeżona przez oficera na służbie, który wyznał, że sam kibicuje Rangersom.

- Niech pani udaje Rosjankę - poradził. - Fani z Ibrox nie lubią Polaków z powodu "Holy Goalie", a nasz numer alarmowy to 999.

Uznałam, że policjant przesadza, i wsiadłam do metra jadącego do Ibrox. Ta dzielnica Glasgow ma opinię dość niebezpiecznej. Tutaj też stoi stadion Rangersów, na ponad 50 tysięcy miejsc, który znów ma opinię jednego z najlepszych w Europie. Stoją tu typowe robotnicze domy z czerwonej cegły, wiele do wynajęcia, dużo z oknami zabitymi deskami. Jest nieco czyściej niż w dzielnicy wokół stadionu Celticu - Parkhead.

James Swan paradował z flagą "The Gears" tuż przed stadionem. Za dwa dni miał się odbyć mecz Rangersów z Zenitem St. Petersburg o Puchar UEFA i kibice szykowali się na ten wielki moment.

- Żyję tu od urodzenia, kocham Rangersów, choć jestem katolikiem - powiedział James, na głowie miał czapkę z nazwą ukochanego klubu, na szyi srebrny medalion z napisem "Rangers". - Ten Boruc podskakuje tylko na boisku, bo poza nim to zwykły, miły gość. Jestem stolarzem, miałem robić kiedyś coś w jego domu. Zadzwoniłem do drzwi, otworzył, popatrzył na mnie, miałem na głowię tę czapkę. Zapytałem, czy to problem, powiedział, że żaden, i mnie wpuścił.

James MacPherson, otyły gość w średnim wieku w kurtce z napisem "Rangers", sprzedawał flagi, szaliki i koszulki (po 5 funtów sztuka) pod płotem niedaleko stadionu. Najpierw splunął soczyście, gdy usłyszał nazwisko Boruc, potem powiedział: - To zły człowiek, bardzo zły katolik. Tu jest Anglia i niech nikt tu nie nosi papieża na koszulce. Jedyne, co jest tu dopuszczalne na T-shircie, to portret królowej.

Dołączyła do nas niezwykle gruba dama, splunęła, gdy usłyszała, że jestem z Polski i piszę o "Holy Goalie", i powiedziała: - Pieprzyć go, żeby zdechł! - i poszła, udając, że gra na flecie.

Pozostali kibice Rangersów, których miałam przyjemność poznać tego dnia na Ibrox, powiedzieli o Arturze Borucu: katolicki dupek; gdybym go dorwał, przegryzłbym mu tętnicę; przez niego będą kłopoty w Glasgow; czy wszyscy w waszej Polsce są tacy głupi?

Trener nie widzi problemu

W poniedziałek znów czekałam na zaśmieconym parkingu, pod pomnikiem Ojca Walfrida, na słynnego bramkarza. Razem ze mną kilka rodzin z małymi dziećmi, niewidomy staruszek ze swoim synem i brodaty niski mężczyzna. Wszyscy byli ubrani w barwy Celticu, wszyscy uzbrojeni w długopisy i zeszyty. I wszyscy rzucali się po autografy do kolejnych zawodników drużyny, którzy przyjeżdżali na trening. Ja rzucałam się z nimi, żeby zapytać o katolickie prowokacje kolegi z drużyny. Nie chcieli rozmawiać. Przyjechał też trener Gordon Strachan, który bagatelizuje zachowanie Artura Boruca na boisku. Bardzo niechętnie udziela wywiadów, jednak dziennikarzom "Daily Telegraph" powiedział: - Jeśli Artur miałby napisane na koszulce "Boże, błogosław Myrę Hindley" [morderczynię czwórki dzieci], wtedy moglibyśmy mieć problem.

Łowcom autografów brakowało tylko podpisu "Holy Goalie". Mały chłopiec z sinym z zimna nosem rozpłakał się, że bramkarza wciąż nie ma. Nie wiem, czy się doczekał. Ja - po dwóch godzinach czekania, po dziesięciu telefonach do bramkarza, których nie odebrał, wysłanych wiadomościach, na które nie odpisał - poszłam sobie. W dyktafonie miałam najkrótszy wywiad, jaki w życiu zrobiłam.