Sport.pl

"Ze złotym medalem na szyi myślałam, że pokonam chorobę" - Agata Mróz i jej niezwykła opowieść

Kiedy rano wstawałam na trening, czułam się jak z krzyża zdjęta. Coś się we mnie działo i nie było to takie zwykłe zmęczenie - poruszająca opowieść Agaty Mróz o chorobie i podejściu do życia. Wywiad dla magazynu "Super Volley" przeprowadzili Przemysław Iwańczyk (Sport.pl) i Jerzy Mielewski (Polsat Sport).
Rozmowa przeprowadzona w marcu 2008.

Przemysław Iwańczyk, Jerzy Mielewski: Jeszcze kilka miesięcy temu grając w hiszpańskim Grupo 2002 Murcia wywalczyłaś prawie wszystko, co w klubowej siatkówce najcenniejsze. Teraz walczysz z bardzo poważną chorobą. To o wiele trudniejszy pojedynek.

Agata Mróz: Cierpię na zespół mielodysplastyczny. To choroba szpiku kostnego, przez którą mam mało płytek krwi. Mój organizm jest osłabiony, szybciej niż inni łapię choroby, a jeśli już, to nie mogę brać antybiotyków, leków przeciwbólowych. Choruję od wielu lat, jeszcze niedawno chciałam tylko, żeby choroba nie postępowała. Każde badanie krwi zawsze było dla mnie wielkim stresem, jaki będzie wynik. Do tego pokłute żyły i blizny na rękach. Teraz już wiem, że konieczny będzie przeszczep szpiku kostnego. Szukam stuprocentowego dawcy.

Jak to wszystko się zaczęło?

Miałam 17 lat, cztery lata treningów za sobą, kiedy zdiagnozowano u mnie tę chorobę. Byłam w połowie trzeciej klasy liceum w sosnowieckim SMS. Odeszłam ze szkoły, bo już nie pozwolono mi grać. Wtedy załamałam się zupełnie. Trudno było mi pozbierać się w sytuacji, kiedy wszystko, o czym marzyłam, się skończyło. Bolało strasznie i choć nigdy nie miałam siatkarskiego idola, wyobrażałam sobie moje sukcesy w tym sporcie. Aż tu nagle przychodzi choroba i ci to wszystko zabiera. Wiecie co to znaczy, dla tak młodej dziewczyny? Mieszkałam z rodzicami, zdałam maturę, siatkówkę rzuciłam zupełnie, a moje życie przebiegało od jednej wizyty u lekarza do drugiej.

Agata przegrała najważniejszy mecz swego życia


Po trzech latach wróciłaś.

Badania poprawiły się na tyle, że lekarz kazał mi spróbować. Na początek tylko się poruszać, by nie przeciążać organizmu. Pojechałam do Ostrowca, gdzie w tamtejszym KSZO grała moja starsza siostra. Tato, który na każdym kroku wspiera mnie w walce z chorobą, powiedział, żebym wróciła. Właściwie zrobiłam to dla niego, bo sama już nie wierzyłam, że jeszcze będzie dobrze. Pewnego razu zadzwonił trener kadry Zbigniew Krzyżanowski, który znał mnie jeszcze z kadetek, i powołał mnie do kadry. Tak się złożyło, że niedługo później ustąpił ze stanowiska i reprezentację przejął Andrzej Niemczyk. On też zatelefonował, pamiętam, że na początek zapytał: kim jestem i skąd się wzięłam. A ja nie miałam zielonego pojęcia, co to za facet, był dla mnie zupełnie obcy. Kiedy rozstawałam się z siatkówką na te trzy lata, rzuciłam to w diabły. Nie interesowałam się, nie oglądałam meczów, miałam żal, że tak to się potoczyło.

W 2003 roku zdobyłyście z Niemczykiem pierwsze mistrzostwo Europy.

I wtedy, ze złotym medalem na szyi pomyślałam, że pokonam chorobę. Pozbierałam się jakoś po tym wszystkim, była ze mną rodzina, czas zagoił rany, wydawało mi się, że wszystko, co złe, już za mną. Uwierzcie mi, czułam, że mogę wszystko, chciałam świat przenosić, liczyłam, że Bóg uśmiechnął się do mnie na dobre. Przed następnymi mistrzostwami Europy w Chorwacji, gdzie obroniłyśmy tytuł, a po serii turniejów Grand Prix, poczułam, że znów jest coś nie tak. Miałam słabsze badania krwi, czułam się gorzej, szybciej się męczyłam. Na boisku może nie było tego widać, bo starałam się robić tyle, ile mogłam. Ale kiedy rano wstawałam na trening, czułam się jak z krzyża zdjęta. Coś się we mnie działo i nie było to takie zwykłe zmęczenie.

Kibice widzieli w Tobie wulkan energii. Wspaniała siatkarka, piękna kobieta, sesje zdjęciowe dla magazynów...

Tak to wyglądało, bo zawsze staram się uśmiechać, myśleć optymistycznie. Trudno mi to powiedzieć, ale naprawdę działy się ze mną dziwne rzeczy. Czułam, że wolno się regeneruję, coraz częściej pojawiała się myśl, że skoro słabo się czuję, to choroba wraca. Nie miałam czystej głowy. W dodatku jak coś mi dolegało, leki i antybiotyki nie wchodziły w grę. Często wychodziłam i grałam z bólem. I z wszystkimi myślami, które kłębiły się w mojej głowie. Psychicznie bywało ze mną gorzej niż fizycznie. Ale, jak już wspominałam, potrafię się trzymać, kiedy mnie coś gnębi. Nie płaczę i nie dołuję się w towarzystwie innych.

Badania były jednak coraz gorsze i nie pojechałaś na mistrzostwa świata do Japonii.

Zrezygnowałam, bo taki turniej to zbyt wielki wysiłek dla mnie. A czułam się już wtedy nie najlepiej.

Wiele osób zarzucało Ci, że nie jedziesz z reprezentacją, a podpisałaś kontrakt z Grupo 2002 Murcia.

Wyjazd do Hiszpanii był spełnieniem moich marzeń. Chciałam spróbować czegoś nowego, a tam próbowali pomóc także mojemu zdrowiu. Wiedzieli, że jestem chora, a mimo to podpisali ze mną umowę. Miałam swojego lekarza, specjalistyczne badania. Wszyscy dziwili się, że wybrałam klub, który nie gra w Lidze Mistrzów. Ale już wtedy nie miałam zdrowia takiego, jak większość sportowców. Trudno byłoby mi grać non stop. Chciałam trochę odpocząć, nie robić niczego na wariackich papierach. Miałam nadzieję, że ludzie zrozumieją, jak poważna jest moja choroba. Że to nie katar czy angina. Że gra w klubie raz na tydzień to nie to samo co codzienne mecze na turnieju. W Hiszpanii obciążenia były nieporównywalnie mniejsze niż w Polsce. Było mi przykro, że nie pojechałam na mistrzostwa świata, bo bardzo chciałam, nigdy na takiej imprezie nie byłam. Czytałam opinie kibiców z żalem. Powtórzę po raz kolejny. Tym, którzy mnie krytykowali, życzę, by nie dotknęły ich problemy podobne do moich.

Skończyłaś karierę w najmniej oczekiwanym momencie.

Na początku chciałam ją tylko przerwać, ale z każdym dniem wiedziałam, że to może być koniec. Chciałam zrezygnować już w trakcie sezonu, ale trzymało mnie to, że zmienia się moje życie osobiste. Że wychodzę za mąż, marzę o powiększeniu rodziny. Może moja forma rzeczywiście była wtedy wysoka i żałowałam, że to już koniec, ale nie mogłam ryzykować dalej. Zakładając rodzinę, miałam dla kogo żyć.

Lekarze podjęli decyzję o przeszczepie szpiku kostnego.

Już Hiszpanie mówili mi, że będzie to konieczne, a potwierdzili to polscy lekarze. To dla mnie jedyna szansa na powrót do zdrowia. Nie mam zamiaru przekonywać nikogo, jak poważna jest to sprawa. Że to nie zabieg kosmetyczny jak powiększenie piersi. Na każdym kroku muszę się pilnować, odpoczywać, utrzymywać dietę. Jestem przerażona, ale nie załamuję się. Nie mogę polec chociaż w psychicznej walce z chorobą. Choć spotkał mnie wiele razy zawód, wiem, że tym razem się uda, bo mam dla kogo żyć. Będę walczyć dla moich najbliższych. Gdybym była sama, nie wiem, czy zmobilizowałabym się po raz kolejny stawić czoła chorobie. Boję się cholernie, ale to dla mnie jedyna szansa na wyleczenie.

Systematycznie jeździsz do szpitala hematologicznego na transfuzje krwi. Zaskoczyło Cię to, ile osób chce Ci pomóc?

Wzruszyło mnie to, bo nie spodziewałam się, że tylu życzliwych ludzi spotkam na swojej drodze. O nich zawsze będę pamiętać, o innych chcę jak najszybciej zapomnieć. Nawet trudno mi wymienić wszystkich, którzy zaoferowali pomoc. Firmy Polkomtel, Muszynianka, moje rodzinne miasto Tarnów, marynarze z jednostki w Ustce, Asia Albińska, która z dziewczynami z kadry przygotowuje kalendarz na aukcję, każdy, kto zdecydował się oddać krew. Takie akcje organizowane są na każdym kroku. I niech wszyscy wiedzą, to nie jest tylko pomoc dla mnie. Krew i szpik, jeśli ktoś zechce być dawcą, uratują życie wielu osobom.

Skomentuj:
"Ze złotym medalem na szyi myślałam, że pokonam chorobę" - Agata Mróz i jej niezwykła opowieść
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX